James Bond powrócił! Recenzja 007: First Light | GameFrame #52

BLOG O GRZE
9V
user-2102278 main blog image
FenixThePlayer | Dzisiaj, 00:00
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Od ostatniego kinowego spotkania z Jamesem Bondem minęło już dobrych kilka lat, a od ostatniej gry wideo z agentem 007 na pokładzie – ponad dekada. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że to IO Interactive, czyli ojcowie sukcesu serii Hitman, biorą na warsztat licencję najsłynniejszego szpiega Jej Królewskiej Mości (w tym wypadku Jego Królewskiej Mości), w sieci zawrzało. Z jednej strony pojawiła się ekscytacja, z drugiej – uzasadnione obawy. Czy deweloperzy zakochani w metodycznym, powolnym eliminowaniu celów przez łysego zabójcę będą potrafili oddać dynamizm i filmowość uniwersum?

Dziś, po ukończeniu całej gry oraz zrobieniu w niej 100%, mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć, że to nie tylko udany eksperyment, ale i rewelacyjny, świeży początek dla nowej growej serii!

Nim zostałem agentem, musiałem zasłużyć na swój numer

Scenarzyści z IO Interactive podjęli genialną decyzję – zamiast rzucać nas w buty ukształtowanego, pewnego siebie i niezniszczalnego superagenta, serwują nam swoiste jego początki. Poznajemy młodego, nieokiełznanego i bardzo niedoświadczonego Jamesa Bonda, który dopiero puka do drzwi elity MI6.

Wszystko zaczyna się od widowiskowej, iście filmowej akcji grupy uderzeniowej SAS. Dochodzi do tragicznego w skutkach wypadku, z którego cało wychodzi wyłącznie nasz bohater. Sytuacja momentalnie eskaluje, gdy nowoczesny ośrodek badawczy MI6 zostaje przejęty przez bezwzględną grupę terrorystów. Sprawa szybko nabiera charakteru międzynarodowego kryzysu, agencja przejmuje pełną kontrolę nad operacją, a dla Bonda jest to idealna (choć niebezpieczna) okazja, by udowodnić swoją wartość i zapracować na legendarny status agenta z podwójnym zerem.

Muszę przyznać, że pierwsze godziny z fabułą były ogromnie ekscytujące. Dlaczego? Gra przeprowadza nas przez doskonale znaną obsadę fanom serii. Na nowo poznajemy M, Q czy Moneypenny, którzy tutaj dopiero budują swoje relacje z młodym Jamesem. Jednak im dalej w las, tym intryga mocniej chwyta za gardło. Scenariusz sprawnie porusza niezwykle aktualne, nowoczesne tematy polityczno-technologiczne, a tempo akcji nie pozwala na nudę. Oczywiście, jak na porządne kino akcji przystało, momentami trzeba mocno zawiesić niewiarę i przymknąć oko na logikę, ale mnie akurat nie wygryzało to z immersji.

Gameplay, czyli mix Hitmana i.... Uncharted 4?

Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda właściwa rozgrywka, to najłatwiej opisać ją jako genialne skrzyżowanie najlepszych elementów serii Hitman oraz przygodowego rozmachu z Uncharted. Trudno ukryć, że twórcy przenieśli tutaj masę mechanik ze swoich poprzednich projektów, ale dopracowali je do perfekcji i idealnie wpletli w szpiegowski klimat.

Główna oś rozgrywki opiera się na eksploracji i szukaniu własnej ścieżki do celu (z pewnymi wyjątkami liniowymi). W przeciwieństwie do trylogii World of Assassination, gra nie podaje nam gotowych rozwiązań na tacy. Musimy kręcić się po korytarzach, szukać po kątach i przede wszystkim podsłuchiwać rozmowy NPC, by odkryć tzw. "historie misji" – unikalne sposoby na przejście obok strażników czy zdobycie kluczowych przedmiotów. Bardzo spodobała mi się mechanika okradania strażników z kart dostępu oraz wykorzystywanie gadżetów od Q do odwracania uwagi.

Nasz zegarek Omega potrafi generować impulsy energetyczne, a specjalne soczewki działają jak zaawansowany HUD i tryb instynktu, podświetlając ważne elementy otoczenia. Do dyspozycji mamy nawet strzałki wywołujące nudności u wrogów czy laser oślepiający strażników. Na domyślnym poziomie trudności tych surowców (energii elektrycznej i chemicznej) jest aż nadto, przez co momentami można zapomnieć o klasycznej broni, bawiąc się w technologicznego magika.

Jednak First Light to nie jest tylko symulator chodzenia w garniturze. Kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, a nasze życie jest zagrożone, aktywuje się tryb Licencji na zabijanie. Wtedy zaczyna się prawdziwa akcja. Model strzelania na ulepszonym silniku Glacier jest niesamowicie mięsisty, precyzyjny i daje ogromną satysfakcję – zwłaszcza, gdy wysadzamy w powietrze elementy otoczenia (najbardziej odczują to osoby, które na najnowszej trylogii Hitmana zjedli zęby) Twórcy przygotowali jednak ciekawy mechanizm: każda sztuka broni z danej kategorii korzysta z zupełnie innego, unikalnego rodzaju amunicji.

Jeśli skończą się Wam naboje w Waszym ulubionym pistolecie służbowym, nie dopasujecie do niego kulek z karabinu wroga. Wymusza to nieustanną dynamiczną rotację i wyrywanie spluw z rąk poległych przeciwników. Jest to świetna mechanika, która zmusza nas do ciągłego ruchu, od rzutu pustą bronią w wroga, po podbiegnięcie i wyrwanie jej z rąk czy podrzucenie sobie nogom aby kontynuować ostrzał.

A jak wygląda walka wręcz? Jest widowiskowa, ale i wymagająca. Nasz młody Bond jest zaskakująco kruchy – wystarczą 3-4 mocniejsze ciosy ze strony wroga i oglądamy ekran porażki. Trzeba się tego systemu nauczyć. Moim jedynym małym zarzutem jest brak miękkiego zablokowania kamery na konkretnym celu, przez co starcia z większą grupą bywają momentami chaotyczne. Trochę rozczarowały mnie też tradycyjne walki z bossami, które zamiast czystej wymiany ciosów, często zmuszają nas do biegania za przełącznikami na arenie. Na szczęście sekwencje QTE można całkowicie wyłączyć w opcjach, gdyby to kogoś irytowało.

Dla fanów masterowania mechanik przygotowano tryb Tactical Simulations. To wirtualna kryjówka Bonda, w której bierzemy udział w specjalnych scenariuszach bojowych. Tryb ten mocno przypomina tryby Arcade i Freelancer z Hitmana. Za zdobyte punkty kupujemy nowe bronie, gadżety i elementy personalizacji agenta. Genialne przedłużenie zabawy po ukończeniu głównej kampanii, która sama w sobie starcza na około 20 godzin rozgrywki. (Po ukończeniu gry zebrałem wszystkie znajdźki przez wybór rozdziałów oraz pograłem chwilkę w TacSim, i łącznie całość zajęła mi 25 godzin)

Miło widzieć dobry stan techniczny na premierę

Na koniec zostawiłem kwestie związaną z optymalizacją samej gry. Choć twórcy przed premierą pokazywali głównie materiały z PC, to ja miałem przyjemność ogrywać 007 na PlayStation 5 Pro, i działała naprawdę świetnie.

Gra robi dobry użytek z technologii skalingu PSSR 2.0. Obraz jest ostry, tekstury garniturów, detale broni czy twarze postaci wyglądają niesamowicie realistycznie. IO wycisnęło z silnika Glacier absolutne maksimum. Efekty cząsteczkowe, wolumetryczny dym i spektakularne eksplozje rodem z filmów Michaela Baya potrafią zachwycić. Co najważniejsze – gra wydaje się trzymać 60 klatek na sekundę. Nawet w momentach największego ekranowego chaosu, gdy dookoła sypały się iskry i wybuchały samochody, konsola nie krztusiła się i nie zauważyłem spadków FPS.

I na sam koniec najważniejsza dla mniewiadomość, która w dzisiejszych czasach niestety nie jest standardem: w trakcie całej mojej przygodzie z grą nie natrafiłem na żadne błędy misji czy crashe do ekranu startowego. Kilka razy jakaś postać po śmierci wylądowała w ścianie, ale to tylko małe błędy. 

Podsumowanie

007: First Light to kapitalny tytuł singlowy, jakiego bardzo potrzebowałem. Pokazuje, że liniowa, filmowa opowieść z solidnymi, ugruntowanymi mechanikami szpiegowskimi wciąż potrafi przykuć do ekranu na kilka wieczorów. IO Interactive udowodniło, że potrafi robić świetne gry nie tylko o łysym zabójcy. James Bond powrócił w wielkim stylu, a ja już teraz z niecierpliwością czekam na zapowiedzianą kontynuację, bądź jakiekolwiek DLC do First Lighta.

Bywajcie!

(Wszystkie zdjęcia zostały zarejestrowane przeze mnie na platformie PS5 PRO)
Oceń bloga:
2

Komentarze (3)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper