Mamy koniec lat '80 w Japonii XX wieku. Nazywasz się Ringo Ishikawa i jesteś szefem nowopowstałego szkolnego gangu, który jest w trakcie tworzenia legendy, o której kolejne pokolenia zakapiorów będą pamiętały na po wsze czasy. Właśnie ze swoimi kumplami z gangu obijasz łby członkom przeciwnego gangu z innej szkoły, aby znali swoje miejsce i nigdy więcej nie zadzierali z TWOJĄ szkołą. Od tego momentu mija kilka lat. Jesteś pod koniec szkoły średniej i lata leserowania zbierają swoje żniwo. Grozi ci wydalenie ze szkoły, ale w sumie i tak się tym nie przejmujesz, bo coś innego zaprząta ci myśli. Jesteś już prawie dorosłym człowiekiem i tak naprawdę nie wiesz co dalej. Studia? Praca? A może zapisanie się do yakuzy? Czy jesteś w stanie ustalić kierunek, którym chcesz podążać w życiu?

Tak można w skrócie opisać tło fabularne i postawione tobie cele. Jednak poza tym nie wiesz nic. Tak dosłownie. Autor gry, niejaki yeo, postanowił stworzyć grę, w której daje graczowi całkowitą wolność i niczego mu nie sugeruje. Nie ma trzymania za rączkę, nie ma długich tutoriali, które tłumaczą wszelkie zawiłości mechaniki. Wszystkiego musisz domyślić się sam. Dosłownie. Możecie się śmiać, ale na samym początku największą trudność sprawiło mi określenie, gdzie mieszka główny bohater, bo mapy też nie ma. Autor przyjął koncepcję gry retro nie tylko za pośrednictwem stylistyki, która przywodzi na myśl gry z 16-bitowych konsol, ale również wyłączając z gry wszelkiego rodzaju ułatwiacze. Tak jak to było na NES-ie z grami pokroju The Legend of Zelda, gracz sam musi się odnaleźć w tym wszystkim. Nie zależnie od tego ile by mu to nie zajęło. Jednak, gdy się poświęci tej grze odpowiednią ilość uwagi, wychodzi na to, że wszelkiego rodzaju niuanse, relacje występujących postaci i mechaniki są bardzo złożone. Dużo bardziej niż jakakolwiek inna retro gra z epoki. Staram się, jak mogę, aby opisać moje doświadczenia w taki sposób, aby nie zepsuć nikomu zabawy z samodzielnego odkrywania tego, co ten tytuł w sobie skrywa, jednak jest to przedsięwzięcie trudne i sam nie wiem, czy uda mi się to osiągnąć Niestety to taki typ gry. Dlatego dalej skupię się na bardziej „przyziemnych” sprawach.

The friends of Ringo Ishikawa to gra z gatunku chodzonej bijatyki, która zawiera w sobie swego rodzaju symulator zarządzania czasem, a także elementy rozwoju postaci i przy tym kładzie mocny nacisk na fabułę. Choć walka jest niewątpliwie istotnym elementem tej gry, to jednak mimo wszystko fabuła gra w niej pierwsze skrzypce. Problemy, z którymi borykają się tutejsze postacie i przemyślenia, które im przy tym towarzyszą, są bardzo życiowe i myślę, że każdy z nas swego czasu miał podobne rozterki, a może nawet niektóre z nich ma nadal. Filozofia egzystencjalna towarzyszy tej fabule od początku do końca, dzięki czemu śledzenie losów bohaterów, jest jak oglądanie dobrego filmu obyczajowego. Wspomniałem wcześniej, że autor przyjął stylistykę gier z 16-bitowych konsol. Powiem więcej, że pewnej konkretnej gry, a mianowicie River City Ransom. Nawet główny bohater wygląda jak wykapany Kunio (zwany też Alexem na zachodzie). Wiem, że pierwsza część tej gry pojawiła się na 8-bitowym NES-ie, ale były również gry z tej serii, które pojawiły się na SNES-ie. W każdym razie mamy pikselową grafikę 2D w starym stylu, jednak wypada ona naprawdę nieźle, szczególnie grając na małym ekranie Nintendo Switcha. Też świetnie wypada muzyka, która doskonale podkreśla klimat, każdej zwiedzanej miejscówki, czy oglądanego zdarzenia.

Mimo wyżej opisanych pochwał nie wszystko w tej grze jest idealne. Brak jakiegoś dziennika, czy chociaż kalendarza sprawia, że łatwo jest pominąć niektóre wydarzenia. Choć wskazówki, jak np. plan lekcji idzie odnaleźć, to niewiele potrzeba, aby tę informację pominąć, bo choć miejsce jest logiczne, to na pierwszy rzut oka nie widać, że można z nim wchodzić w jakąkolwiek interakcję. Boli również brak możliwości rozbudowania swojego gangu o kolejnych członków, czy sensowniejszy system rozwoju swoich kolegów, bo nie jest to takie proste, gdy towarzysze otrzymują punkty doświadczenia tylko za zakapiorów, których sami ubili. Samo miasto też mogłoby być większe i oferować więcej miejsc do zwiedzania. Choć początkowo łatwo się zgubić, to nie trzeba wiele czasu, aby nauczyć się wszystkiego na pamięć. Kolejną sprawą, która nie zagrała, jest brak konsekwencji. Można być przykładnym uczniem, chodzić na wszystkie zajęcia i zgarniać same piątki na testach, ale nie ma to żadnego wpływu na fabułę, choć gra zdaje się sugerować zupełnie co innego. Nie znaczy to jednak, że każde przejście będzie takie samo. Wiele wydarzeń można pominąć lub doprowadzić do nich w innej kolejności. Zresztą do tej pory ta gra skrywa wiele tajemnic, a jej autor nie chce ich zdradzać, więc stworzyła się społeczność na Steamie, która dzieli się ze sobą kolejnymi znaleziskami. Myślę, że stylistyka retro autorowi gry weszła trochę za mocno i to może odrzucić wiele osób od tego tytułu, a byłaby to wielka szkoda.

Mając to wszystko, co wyżej napisałem na uwadze, pojawia się pytanie, czy warto? The Friends of Ringo Ishikawa kosztuje na konsoli Nintendo 72 zł i przykuła mnie do siebie na ponad 15 godzin. Choć jakbym mniej błądził, to pewnie dałoby się tę grę skończyć o wiele szybciej. Niemniej jednak moim zdaniem warto i to bardzo. Gra ma swoje mankamenty, ale klimat i tematyka tak ze sobą pięknie współgrają, że trudno przejść obok tej gry obojętnie. Oczywiście jak ktoś nie lubi gier tego typu i każdą produkcję stylizowaną na retro z miejsca skreśla, to zdania raczej nie zmieni przy tej grze, ale jeśli grafika nie jest dla Was najważniejsza i cenicie sobie dobrze skrojoną fabułę, to nie zastanawiać się tylko brać. Jak na swój debiut, yeo wykonał kawał dobrej roboty. Oczywiście można lepiej i jest sporo niewykorzystanego potencjału, ale może przy kolejnej produkcji uda mu się zrobić naprawdę wspaniałą grę, którą będzie można każdemu polecać, ale na razie jeszcze trochę do tego brakuje.