Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty

Darek Darek 27.02.2018, 11:16
Manga w wersji live action - da się?
158V

Manga w wersji live action - da się?

No więc obejrzałem puszczony ostatnio na Netflix film live action na podstawie mangi/anime Fullmetal Alchemist...

No więc obejrzałem puszczony ostatnio na Netflix film live action na podstawie mangi/anime Fullmetal Alchemist. Krótka recenzja:

Jaaaa pierrrdziu co za niezrozumiały bełkot.

Dłuższa recenzja:

FMA w wersji na żywo przekłada jakąś (na oko) 1/5 materiału źródłowego na duży ekran. Słowo "przekłada" bardzo dobrze pasuje do sytuacji, bo ciężko tu mówić o adaptacji. To jest po prostu fragment anime odegrany przed kamerą. Z powycinanymi dialogami i postaciami, aby zmieścić się w jakkolwiek sensownym czasie projekcji, ale mimo wszystko wciąż to samo. Tak jakby twórcy tego koszmarka nawet na sekundę nie przystanęli aby zapytać samych siebie, czy przełożenie historii z jednego medium na drugie w formie jeden do jednego ma w ogóle sens, czy ma prawo zadziałać. W efekcie dostaliśmy film, którego nie da się oglądać jeśli nie miało się wcześniej styczności z oryginałem. Fabuła gna do przodu na złamanie karku, nigdy nie pozwalając widzowi poznać świata, ani zamieszkujących go postaci. Na domiar złego całość kończy się bardziej jak odcinek serialu, a nie film - niemalże wszystkie rozpoczęte wątki wciąż nie znalazły rozwiązania. Jestem więcej niż pewien, że Japończycy nakręcą drugą, trzecią i pewnie czwartą część, która ostatecznie zamknie całą historię, ale to pierwsze podejście zupełnie nie sprawdza się w kategoriach samodzielnego pełnego metrażu. Znając mangę, czy anime, możemy dopowiedzieć sobie większość szczegółów, których skąpi nam film, ale przecież nie o to tu chodzi.

Całość otwiera scena pościgu. Chłopiec (bardziej młody mężczyzna, ale co tam) w czerwonym płaszczu goni jakiegoś starego piernika. W trakcie, ze ścian wychodzą paskudne efekty specjalne, których wstydziłby się nawet przeciętny YouTuber, a w tle przygrywa 'temat pościgowy #3' ze stockmusic. W końcu nasz główny bohater zagania dziada na targ, gdzie informuje widza, że "to już koniec twoich fałszywych cudów proboszczu!".  Jakie cuda, jaki proboszcz, jak to fałszywe? Kogo to obchodzi! Już lecimy do następnej lokacji, w której to kolejne postacie z serialu dają się rozpoznać tylko ze względu na dobrze dobrane kostiumy. I tak aż do końca filmu. Gdybym nie znał oryginału, nie miałbym pojęcia co się właściwie dzieje. Kolejne wątki wyjeżdżają zupełnie z nikąd i kończą się niczym. Jakby tego było mało, aktorzy serwują nam charakterystyczną dla Japonii przesadną ekspresję, na którą, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony, ciężko się patrzy. Ale to nic, taka kultura i tyle. Gorzej, że część z nich, ze wskazaniem na cukierkowo ładną Winry Rockbell, której w filmie równie dobrze mogłoby nie być, zwyczajnie nie potrafią grać. Dziewczyna nie potrafi dopasować emocji do sceny, patrzy się na pozostałych aktorów z taką intensywnością, że zastanawiałem się, kiedy zaczną eksplodować im głowy i w ogóle od scen z jej udziałem bije Pamiętnikami z Wakacji, albo czymś w tym stylu. Absolutnie nie polecam nikomu aktorskiej wersji Fullmetal Alchemist. Na tym samym Netflixie macie nieskończenie lepszy oryginał w postaci Fullmetal Alchemist Brotherhood.

 

W trakcie sensu zacząłem smęcić, że marna jakość filmu jest na pewno zasługą scenarzystów, próbujących, niepotrzebnie, stworzyć jak najdokładniejszą kopię oryginału. Gdyby tylko spróbowali zdekonstruować historię, wyciągnąć z niej wszystkie najważniejsze elementy i na tej podstawie stworzyć coś świeżego, co miałoby ducha FMA, na pewno wyszłoby lepiej. A potem przypomniał mi się Dragon Ball Evolution i to jak koncertowo zamordował wszelkie moje nadzieje na dobrą adaptację, zamieniając klasyczną, przygodową opowieść w debilną historyjkę o ratowaniu świata i napięciu seksualnym dla nastolatków. Aż mnie serce zabolało.

 dragonball-evolution-screenwriter-apologizes-to-fa_qq8m.jpg

To może to nie tak, że mangi nie da się przenieść 1:1, tylko ludzie odpowiedzialni za FMA zwyczajnie skopali sprawę? Niestety, po raz kolejny nawiedziły mnie bolesne wspomnienia, tym razem związane z aktorskim Death Note'em. Nie mówię oczywiście o tym pasztecie Netflixa z zeszłego roku, lecz o adaptacji Japończyków z 2006 roku. Tu również akcję przeniesiono dosyć wiernie i również popełniono te same błędy co teraz przy Alchemiku. Historia Lighta poprowadzona jest znacznie za szybko. W anime widzimy jak główny bohater stopniowo dochodzi do pewnych rzeczy, jak uczy się być Kirą, jak bawi się z L, wpada w jego pułapki, itd. Wszystko to jest też niby w filmie, ale pędząca na złamanie karku historia w ogóle nie pozwala tym momentom wybrzmieć, przez co mocno tracą one na znaczeniu. Dobrze, że chociaż Ryuk wyglądał w tej wersji tak jak powinien.

 deathnotethemovie.jpg

To co, nie da się sensownie przenieść anime na duży ekran? Zdecydowanie nie dosłownie. Mamy na to dwa oddzielne dowody i choć przyznaję, że nie widziałem każdej jednej adaptacji mangi na rynku, to po Fullmetal Alchemist i Death Note jestem względnie pewien, że to po prostu niemożliwe. To może da się stworzyć coś ciekawego na motywach mangi, biorąc z niej tylko pewne elementy? Patrząc na przykłady takie jak Dragon Ball Evolution, czy netflixowy Death Note, można w to wątpić, choć moim zdaniem na końcu tunelu widać nikły błysk światła. Otóż zeszłoroczny Ghost in the Shell, tak ten zjechany, zniszczony i zgnojony przez fanów oryginału film ze Scarlett Johansson był, moim zdaniem i podkreślam raz jeszcze, moim zdaniem całkiem w porządku filmem. Nie był to dokładny przekład. Niektóre wątki zaczerpnięto z pierwszego filmu, niektóre z drugiego, część wymyślono samodzielnie, całość wymieszano w jednym kotle, doprawiono pierwszoligowymi aktorami (kto rozpoznał Eurona Greyjoya?) i całkiem sympatycznymi efektami specjalnymi. Nie wyszedł z tego nie wiadomo jaki artyzm i można się kłócić, że materiał źródłowy został mocno spłycony, acz osobiście uważam, że reżyser, Rupert Sanders, po prostu skupił się na innych pytaniach, innych motywach i wyszło mu to zaskakująco dobrze. Czyli jednak da się. Należy jednak bardzo delikatnie balansować pomiędzy zachowaniem odpowiedniego tonu, charakteru produkcji, a pokazaniem czegoś nowego. Jeśli twórcy przegną w którąkolwiek stronę, wyjdzie z tego następny Fullmetal Alchemist. A tego przecież nie chcemy. 

 gits_trailer.jpg

Tagi:

Oceń notkę
+ +8 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +72 -
Darek
Ranking: 77 Poziom: 67
PD: 39072
REPUTACJA: 16547