Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty

Darek Darek 18.02.2018, 14:20
Czarna Pantera - recenzja filmu
344V

Czarna Pantera - recenzja filmu

W obronie Czarnej Pantery - nie świetnego, acz wciąż dobrego filmu.

No więc jest ten dziki kocur - młody, afrykański książę. Jego ojciec został zamordowany, więc teraz on musi stanąć na wysokości zadania i objąć kraj we władanie, co nie będzie jednak takie proste.

 

Lubię Króla Lwa. Taki Hamlet, tyle, że z lwami. Czarna Pantera już z Szekspirem za dużo wspólnego nie ma, ale za to z Simbą jak najbardziej. I to znacznie więcej, niż to, co napisałem powyżej, ale nie chcę wchodzić za bardzo w szczegóły. Dość powiedzieć, że w jednej z podobnych do Króla Lwa scen nawet muzyka brzmi, jakby kompozytor podkradł ją bezpośrednio z animacji Disneya. Niby od siebie to żadna kradzież, ale i tak nie ładnie.

 posters_1_1500.jpg

Czarna Pantera zaczyna się tam, gdzie zostawiła nas Wojna Bohaterów - T'Challa właśnie stracił ojca, doprowadził odpowiedzialnego za jego śmierć człowieka przed oblicze sprawiedliwości i wrócił do domu, gdzie wkrótce ma zostać koronowany na króla. W międzyczasie odpowiedzialny za nie mały atak terrorystyczny w Wakandzie Ulysses Klaue (który mignął nam już przez minutę w Czasie Ultrona) kombinuje jakby tu zarobić trochę grosza na sprzedaży nie należących do niego rzeczy. Towarzyszy mu grupka bezimiennych wspólników, wśród których nie trudno wypatrzeć gwiazdę poprzedniego filmu reżysera, Michaela B. Jordana. Ciekawe czy okaże się być istotną postacią, nie? (Chyba, że oglądałeś trailer, który po prostu mówi Ci, że oto główny czarny charakter i dupa z niespodzianki). Na szczęście T'Challa też nie jest sam. Zawsze towarzyszy mu generał jego osobistej ochrony, Okoye (zupełnie nie zauważyłem, że to Michone z The Walking Dead), dawna dziewczyna Nakia i młodsza siostra Shuri. A, no i gdzieś po drodze przyplącze się jeszcze znany z Wojny Bohaterów Everett Ross, ale ciężko powiedzieć po co. Niby pod koniec filmu znaleźli mu nawet jakieś zajęcie, ale spokojnie daliby radę i bez niego. Myślę, że wrzucili go do filmu tylko po to, żeby połączyć go jakoś z resztą MCU.

 black-panther-michael-b-jordan-chadwick-boseman-1180x787.jpg

Ogromne brawa dla ekipy za stworzenie niesamowicie wiarygodnego, żyjącego świata (jeśli przymknąć oko na latające samochody i w ogóle większość technologii). Wakanda to zasadniczo mikro państwo, w skład którego wchodzi pięć plemion. Każde z tych plemion ma swoje tradycje i unikalny styl bycia. Jedni noszą obszerne, błękitne, pasterskie szaty i ozdabiają swoje ciała bliznami. Inni noszą się na zielono i wsadzają sobie w wargi talerze w taki sam sposób, jak niektórzy ludzie noszą w uszach 'tunele'. Strasznie obrzydliwie/śmiesznie to wygląda. Każdy klan jest zauważalnie inny i zajmuje się innymi sprawami – jedni zajmują się obroną granic, inni połowem, itd. Śmiem twierdzić, że to właśnie Wakanda jest głównym bohaterem tego filmu. Jej historia, zwyczaje, tradycje i ich słuszność. T'Challa jest tylko kolejnym elementem całej układanki i bardzo dobrze, bo dzięki temu historia jest ciekawsza. Wakanda rządzi się swoimi prawami. Widzimy jak te prawa wpływają na ludzi, jak są przez nich postrzegane, jak wygląda ich życie. Na przestrzeni filmu zaczniemy zauważać, że niektóre z tych tradycji są głupie, a inne wręcz szkodliwe, lecz czy tak hermetyczne społeczeństwo w ogóle to dostrzeże, już nie mówiąc o zmianie skostniałych zwyczajów?

Nie zrozum mnie źle, Czarna Pantera to wciąż film o gościu przebranym za kota, który jednym ciosem potrafi przebić mur. Znajdziesz tu i sceny akcji, jak choćby fenomenalny, acz ciut slapstickowy pościg samochodowy ulicami Południowej Korei, czy niesamowicie klimatyczny, rytualny pojedynek w wodzie; nowoczesne gadżety, jak kawałek metalu, który pozwala przejąć kontrolę nad każdym pojazdem, czy materializujący się na ciele głównego bohatera kostium, i rozgrywającą się na wielkim, pustym, smutnym polu finałową bitwę. Nie wiem co się stało, ale to właśnie ta ostatnia batalia stanowi dla mnie największy problem całego filmu. Nie dość, że pole bitwy jest zupełnie puste i nudne, to jeszcze efekty specjalne wydają się być niedokończone. W pewnym momencie do walki włączają się dzikie zwierzęta i tak jak nie spodziewałem się, żeby próbowali kręcić z żywymi stworzeniami, tak ich sztuczność aż razi człowieka w oczy. Dobrze, że w międzyczasie odbywa się jeszcze jedna, dużo ciekawsza walka. Tutaj, co prawda, bohaterowie również nie wyglądają do końca ludzko, ale akurat w tym przypadku uważam to za plus. Dzikie, zgrabne, lekkie, kocie ruchy animowanych bohaterów doskonale pasują do kogoś, kto woła na siebie Czarna Pantera.

 1517956522_881_Nakia-Lupita-Nyongo-Chadwick-Boseman-Black-Panther-Shuri-Letitia-Wright.jpg

Oczywiście, nawet najciekawiej wykreowany świat byłby nudny, gdyby nie zamieszkiwały go dobrze napisane postacie. A tych mamy w filmie pod dostatkiem. Chadwick Boseman jako T'Challa spisuje się fenomenalnie. Jest sympatycznym i dostojnym władcą, ale ani przez sekundę nie wątpisz, że gdyby chciał, to zabiłby się w pół sekundy. Lupita Nyong’o wciela się w Nakię, dawną dziewczynę T'Challi i jednego z wielu szpiegów na usługach Wakandy. Widać, że mimo, iż nie są już razem, wciąż zależy jej na księciu, ale to pomaganie ludziom jest dla niej prawdziwie ważne. Miło, że ktoś postarał się o napisanie postaci, która choć do pewnego stopnia ma własne życie poza głównym bohaterem. Letitia Wright gra Shuri, młodszą siostrę księcia. To dzięki niej będzie nam dane od czasu do czasu się zaśmiać, jako, że prócz bycia genialnym naukowcem odpowiedzialnym za gadżety T'Challi (taki nastoletni Q z filmów o Jamesie Bondzie), jest też przede wszystkim jego młodszą siostrą, a młodsze siostry mają to do siebie, że lubią droczyć się ze starszym rodzeństwem. Prócz tego w mniejszych rolach pojawiają się też Martin Freeman, jak zawsze przesadnie teatralny i intensywny Forest Whittaker, wyglądający na wiecznie naćpanego Daniel Kaluuya i kilka mniej znanych, acz świetnie dobranych osób.

 

UWAGA, SPOILERY.

 

Na osobny akapit zasługuje fantastycznie zagrany przez Michaela B. Jordana Erik Stevens, czyli komiksowy Killmonger. Warto wspomnieć, że film rozpoczyna się od retrospekcji, w której ojciec, T'Challi, król T'Chaka przyłapuje swojego przebywającego na misji szpiegowskiej w Stanach brata na zdradzie. Sytuacja nie jest kolorowa, a kamera co jakiś czas pokazuje nam grupkę grających na znajdującym się tuż obok boisku do koszykówki dzieciaków. Jeden z nich patrzy dziwnie na widoczny zza chmur statek powietrzny z Wakandy, a jako, że scena dzieje się w 1992 roku, nie trudno domyślić się, na kogo owo dziecko wyrośnie. Dwadzieścia pięć lat później Erik współpracuje z Klaue'em i powoli, acz nieubłaganie, realizuje swój plan zemsty. Z początku nie wiemy o nim zbyt wiele, ot kuzyn Czarnej Pantery, który mści się za to, że jego ojciec okazał się być zdrajcą. Jednakże w trakcie poznajemy kierujące nim motywy, co sprawia, że zaczynamy rozumieć jego stronę sytuacji. Może nie koniecznie z nim sympatyzujemy, jako, że wciąż jest bezwzględnym, za wszelką cenę prącym przed siebie zabójcą, ale dostrzegamy, że jego motywy mają jakiś tam sens. Mówi się, że dobry czarny charakter to ktoś, kto czuje, że to on jest tym dobrym, a widz jest w stanie to dostrzec (Joker jest tu wyjątkiem). Killmonger zdecydowanie jest właśnie kimś takim. Nie zgadzam się z jego metodami i uważam, że jego plan jest, koniec końców, trochę głupi, ale rozumiem dlaczego targają nim takie, a nie inne emocje i dlaczego robi to co robi. Dawno już nie widziałem w filmach Marvela tak dobrze napisanego przeciwnika. Chyba dopiero Loki w pierwszym Thorze zaimponował mi równie bardzo, jak Eric. Brawo.

 Black-Panther.jpg

Nie jest oczywiście tak, że film pozbawiony jest wad. O takich sobie efektach w ostatnim akcie już wspominałem, ale to jeszcze nic strasznego. Jak zawsze, najbardziej bolą błędy logiczne. Na przykład: Plan Erika był głupi. Po co tak długo robić za przydupasa Klaue'a, skoro i tak ostatecznie chciał go zabić i zanieść do Wakandy? Nie lepiej byłoby odstrzelić go już przy pierwszym spotkaniu? Nie, bo wtedy nie mielibyśmy pościgu, ucieczki z więzienia i wkurzonego T'Challi, czego film ewidentnie potrzebował. Ale to żadne wytłumaczenie. Dramaturgia powinna wynikać z akcji, a nie odwrotnie. Druga, mniejsza sprawa: w trakcie koronacji na wodospadzie, jak wszyscy ci ludzie powchodzili na te skały? Pewnie, wyszła z tego ładna scena, ale przy tym raczej mocno nieprawdopodobna. Dlaczego Daniel Kaluuya dostał takiej wścieklizny tylko dlatego, że Czarnej Panterze nie udało się złapać Serkisa za PIERWSZYM PODEJŚCIEM? Całe lata przyjaźni psu w dupę z takiego powodu? I na koniec: Jakim cudem tuż za granicami miasta, w samym sercu Afryki, w górach panuje tak lodowata temperatura? Geografia Wakandy ma tyle samo sensu, co miejsce akcji Devil May Cry 4.

 

KONIEC SPOILEROW. 

 

Zupełnie nie rozumiem jak rodzimi recenzenci mogą z czystym sumieniem wystawiać Czarnej Panterze oceny rzędu 6, czy nawet 5 na 10. Nie jest to oczywiście film pozbawiony wad, ale wciąż stanowi jeden ze świeższych, bardziej interesujących przykładów twórczości wytwórni filmowej Marvela. Pięknie zbudowany świat, budująca klimat muzyka, przesympatyczne postacie i historia państwa, które od stuleci żyje skryte przed resztą świata rekompensują niedostatki w temacie efektów specjalnych i kilka fabularnych głupot z nawiązką.

landscape-1508161586-black-panther-cats.jpg

Tagi:

Oceń notkę
+ +13 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +72 -
Darek
Ranking: 77 Poziom: 67
PD: 39011
REPUTACJA: 16533