Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 26.06.2019, 11:31
Tomassowa Kronika Biegowa #47_2019/15
116V

Tomassowa Kronika Biegowa #47_2019/15

Znana jest Wam legenda o powstaniu Bydgoszczy? Pewnie nie, bo wiedza o niej nie jest powszechna. Nie bójcie się jednak. W swojej dobroci podzielę się nią z Wami w kolejnym akapicie mojej fantastycznej kroniki biegowej, która tym razem zabierze Was do stolicy Kujaw i Pomorza.

Pradawne podania głoszą, iż pewnego dnia po ciężkim boju grupka wikingów delektowała się winem i pieczonym dzikim prosiakiem przy ognisku, które jedynie w stopniu minimalnym rozświetlało ciemną noc. Nagle jeden z wojów zwrócił się z pytaniem do swoich biesiadnych kompanów: „Gdzie jest Bydgo”? – gdyż zaniepokoiła go dłuższa nieobecność swojego towarzysza. Nagle ktoś lakonicznym komunikatem poinformował go, że „Bydgo szczy”. Na pamiątkę tego podniosłego wydarzenia w miejscu, gdzie wiking Bydgo oddawał urynę, założono osadę, której nadano nazwę Bydgoszcz.

W podróż do Bydgoszczy udałem się z moją Elżbietą. Była to okazja, aby nie tylko po raz pierwszy wziąć udział w zawodach biegowych w stolicy województwa Kujawsko – Pomorskiego, ale i też spędzić miły weekend z drugą połówką.

Bydgoszcz nie zachwyciła mnie swoim pięknem. Widać jednak, że to miasto jest w trakcie zmian swojej przestrzenni publicznej. Dużo się buduje i remontuje. Zwróciłem szczególną uwagę na rewitalizowanie sporej liczby parków. Moim zdaniem to dobre działania, bo miejsc zielonych w mieście nigdy za wiele. W Bydgoszczy zauroczyła mnie jedynie Wyspa Młyńska. Bardzo fajny teren do spędzania wolnego czasu. Dużo zieleni, wody, ławek i pięknych widoków, którymi idzie nacieszyć nawet najwybredniejsze oczy.

Bydgoszcz w sobotni dzień była skąpana w słońcu. Żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały, aby dnia następnego pogoda miała ulec diametralnej zmianie. Znaki mogły jakieś być, ale może ja ich nie dostrzegłem. Wszystko przez Elkę, która przesłoniła mi świat swymi blond kłaczkami. To wszystko jej wina. Przecież nie moja!

Zaraz po zakwaterowaniu się w hotelu, ale jeszcze przed obiadem, udaliśmy się do biura zawodów, które mieściło się na stadionie Zawiszy, gdzie swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał nasz obecny prezes PZPN, a były reprezentant kraju – Zbigniew Boniek. Biuro działało sprawnie, szybko i bezproblemowo. Pakiet zawierał w sobie oprócz kilku drobnych upominków i słodyczy, koszulkę z logo biegu. Nie wiem, która to już koszulka w mojej kolekcji. Pewne jest, że się przyda na pewno. Jeśli nie na treningi to do chodzenia po domu. Koszulek nigdy nie wiele.

Niedziela przywitała nas obfitymi opadami deszczu. Elka narzekała, że nie lubi deszczu i ciągle pytała mi się, kiedy przestanie padać. Przywykłem do jej zachowania, bo ona tak zawsze, gdy pada deszcz. Ma na niego coś w rodzaju alergii. Można nawet powiedzieć, że deszcz działa na nią jak czerwona płachta na byka. Nie przejmowałem się deszczem. Byłem pewien, że tylko gdy stanę na linii startu, to Pan Bóg zakręci wodę kapiącą z nieba. Tak było zawsze do tej pory. Jeszcze nigdy nie przyszło mi biegać w zawodach podczas deszczu. Miałem się za biegacza wybranego, dla którego niebiosa stwarzają idealne warunki do biegania. Zostałem jednak pokarany za swoją pychę i próżność. W momencie startu opady, zamiast zelżeć to nabrały na sile. Myślałem, że deszczyk niedługo ustąpi, bo w końcu ile może lać z nieba. Jak się potem okazało, padało mi na głowę przez cały bieg i jeszcze długie godziny po zawodach. Po raz pierwszy przyszło mi brać udział w deszczowych zawodach i to w dodatku na dystansie 21 km.

Pewnie wiecie, że bardzo nie lubię tłoku na starcie, gdy nie da się biec swobodnie w swoim tempie. W Bydgoszczy organizator bardzo mi zaimponował w kwestii organizacji startu. Na żadnym etapie biegu nie było ścisku na trasie. Wiem, że to po części też wynik mniejszej ilości uczestników biegu, ale także duża zasługa dobrej organizacji. Oprócz biegu półmaratońskiego, w którym brałem udział podczas festiwalu biegowego w Bydgoszczy, odbywał się również bieg na 10 km oraz zawody rolkarskie na dystansie 10 km i 21 km. 4 grupy zawodników wypuszczano na trasę o różnych godzinach. Sprawiło to, że na trasie zawsze byli jacyś zawodnicy, którym publika mogła kibicować, ale nie było tłoku. Najwcześniej wystartowali rolkarze na „dyszkę”. 15 minut później ci startujący na 21 km. Dopiero po godzinie ruszyli biegacze, aby walczyć na dystansie 10000 m. Kwadrans po nich startowałem ja wraz z grupą innych półmaratończyków.

Start był bardzo piękny, gdyż odbywał się wprost z bieżni stadionu, która pokryta jest ślicznym niebieskim tartanem. Dopiero po pokonaniu prawie jednego okrążenia na stadionie Zawiszy ruszyliśmy w miasto, aby zaliczyć dwie pętle, które łącznie miały dać naszym nogom dystans 21 km. Wszystkie grupy biegaczy i rolkarzy startował nasz emerytowany wieloboista Sebastian Chmara, który urodził się w Bydgoszczy. Startując dystans 21 km powiedział: „Połówka na stół.”, zanim oficjalnie rozpoczął bieg. Będę go cytować, bo swoim dowcipem rozbawił mnie i nastawił do walki na trasie. Zresztą nie tylko mnie, bo na jego słowa, spora grupa biegaczy zareagowała szczerym śmiechem i gromkimi brawami.

Nawierzchnia na trasie była mokra, ale nie było ślisko. Można było biec swobodnie bez obaw o ewentualny upadek. Jedyne co mnie zmartwiło to ukształtowanie terenu, które miało być płaskie, a było pofałdowane jak mój brzuch, gdy ważyłem jeszcze ponad 130 km. Postanowiłem jednak walczyć o nowy rekord życiowy. Czułem się mocny. Podczas deszczu zawsze łatwiej się oddycha. Pomyślałem, że pogoda może być moim sprzymierzeńcem. Niczym zresztą nie ryzykowałem. Gdybym nie poprawił swojego rekordu, to nic by się nie stało. Nie mógłbym sobie jednak wybaczyć, że nawet nie spróbowałem powalczyć o nową życiówkę. Nie wybaczyłbym sobie, że poddałem się już na starcie.

Zanim przejdę do opisu zdarzeń na trasie biegu, muszę odnieść się do jednej rzeczy, która irytuje mnie bardzo. A mam na myśli tu o łamaniu postanowień regulaminów. Organizator wyraźnie wskazał w regulaminie, iż nie wolno biec w słuchawkach. Przed startem kilkukrotnie o tym wspomniał. Nie było zatem możliwości, aby ktoś o tym zakazie nie wiedział. A ludzie mimo to i tak nagminnie biegli ze słuchawkami w uszach. Zakaz miał za zadanie zwiększyć bezpieczeństwo na trasie. Czasem zdarzają się przypadki, że ludzie wpadają na siebie lub nie robią miejsca dla karetki, bo muzyka skutecznie zagłusza im dźwięki otoczenia. Pytam się jednak po co ustanawiać jakiś nakaz, gdy nie przewiduje się kary za niezastosowanie się do niego? Kary czasowe na mecie lub nawet dyskwalifikacja skutecznie by zniechęciła do biegania w słuchawkach, gdy nie życzy sobie tego organizator. Moim zdaniem takie zakazy mają sens, tylko gdy jest wyraźnie wskazana sankcja za jego złamanie. Inaczej nie mają sensu. A co do samych ludzi biegnących w słuchawkach to mnie wkurzają. Moim zdaniem tracą dużo z biegu. Nie są w stanie wczuć się w jego atmosferę. Nie słyszą dopingu kibiców ani rozmów innych biegaczy, a te dźwięki ja uwielbiam najbardziej.

Od początku biegu ruszyłem jak dzik. Postanowiłem się nie oszczędzać. Mijałem sporo biegaczy, którzy patrzyli na mnie jak przybysza z innej planety. Ich wzrok zdawał się mówić: „Jak można biec podczas deszczu w krótkich spodenkach i podkoszulce. Czy mu nie jest zimno?”. Ja patrząc na ich długie i ocieplane stroje gotowałem się na samą myśl, że miałbym biegać w takim stroju. Lepiej, żeby było trochę zimno na początku, niż potem cały czas tak gorąco, że można zemdleć.

Pierwsze 5 km pokonałem w dobrym tempie 26m13s. Szósty kilometr przywitał mnie sporym podbiegiem, który dałem radę pokonać dość szybko. Zdawałem sobie jednak sprawę, że będę się z nim musiał zmagać ponownie na drugiej pętli. Drugie 5 km nie było już takie łaskawe dla mnie jak pierwsza piątka. Teren był pofalowany prawie jak w San Francisco. Podbieg kończył się szybkim zbiegiem, który znów przechodził w małą wspinaczkę pod górę. Z założonego tempa na km 5m27s nic nie zostało. Biegłem za wolno, ale pamiętałem, że mam przewagę czasową z pierwszych pięciu kilometrów. Nie załamywałem się, gdyż nadal miałem szanse na rekordowy wynik.

Początek drugiej pętli nastawił mnie optymistycznie do dalszej walki. Płaski fragment trasy pomógł mi w zwiększeniu tempa biegu. Było tak jednak zaledwie przez 3 km. Potem nagle osłabłem. Chyba deszcz zrobił tu swoja negatywną robotę. Byłem cały mokry, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie w biegu. Przemoczone buty nie powodowały u mnie dyskomfortu. W stopy nie było mi zimno. Czułem jedynie z każdym krokiem „chlupanie” w butach. Sprawa miała się zupełnie inaczej z dłońmi, które myślałem, że mi z zimna odpadną. Nie miałem ze sobą rękawiczek, bo kto nosi ze sobą rękawiczki w maju. Ale i one by mi zbytnio nie pomogły, bo spora ilość opadów i tak by je przemoczyła do suchej nitki. Biegłem dalej, ale z tą różnicą, że trochę wolniej.

Na pofalowanym etapie, o którym wspominałem wcześniej, było mi już znacznie zimniej. Czułem, jak moje mięśnie stygną. Nie miałem zbyt wiele sił do biegu, ale jakimś cudem udawało mi się biec w tempie 5m40s., a momentami i szybciej. W mojej głowie cały czas tliła się nadzieja na nową życiówkę. Był to jednak mały ogień. Tak mały, że w porównaniu z ogniem, którym ogrzewała się dziewczynka zapałkami, znana z popularnej bajki Hansa Christiana Andersena nie miał najmniejszych szans. Ogrzewał mnie jednak ten ogień niczym potężne ognisko rozpalone ściętymi pniami kalifornijskich sekwoi. Dawał nadzieję i siły do walki na ostanie 3 km.

Zacisnąłem zęby i parłem ostro do przodu. Nogi bolały mnie okrutnie. Byłem cały mokry i zziębnięty, ale miałem wolę walki, która kazała mi walczyć do końca. Wiedziałem, że jeśli uda mi się poprawić najlepszy mój wynik to zrobię to zaledwie o kilka sekund. To nie było ważne dla mnie. Liczyło się, tylko, aby zrobić dobry wynik. Sił dodał mi doping biegacza, który ukończył już bydgoską połówkę. Darł się on do mnie z całych sił: „Na finiszu masz być jak Ben Johnson. Masz palić tartan.” Po takich słowach nie da się biec wolno. Na finiszu dałem z siebie wszystko. Gdy wpadłem na metę i zatrzymałem się po odbiór medalu, zachwiałem się z powodu braku tlenu. Od razu podbiegło do mnie trzech ratowników medycznych, aby spytać się, czy wszystko ze mną dobrze. Uspokoiłem ich, że to tylko chwilowa niedyspozycja. Gdy po paru sekundach doszedłem do siebie, spojrzałem na zegarek, aby sprawdzić swój wynik. Chronometr wskazywał czas 14s. gorszy od mojej aktualnej życiówki. Nie byłem na siebie zły. Dałem z siebie wszystko. Udało mi się nabiegać drugi najlepszy wynik w tym roku i trzeci w karierze. Cieszył mnie też fakt, że w ciągu 4 tygodni przebiegłem dwa półmaratony w prawie identycznym czasie. Znaczy się, jakaś stabilizacja formy jest.

Po biegu w pokoju hotelowym dostałem sporych drgawek. Taka była reakcja mojego organizmu na nagłe ogrzanie go. Nigdy nie byłem w takim stanie po biegu. Trząsłem się cały jak galareta. Nie mogłem mówić, bo zbyt mocno drgała mi szczęka z zimna. Dopiero gorąca herbata, batonik i krótka drzemka pod kołdrą sprawiły, że odzyskałem swoją właściwą temperaturę ciała. Już bez drgawek, cały i zdrowy udałem się z moją lubą na pyszną pizzę. Musieliśmy zebrać siły na powrót do domu.

Na koniec podzielę się z Wami małą anegdotką, która obrazuje, jak moja Elżbieta podczas deszczu ze spokojnego baranka zmienia się w żądną krwi lwice. Gdy grawerowałem na medalu mój rezultat, cały czas narzekała mi głośno, że pada deszcz. Domagała się ode mnie, abym go wyłączył ("Wyłącz to mokre gówno"). Była urocza w swojej złości. Znam ją na tyle dobrze, iż wiem, że ona tylko tak gada. Do rękoczynów nie przechodzi. Tego jednak nie był pewien pan ze stoiska, gdzie grawerowano medale, bo po chwili, gdy usłyszał narzekanie Eleczki, w bardzo sprawny sposób przesunął stół pod namiot i zrobił dla niej trochę miejsca, aby mojej małej blondynie nic nie padało na głowę. Moja lwica wszędzie da sobie radę.

Tagi:

Oceń notkę
+ +10 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 143 Poziom: 61
PD: 30027
REPUTACJA: 17150