Blog użytkownika montana

montana

montana montana 20.12.2013, 00:47
Recenzja Onimusha 2: Samurai’s Destiny
802V

Recenzja Onimusha 2: Samurai’s Destiny

Samurajowanie to nie taka łatwa sprawa. Po latach wracasz do rodzimej wioski, a jedyne co zastajesz to zgliszcza i popiół. Nie namyślając się zbyt długo Jubei, całkowicie nowy bohater w serii, postanawia zrobić krzywdę podpalaczowi. Od słów od razu przechodzi do czynów lokalizując wroga jako armię demona Nobunagiego, który plądruje Japonię w 13 lat po wydarzeniach z pierwszej części.

Sequel bardzo dobrze przyjętej Onimushy: Warlords pojawił się już nieco ponad rok później. Obie gry w pewnym momencie powstawały jednocześnie, co nie do końca musi być ich zaletą. Onimusha 2: Samurai’s Destiny to ten sam świat i ta sama mechanika, którą widzieliśmy w jedynce. W dalszym ciągu wycinamy całe hordy demonów, których jest jeszcze więcej i są jeszcze bardziej przytomni. Chociaż ci z pierwszej części nie byli bezbronnymi owieczkami tak tym razem przeciwnicy zdaje się, że są bardziej świadomi nachodzącej śmierci i częściej choćby blokują nasze ataki. Zasłaniają się, potrafią uderzyć z kontry i nigdy nie walczą w pojedynkę. Zgładzenie ich ponownie skutkuje wysypem kolorowych dusz. Czerwone służą zwiększeniu mocy posiadanego oręża, żółte poprawiają naszą witalność, a niebieskie umożliwiają magii poczuć się wolną. Nowością są wielkie fioletowe orby, które co prawda pojawiają się rzadziej od innych i są wolniej wchłaniane, ale uzbieranie ich w ilości 5 spowoduje, że Jubei zamieni się na kilka sekund w nieśmiertelnego demona. W tym wcieleniu można siać naprawdę niezły zamęt pod warunkiem, że mamy go gdzie siać. Poważny minus tego rozwiązania jest taki, że po prostu nie mamy wpływu na to, kiedy go odpalić. Po zebraniu 5 orbów automatycznie zamieniamy się w demona, a jeżeli akurat chwilę wcześniej wszystkich wybiliśmy to możemy sobie co najwyżej przez tych kilka sekund pobiegać. Szkoda, bo sytuacji, kiedy przeklniemy twórców za brak tego jednego przycisku włączającego furię trochę będzie.

 

 

 

Demony Nobunagiego będą musiały zmierzyć się nie tylko z nowym bohaterem, ale i nowymi narzędziami zniszczenia. Oprócz standardowego miecza Jubei włada np. ultraszybką włócznią czy potężnym młotem (brzmi znajomo?). Mają one swoje plusy i minusy w związku z czym nie na każdego wroga porwiemy się z jednym i tym samym rodzajem broni. Każdą z tych 4 broni można, a nawet wypada dopakowywać, co zajmuje obiektywnie rzecz biorąc nieco więcej czasu niż było to analogicznie w pierwszej części. Trzeba jeszcze pomyśleć o dopieszczeniu 3 elementów zbroi, co by odnosić mniejsze obrażenia w starciach. Dzięki specjalnym magiczny atakom możemy zmieść nieprzychylną nam ferajnę w mgnieniu oka.

 

 

Największe novum to system podarunków. W krótkim odstępie czasu na początku odwiedzimy pewne mini-miasteczko, gdzie zbierzemy siły na kolejne wojaże. Spotkamy tam między innymi 4 postacie, którym możemy zaoferować posiadane przez nas przedmioty. Ci w zależności od trafienia w ich gusta odwdzięczą się mniej lub bardziej cennym przedmiotem typu uleczniające herbatki czy strzały do łuku. Skąd zatem brać przedmioty do handlu? Ano ze sklepiku obok, w którym płacimy czystym złotem. Kopalnia obok i jej okolice będą najlepszym miejscem do jego pozyskania. Ilość przeprowadzonych transakcji będzie miała swoje odzwierciedlenie w dalszej rozgrywce, ale oczywiście w tamtym czasie tego nie wiedziałem. W bardziej gorących momentach dołączy do nas któryś z dodatkowych bohaterów, a w zasadzie to wyręczy nas w tej małej jatce podczas kiedy my będziemy mogli usunąć się w cień i na pełnym luzie zagarniać orby po pokonanych przeciwnikach. Jednokrotne więc przejście gry to poznanie zaledwie części scenariusza. Inna sprawa, że oglądanie filmików z pobocznymi bohaterami raczej nie jest tym, co jakoś bardzo zachęca mnie do ponownego zaliczenia Onimushy 2. Czasami przyjdzie nam pokierować i ich losami, choć najczęściej sprowadza się to do tego, żeby utorować drogę i znaleźć odpowiedni klucz dla głównego bohatera, który z jakiś powodów nie może tego sam dokonać. Nareszcie są silniejsi od wątłej dziewczyny z pierwszej części oraz mają tę nieocenioną zdolność wchłaniania orbów, które mogą nam potem przekazać.

 

 

 

 

W czasie naszej wycieczki znowuż natkniemy się na charakterystyczne czerwone skrzynie. Część z nich jest zaszyfrowana nie bez przyczyny chroniąc takie skarby jak itemy powiększające nasz pasek zdrowia czy magii. Łamigłówka polega najczęściej na ułożeniu określonej mozaiki w kilku ruchach. Warto się nad nimi pogłowić, bo każda w końcu pęknie i co do tego nie ma wątpliwości. Obligatoryjne szarady są nieco łatwiejsze, a wśród nich choćby prowizoryczne sudoku, którego to fani nazwaliby je zapewne czystą profanacją, a nie jedną z najbardziej wymagających gier liczbowych. Nie zniknęły wszelkiego rodzaju dokumenty – notatki czy pamiętniki opisujące sytuację w kraju.

 



Od samego biegania po lokacjach można dostać zawrotów głowy. Tylko trzeźwy umysł i szeroko otwarte oczy ustrzegą nas przed monotonnym odwiedzaniem tych samych miejsc nie posuwając przy tym fabuły do przodu. Została tu przeniesiona lwia część zamku z poprzedniej części, ale nowe miejsca kolejny raz czarują swoim klimatem jak choćby tereny leśne czy kawałek plaży. Deszczowa sceneria z początku to oczywiste odniesienie do klasyka Kurosawy. Większość to nieruchome tła, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Kilku bossów, którzy występują w grze łączy jedno – każdy z nich z pewnością charakterystyczny, przejaskrawiony i narcystyczny. Mimo to Capcom zaserwował nam raczej niskich lotów historię, ale poprzetykaną zrobionymi z wielkim rozmachem cut-scenkami. Gołym okiem widać, że wpakowano w nie sporo wysiłku i efekt jest miejscami doprawdy imponujący.

 

 

 

 

Oprócz tych kilku zmian ta najbardziej upragniona wciąż nie nadeszła. Naszą postacią znowu kierujemy wyłącznie krzyżakiem, a jego ruchy przypominają raczej zachowanie czołgu niż człowieka. Oczywiście nieco przesadzam, można się do tego w miarę przyzwyczaić i tak też było w moim przypadku do momentu ostatniego bossa. W miejscu, gdzie punktowana jest zwrotność i błyskawiczne ruchy, mój bohater zdaje się wzniecać jakiś bunt. Kamera jak na złość także postanowiła dobitnie o sobie znać, dzięki czemu pojedynek staje się jeszcze bardziej wymagający niż powinien. Nie pokazuje mojego przeciwnika, a ja muszę improwizować czując się miejscami jak pijany goryl we mgle. Gra jest jednak 2 razy dłuższa od poprzedniczki, za co należy się twórcom nareszcie pochwała.

 


Onimusha 2 to porządny sequel, którego główną bolączką jest jednak brak znaczących zmian. Największy nacisk położono na wprowadzenie dodatkowych postaci, które to szału nie robią. Warstwa wizualna co prawda robi wrażenie, rozgrywka jest miodna, ale do pełnej satysfakcji trochę zabrakło. To mały krok dla człowieka i jeszcze mniejszy dla serii.

Tagi: onimusha 2 recenzja recenzja onimusha 2 samurais destiny recenzje gier ps2

Werdykt
  • + miodny oręż
  • + filmiki, że palce lizać
  • - sterowanie krzyżakiem w dalszym ciągu
  • - kamera
  • - niezajmująca fabuła
8.0
montana
montana Onimusha 2 to porządny sequel, którego główną bolączką jest jednak brak znaczących zmian.
Oceń notkę
+ +10 -

Go ahead, make my day!
Oceń profil
+ +146 -
montana
Ranking: 18 Poziom: 81
PD: 66815
REPUTACJA: 42101