Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 11.12.2018, 06:59
Tomassowa Kronika Biegowa #25
108V

Tomassowa Kronika Biegowa #25

Była to fantastyczna sobota. Nie zawsze zdarzają się takie piękne wyjazdy na zawody jak ten do Boszkowa położonego nad malowniczym jeziorem Dominickim. Było bieganie po leśnych ścieżkach. Była kąpiel w zimnych wodach jeziora. Były sauna i bala z gorącą wodą. A na koniec pustkę w brzuchu wypełniła z wielką czułością pizza na cienkim cieście. Było pięknie. Lubię, jak jest pięknie.

Zawody w Boszkowie nie były dla mnie nowością. Startowałem w nich w zeszłym roku wraz z Sylwestrem. Były one wtedy bardzo dobrze zorganizowane. Trasa była ciekawa i nie najłatwiejsza. Pakiet startowy tani, aczkolwiek bogaty. W skład jego dość nietypowo wchodziły flaczki i szynki konserwowe będące podarkiem od sponsora. W tym roku pakiet był uboższy, ale do zaakceptowania (ciastko, owsianka, woda). Był on spakowany w praktyczne papierowe nosidełko, które idealnie leżało w dłoni.

W porównaniu do ubiegłego roku skład naszej ekipy powiększył o koleżankę klubową Anetę, która mimo problemów z kostką zdecydowała się wziąć udział w zawodach. Dzielnie kibicowały nam córki Sylwka – Agata i Amelia. Organizator przewidział opiekę animatora dla dzieci biegaczy, którzy brali udział w zawodach. Jest, to bardzo dobre posuniecie, które promuje wspólne rodzinne wyjazdy na zawody. Często zdarza się, że rodzice – biegacze rezygnują z biegów, bo nie mają z kim zostawić swoich urwipołci. Oby więcej organizatorów szło drogą Hotelu Sułkowski, który był inicjatorem zawodów o nazwie III Cross Sułkowskiego.

Zanim odebraliśmy pakiety startowe, nabijaliśmy się z Sylwkiem z Anety, co ona biedna zrobi z szynką i z flakami z pakietu startowego, gdyż jest wegetarianką. Po cichu liczyliśmy, że podzieli się z nami znienawidzonym przez siebie mięsiwem. Już czuliśmy cudowny posmak flaczków wołowych instant w sosie pomidorowym oraz szyneczki konserwowej w galarecie. Musieliśmy się jednak obejść jedynie smakiem. Uśmiech zszedł nam z twarzy, gdy zobaczyliśmy wegańskie ciastko i owsiankę w pakiecie. Aneta musiała mieć jakieś wtyki, że w tym roku akurat były dania bezmięsne. Nie chciała się jednak do tego przyznać. Cwaniara.

Była ciepła pogoda jak na jesienny październik. Słońce świeciło, wiatr trochę wiał, ale nie chłodził ciała na tyle, żeby nie pobiec na krótki rękaw i spodenki. Dbając o swoje zdrowie, asekuracyjnie założyłem szalik i czapkę z daszkiem. Była to dobra decyzja. Ochroniłem przed przeziębieniem gardło i zatoki. Mama Mariolka byłaby ze mnie dumna. Nie byłaby jednak dumna z faktu, że postanowiłem tegoż samego dnia po biegu stać się morsem i zaliczyć kąpiel w chłodnej wodzie. Nie można być cały czas grzecznym dzieckiem, czasami trzeba pokazać różki i mieć głęboko w dupie zdanie innych, bo każdy ma swoje życie i decyduje, w jaki sposób je przeżyje. Nikt za niego tego nie zrobi. Mariolka jest spoko, ale za bardzo i za często przeżywa różne kwestie. W sumie jej się nie dziwię. Jestem jej jedynym dzieckiem. I w dodatku takim zajebistym.  

Start biegu miał miejsce podobnie strzelaniny w dobrych westernach, a więc w samo południe. Wybraliśmy się na wyznaczone miejsce trochę za późno, a jedyna droga prowadząca na start biegła od czoła stawki zawodników. Udało nam się przepchać zaledwie parę metrów w głąb tłumu. Zmuszeni byliśmy zatem startować w czołówce stawki. Było tłoczno, ale całkiem przyjemnie, bo będąc w tłumie, byłem chroniony przed wiatrem, który zawiewał od jeziora. Od początku zmuszony byłem wystartować szybko, gdyż tłum, niczym stado szarańczy napierał na mnie od tyłu. Sylwek i Aneta wypalili mocno do przodu. Po chwili byli już dla mnie ledwo widzialni. Byłem pewien podziwu, że Aneta jest w stanie tak szybko biec z kontuzjowaną kostką. Miałem nadzieję, że uda mi się chociaż raz w sezonie ją wyprzedzić, ale widać, że będzie mi to dane pewnie, dopiero gdy skręci obie kostki. Do tej pory jedynie tylko raz ją pokonałem. Miało to miejsce w Kórniku na II Biegu Zamoyskiego. A, żeby tego dokonać, musiałem nabiegać życiówkę, która jest aktualna po dziś dzień. 

Na trzecim kilometrze trasy zacząłem tracić oddech. Było to spowodowane zbyt szybkim tempem na pierwszych kilometrach. Następne trzy kilometry to była dla mnie istna mordęga. Tlenu brakowało mi coraz bardziej. W dodatku zaczął mnie boleć bark, z którym mam od czasu do czasu problem. Na szczęście oddech i tętno udało mi się ustabilizować gdzieś na początku 7 kilometra. Wtedy poczułem wiatr w żaglach. Przyśpieszyłem i zacząłem wyprzedzać kolejnych biegaczy. Na leśnych duktach nie biegnie się tak fajnie i  łatwo jak na asfaltowych drogach. Widziałem jednak, że końcówka trasy będzie przebiegała ścieżką rowerową i tam będę mógł przyśpieszyć.

Bieg przez las ma taki plus, że niesie ze sobą miłe zapachy natury. Aromatyczny zapach iglaków bardzo mi odpowiada. Przynosi wspomnienia wakacji oraz wprawia w miły i optymistyczny nastrój. Nie mogłem się jednak doczekać końca biegu, gdyż nie czułem się na siłach, aby biec szybko. Zmęczenie intensywnym tygodniem zrobiło swoje. Postawiłem sobie, jednak za cel ukończenie biegu poniżej jednej godziny. Byłby to słaby rezultat, jeśli chodziłoby o bieg na dystansie 10 km. III Cross Sułkowskiego liczył sobie jednak prawie 11 km, a dokładnie 10,8 km. Na ostatniej prostej, która miała długość 2 km, postanowiłem dać z siebie tyle ile mogę. Efektem mojego uporu i woli walki był bieg w tempie 11 km/h. Nie jest to jakiś oszałamiający wynik, ale w moim przypadku takie tempo można nazwać szybkim. Zmieściłem się ostatecznie w godzinie zegarowej.

Małą ciekawostką jest to, że w porównaniu z zeszłym rokiem przebiegnięcie tej samej trasy zajęło mi 30 sekund mniej, ale sklasyfikowano mnie 80 miejsc niżej. Oznacza to, że poziom amatorskiego biegania rośnie. Trzeba mocniej trenować, bo zostanę gdzieś sam na peronie z biletem w ręku, a pociąg do szybkiego biegania odjedzie mi w siną dal. Tego bym nie chciał, bo mimo tego, że zawsze będę uroczy i nic tego nie zmieni, to chciałbym jeszcze kilka życiówek poprawić.

Po biegu posililiśmy się makaronem z sosem bolońskim. Tyłeczka i pupuni nie urywał, ale jak człowiek jest głodny, to zje wszystko. No może prawie wszystko, bo nie wiem jak musiałbym być głodny, żeby zjeść czerninę, zupę owocową oraz mleczną. Są to dania znajdujące się na mojej krótkiej liście dań nieakceptowalnych przez mój żołądek. Każdy ma taką listę. Ciekawe co znajduje się na waszej?

Nadszedł w końcu czas morsowania. Zrzuciłem z siebie spocone rzeczy i przywdziałem obcisłe kąpielówki. Na stopy założyłem gustowne chińskie "crocsy", które nabyłem w markecie Dino w cenie czteropaku Lecha Premium. Wyglądałem bosko i oszałamiająco. Ociekałem seksapilem jak kobieta w anty gwałtach. Nie chodziło mi jednak o wygląd, ale o praktyczny aspekt ochronny obuwia. Kamyszki mogę być ostre. Wolałem chronić stopy, tak na wszelki wypadek. Sylwek, Aneta i Amelia mieli specjalne buty do morsowania, które nie tylko chronią stopy przed uszkodzeniem, ale również przed zimnem. Jak się zapewne domyślacie, moje obuwie ochronne ledwo co chroniło przed kamykami. O ochronie przed zimnem mogłem jedynie pomarzyć. Wyglądałem przy moim towarzystwie, jakbym odstrzelił się na wiejskie balety. Do pełnego stroju wiejskiego miłośnika imprez tanecznych brakowało mi jedynie eleganckiego dresu z ortalionu.

Pierwszy kontakt z wodą nie był miły. Myślałem, że mi paluchy z zimna odpadną. Oczywiście mój kolega i koleżanki nie mieli tego problemu, ale oni nie mieli na nogach "chińskich crocsów". Potem było już lepiej. Było mi cieplej z każdą upływającą sekundą w wodzie. Po chwili zacząłem się bać, że opuszczam już ten ziemski padół, gdyż podobno w ostatniej fazie śmierci z wychłodzenia robi się zawsze ciepło i miło. Przeżyłem jednak o czym świadczą moje słowa pisane na okoliczność tego bloga. Brodziłem po wodzie coraz śmielej. Gdy pokonałem już dość znaczną odległość od brzegu, znalazłem się po pas w wodzie. Wtedy to właśnie postanowiłem się zanurzyć, aż po szyję. Sylwek poinformował mnie, że mam to zrobić bardzo szybko, a nie powoli. Dowiedziałem się od niego, że najlepiej będzie, jak ręce będę trzymał skrzyżowane na klatce piersiowej, bo wtedy będzie mi trochę cieplej. Po chwili namysłu dałem szybkiego nura do wody. Przez chwilę było mi zimno jak jasna cholera. Czułem, jak zamarzają mi jajka i piękna fujarka, ale gdy wynurzyłem po krótkiej chwili w wodzie, to było mi bardzo ciepło. Poczułem niesamowitą euforię i radość. Stałem się w jednej chwili wulkanem pozytywnej energii. Powtórzyłem proces zanurzania jeszcze kilka razy. Gdy zrobiło mi się trochę zimno, wyszedłem na brzeg. Czułem się tak nienaturalnie naładowany energią, jakbym narodził się na nowo. Nagle ustąpił ból w plecach i nogach. Byłem nowym, lepszym i szczęśliwszym człowiekiem. Polecam każdemu kąpiel w zimnej wodzie. To cudowne przeżycie. Na pewno jeszcze nie raz będę się kąpał zimą w lodowatej wodzie.

Cudownie było odpocząć po kąpieli w gorącej saunie. Nie dałem rady długo wytrzymać w bardzo wysokiej temperaturze. Po kilku minutach, gdy już ogrzałem swoje ciało, udałem się na relaksacyjną kąpiel w bali z gorącą wodą. Było to pięknie zwieńczenie zawodów. Bogatszy o nowe doświadczenia wróciłem wraz z wesołą gromadką do rodzinnego miasta. Po drodze zaliczyliśmy pizzę na kolację, ale nie będę się o niej rozpisywał, bo niewarta jest ani jednego słowa. Była bardzo cienka. I nie mam tu na myśli grubości jej spodu, ale jej ogólną wartość smakową. Cienizna jakich mało.

Tagi:

Oceń notkę
+ +12 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +99 -
Tomasso_34
Ranking: 141 Poziom: 62
PD: 30461
REPUTACJA: 17423