Z pewnością wielu graczy wybierając PSP jako swoją konsolę przenośną kierowało się możliwością zagrania w swoje ulubione serie ze stacjonarnej konsoli SONY na małym ekranie gdzie tylko zechce. Byłem jednym z takich klientów. Możliwość zagrania w sequele, spin-offy albo najzwyklejsze porty serii których znałem z PSX’a, PS2 i PS3 była bardziej zachęcająca niż wypróbowania nowych ekskluzywnych tytułów na przenośnej GrajStacji. Jedną z takich gier było Splinter Cel: Essentials, czyli kolejny rozdział przygód Sama Fishera przygotowany specjalnie z myślą o posiadaczach PSP. Jak to jest mieć przyczajonego Rybaka w kieszeni?

 

Grzechy przeszłości

 

Sam Fisher stał właśnie nad grobem swojej córki, gdy został otoczony przez agentów rządowych. Zakuty w kajdany, oskarżony o zdradę stanu i morderstwo najważniejszej osoby z Trzeciego Eszelonu, zmierza do sali przesłuchań. Tam dowiemy się o tajnych misjach Fishera, które prawdopodobnie obciążają nieznanego opinii publicznej bohatera.

 

 

90 % misji w Essentials to retrospekcje ukazujące misje w których brał udział Fisher. Misji które miały miejsce przed lub w trakcie SC: Double Agent, którego sequelem jest Essentials. Pojawiają się też etapy dobrze znane każdemu fanowi poprzedników . 4 z 9 to swoiste porty z oryginalnych produkcji dostosowane (czytaj brzydsze) do przenośnej konsolki. Dla nienasyconych znajdą się jeszcze trzy misje dodatkowe ze S.C.: Pandora Tomorrow, do których kody poukrywane są gdzieś w laptopach w misjach fabularnych.

 

Scenariuszowo przenośny Splinter Cell może się podobać. Osobiste podejście do fabuły bardziej mnie zaciekawiło niż we wcześniejszych odsłonach gdzie Sam był niewiadomą . Dzięki takim zabiegom łatwiej wczuć się w postać. Szkoda tylko że historia ukazywana jest w beznamiętnych filmikach utrzymanych w konwencji ruchomego komiksu (motion comics). Przynajmniej usłyszymy dobrze znanych graczom aktorów z dużych odsłon z Michaelem Ironsidem na czele.

 

 

 

Przyczajony Sam, ukryty Fisher

 

Pod względem mechaniki kieszonkowe wcielenie Splinter Cell niczym nie różni się od pierwszych czterech części serii. Nadal się skradamy, używamy, wymyślnych gadżetów, przemykamy pod okiem kamer i strażników, czasami pakując im kulkę w bliżej niesprecyzowane części ciała, ogłuszamy, czy łapiemy za szmaty i używamy jako tarczy, by następnie ich przesłuchać. To każdy szanujący się gracz zna. Ja tego się spodziewałem i to dostałem. Czyli zwyczajny, porządny Splinter Cell? Nie-e… Coś tu poszło bardzo nie tak.

 

Trudno mi krytykować kwestie dotyczące SI wrogów, którzy wydają się dość głusi na nasze poczynania. Do tego słabo u nich z pamięcią. Mi trudno by było zapomnieć o koledze z którym spędziłem całą wartę albo niedawnym alarmie. Dzięki temu łatwiej Rybakowi łowić kolejne ofiary. Duże odsłony przyzwyczaiły mnie do czegoś więcej, ale łatwiej to usprawiedliwić gdy bierze się pod uwagę że to gra na przenośną konsolkę. Gorzej gdy spojrzymy na kwestie techniczne.

 

 

 

Grzechy teraźniejszości

 

 Sam Fisher miał chyba zbyt długie wakacje albo się zestarzał bo forma już nie ta co kiedyś. Często łapie zadyszki, dopada go uciążliwa czkawka, jest jakiś powolny. Jego otoczenie zdaje się przeczyć tezie że każda kolejna odsłona Splinter Cella wyznacza graficzne standardy w branży.

 

Grafika, nawet jak na poziom PSP , to mocno średnia półka. Tekstury przypominają czasy pierwszego PlayStation, a to dynamiczne oświetlenie które cechowało poprzedników, tutaj nie istnieje. Szaleństwem jest oczekiwać przy PSP poziomu chociażby pierwszej części, ale odpalając inne głośne produkcje na tej konsoli widać że można. Do tego Sam wydaje się zarażać kurzą ślepotą. Każda lokacja, chociażby działa się o poranku, straszy wszędobylską ciemnością (więc nie wierzcie screenom). Wymusza to ciągłe tkwienie w goglach noktowizyjnych. Przynajmniej wtedy gra jakoś wygląda (czyżby celowe przyciemnianie lokacji?).

 

 

 

Zanim ujrzymy naszą postać musimy przebrnąć przez żmudny ekran ładowania. Kilkanaście sekund dam radę przetrwać. Nic się nie stało. Nie jest źle. Po tym dla odmiany dostaniemy kolejny pasek loading’u z tapetą z rozgrywki dla odmiany. Hmmm.. Trzeba jeszcze załadować grę... Więc pora na trzeci ukochany paseczek. Istna kumulacja długich loadingów. Zanim zaczniemy właściwą grę minie ponad minuta. W teorii natychmiastowa gra na przenośnej konsoli przestaje być partyjką z doskoku. By nieco osłodzić narzekanie dodam że gra wzorem dużych odsłon daje nam możliwość zapisu w dowolnym momencie. Bonusowo przy tej czynności zostajemy obdarowani soczystym loadingiem. Wygląda na to że jakieś 30% gry to patrzenie na ekrany ładowania. Przesada? OK. Możliwe że to zbyt optymistyczna liczba…

 

To olbrzymie ładowanie danych nie pomaga utrzymać gry z ryzach. Framerate to na oko jakieś 20—15 klatek na sekundę. Czasami wtóruję mu także dźwięk, który ewidentnie nie nadąża ze wczytywaniem.  Jeżeli dodam do tego sterowanie, które wydaje mi się najtragiczniejszym jakie udało mi się doświadczyć na tej konsoli, to widmo celowania w czyiś tępy łeb wydaję się tylko teorią. Sterowania nie da się dostosować do swoich potrzeb – mamy dwa rodzaje obłożenia przycisków. Jeden zły, drugi tragiczny. Sam wybierz, który wolisz.

 

Jakby na zachętę byłem też świadkiem kilku bugów i glitchy w którym jeden, gdzie dosłownie scaliłem się w plującym do mnie śrutem strażnikiem (czyżby fan Dragon Ball Z?). Co dwie głowy to nie jedna. Tylko w drzwiach trudno się zmieścić.

 

 

Pora się wyprostować

 

Taki to obraz Splinter Cell: Essentials wyłania się  z ekranu PSP. Wydawać by się mogło że kompletnie pokpione kwestie techniczne gry Ubisoftu (jakieś skojarzenia z Assassins Creed: Unity?) ześlą ją na mokradła gdzie nikt jej nie znajdzie.  Jednak gdzieś tam pod tym stetryczałym silnikiem i warstwą zakurzonych loadingów znajduje się stary dobry Splinter Cell, który mimo wszystko nadal dostarcza pewnej rozrywki. Już nie masę, ale trochę jednak.