Blog użytkownika Adikon

Adikon
Adikon Adikon 30.07.2014, 13:49
Ekipa w wielkim mieście czyli Shoutbox w realu!
1029V

Ekipa w wielkim mieście czyli Shoutbox w realu!

Po wielu tygodniach uzgadniania, załatwiania i ustawiania wreszcie udało nam się zorganizować pierwszy zlot użytkowników PPE. Dobra miejscówka, klimat, świetni ludzie oraz gry sprawiły, że owa impreza była wyjątkowa. Kto był? Kogo zabrakło? Czy Dżony jest niepokonany w Mario Kart? Tego i wiele więcej dowiecie się z relacji poniżej! Zapraszamy!

Tytułem wstępu napiszę, że całe spotkanie nie mogło by się dojśc do skutku gdyby nie inicjatywa niejakiego Smoogiego, który był niejako prekursorem i "organizatorem" całem imprezy jednakże na samą imprezę...... Ha! Tego dowiecie się z wypocin wszystkich obecnych uczestników spotkania. Wszyscy opisują swoje wrażenia z własnej perspektywy, punktują to co im się podobało lub nie. Ale dosyć przynudzania! jedziemy z mięskiem! 

 

 

 

Adikon

Gdy tylko zobaczyłem pierwszy wpis Smoogiego o tym, że składany do kupy jest zlot powiedziałem sobie "Muszę tam być!". Była to dla mnie w pewnym sensie sprawa honoru, ponieważ z wieloma portalowiczami rozmawiałem często i gęsto na różne tematy i nie raz mówiliśmy sobie, że super byłoby się spotkać. Decyzję podjąłem w kilka sekund i odliczałem dni do wyjazdu ku "stolycy", w której miało mieć miejsce spotkanie.

 

Aby być pewnym, że dam radę pojawić się na zlocie poprzestawiałem wiele spraw, jak chociażby wyjazd na staż, wakacje w Grecji czy turniej w BF4, który po prostu zlałem ciepłym sikiem. W sobotę rano ok. 8 wyruszyłem pociągiem na krucjatę do Wawy. W Katowicach miałem przesiadkę i to tam również miałem spotkać część ekipy a mianowicie Alexa, Repipa z bratem Rolandem oraz Smoogiego. Trochę zestresowany dzwonię do Smoogiego jednak ten dalej nie odbiera od momentu, gdy w pracy zalał mu się telefon. Myślę "Nie odbiera ale się pewnie gdzieś tutaj kręci". W między czasie wykręciłem numer do Alexa i po krótkiej rozmowie znalazłem go oraz "braci repipów" siedzących w Macu. Jeszcze nie wyruszyliśmy a już trapiły nas problemy. Smoog się nie pojawił a ponoć załatwił bilety! Po wielu próbach skontaktowania się z nim wzięliśmy sprawy w swoje łapska i kupiliśmy bilety na własną rękę. Przed wpakowaniem się do pociągu na Wawę wołaliśmy Smooga i machaliśmy okładką SRAKTA, jednakże bezskutecznie.

 

Podróż upłynęła nam szybko w świetnej atmosferze, gdzie poznaliśmy się bliżej, porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Dodatkowo umilaliśmy sobie czas grając w Draw Race 2 na tablecie Alexa oraz jakąś gejowską bijatykę, o której wolę milczeć :)

 

Około godziny 13 wysypaliśmy się na Centralnym w Warszawie i na starcie wpakowaliśmy się do Maca. Po niecałych 30 minutach dołączył Iron z Sycho. tych dwóch nieźle wkręciło Alexa kto jest kima później Iron zaliczył fail z Repipem myśląc, że ten dopiero dojedzie :) Czekaliśmy trochę na Daaka, naszego oficjalnego przewodnika i zbawcę w Wawie. Miał nas zaprowadzić do hostelu. Generalnie zajęło nam to ponad półtorej godziny ale przy tym obeszliśmy cały plac Piłsudskiego, zostaliśmy ztrollowani przez policjanta oraz kompletnie zlani przez przechodniów, gdy pytaliśmy o drogę. Jednakże dzięki Alexowi oraz skupieniu się Daaka wreszcie dotarliśmy do "Oki Doki Hostel". Jak sie później okazało minęliśmy naszą miejscówę o jakieś 5 metrów. Wiadomo jak to turyści :)

 

 

Po ogarnięciu się w hostelu postanowiliśmy okupować tamtejszy bar. Każdy coś sobie zamówił, Daak wyciągnął sprzęty(Micro DS rządzi!) i tak zaczęliśmy się rozkręcać i poznawać. Po godzinie imprezę jeszcze bardziej rozruszał Dżony, który odnalazł nas i rzucając 3 cztero-paki zimnej alkoholowej ambrozji skwitował swe wejście mówiąc "Przecie na suchy ryj nie będę przychodził". Mała impreza tak się rozkręciła, że poważnie rozważaliśmy pozostanie w owym barze ale nie mogliśmy zawieźć innych zawodników czekających w Level Upie!

 

 

Po, krótkim marszu i obowiązkowej wizycie w Macu dotarliśmy na miejsce. Tam czekali już Xero oraz szalony REALISTA, który "zmisiował" wszystkich bez zbędnego cyrtolenia się. Zrobiło się swojsko. Mimo rezerwacji rozsiedliśmy się w ogródku, gdyż w środku panował spory zaduch. Każdy zamówił coś mocniejszego i impreza rozpoczęła się na dobre. Na pierwszy ogień poszedł Soul Calibur V, w którym dostałem srogi łomot od trolującego mnie Alexa :) Wymiataczami okazali się Suchy, Repip, Roland i Iron, którzy ostro naparzali i nie było zmiłuj! W miarę jak każdy z każdym się aklimatyzował wszyscy rozpełzli się po lokalu i okupywali różne gry. Sam spróbowałem swoich sił na automacie w  Tekkena 3(Był jednak płatny), Daak i Iron oklepywali sobie mordy w Tekken 2 na innym automacie, część ludzi grała w Dj Hero, Mario Kart na N64 czy dalej ciosała w Soul Calibura. Wymienialiśmy się stanowiskami i generalnie każdy chyba wszystkiego co chciał spróbował. Co więcej, chłopaki namówiły mnie do gry w Mario Kart! Najpierw dostałem wpierdziel i skończyłem ostatni jednakże później szło mi już znacznie lepiej!

 

 

Z każdą godziną procentów przybywało jednakże nikogo do nas nie przybywało a wręcz odwrotnie! Miał pojawić się Roger jednakże doznał groźnego wypadku na korcie tenisowym. Mówił, że kort go zaatakował i próbował owinąć siatką a ten uciekając nie zauważył lini i się o nią potknął :) Co więcej na spotkaniu obecny miał być Dario123 ale nie dotarł na miejsce. Jak się potem okazało był on tam już wcześniej ale z racji tego, że nas nie znalazł..... po prostu sobie poszedł. Wspomniałem o tym, że nas ubyło a to za sprawą Dżonego, który postanowił zmierzyć się na kieliszki z bratem Repipa Rolandem. Niestety w tej walce mógł być tylko jeden wygrany. Dżonderem ostro pozamiatało i nagle zniknął. Zapłacił, wyszedł i przepadł jak kamfora. Co się z nim stało przeczytacie w jego wypocinach.

 

Impreza kulała się dalej, graniu, śmiechom, rozmowom, zdjęciom i % nie było końca i nikt nie miał ochoty kończyć zabawy. Jednak wszystko co dobre to się szybko kończy. Około godziny 1 w nocy pożegnaliśmy się z Xerem, Daakiem oraz Realistą i udaliśmy się na spoczynek, po drodze zahaczając o Maca. Będąc już w hostelu imprezka zwolniła tempa i po ogarnięciu się rozmawialiśmy jeszcze długo na różne tematy. Koło godziny 4 wszyscy padli pokotem na swoje wyra i zapadli w błogi sen. No może prawie wszyscy ponieważ w moim pokoju obecne były dwa wielkie odrzutowe silniki, które równo i miarowo jechały z odgłosami. Mam tu na myśli "braci Repipów", którzy umilili nam spanie świetną chrapaną symfonią na dwa basy :)

 

Koło godziny 8 musieliśmy się zwlec i zaiwaniać na pociąg. Na dworcu pożegnałem się z Ironem i Sycho, którzy udawali się w inne kierunki Polski. Tak z ekipą ze śląska wsiedliśmy do pociągu i udaliśmy się w szarą rzeczywistość.

 

 

Generalnie mógłbym streszczać cały zlot krok po kroku ale nie ma sensu. Cały powyższy opis jest skompresowany by nie produkować tu tysiąca stron. Podsumowując powiem wszystkim, którzy nie dali rady, mieli obawy, wahali się lub po prostu zlali zlot uważając, że nic z tego nie będzie:  "ŻAŁUJCIE!"
Na spotkaniu poznałem świetnych i wyjątkowych ludzi w każdym calu. Dzięki tej grupie zapaleńców poczułem się jak w domu. Nie miałem poczucia, że jestem growym alienem. Co najzabawniejsze, wszyscy znaliśmy się dosłownie kilkanaście godzin a atmosfera jaka się wytworzyła była taka, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi znającymi się od lat. Pomimo różnic wiekowych nikt nie psuł klimatu, nikt się nie pysznił ani nie wywyższał. Każdy traktował każdego jak równego sobie.

 

Z tego miejsca chciałbym bardzo ale to bardzo z całego serca podziękować całej ekipie na, którą składali się : Repip, Roland, Alex, Daak, Xero, Realista, Iron, Sycho oraz Dżony(kolejność przypadkowa :)). Jesteście zajebistymi ludźmi i każdy z was dał mi wiarę w to, że można spotkać ludzi, których połączy nie alkohol czy uprzejmości a głęboka, płonąca żywym ogniem pasja do gier! Jeszcze raz wielkie dzięki! Widzimy się za rok, lub nawet wcześniej !!  

 


 

 

Sycho141

Kazali mi coś napisać o zlocie, to napiszę. Słowem wstępu napiszę o tym, że nie napiszę o drodze do Warszawy, bo to nikogo raczej nie obchodzi... Przejdę od razu do czekania.

 

Na dworcu byłem pierwszy i miałem tylko numer do Smoogiego i Irona. Smoogi rozczarował, ale na Irona można liczyć, więc tak po godzinie czekania wśród dziwnych warszawiaków (jak nie hipster, to azjata) w końcu spotkałem naszego krula ppe. Oczywiście, osoba bardzo miła, szybko się dogadaliśmy i nie było niezręcznej ciszy. Czekaliśmy trochę przy wejściu, potem ruszyliśmy w podróż po dworcu, który ledwo co ogarnęliśmy, ale szybko zadzwonił Adi i nakierował nas na Maca. Szybko go znaleźliśmy, zajrzeliśmy, to był nie ten, więc ruszyliśmy dalej. Wyszliśmy z dworca, obeszliśmy go, zobaczyliśmy drugiego Maca i w końcu byliśmy w komplecie. 

 


Spore zaskoczenie, bo choć nie wiedziałem, czego oczekiwać po ekipie i tak w ogóle nie pasowało do nich moje wyobrażenie nerdów z ppe. Adiego zawsze miałem za typowego informatyka, a okazał się całkowitym przeciwieństwem tego stereotypu. Repip miał być typowym nerdem, nie był. Roland, akurat pasował do stereotypu, bo wszyscy pecetowcy, to zajebiści ludzie, a Alexego znałem najmniej, także niezbyt wiedziałem co robi w rzeczywistości i czego oczekiwać, dlatego miłe zaskoczenie było jeszcze milsze.

 


Poczekaliśmy potem jeszcze na Daaka i ruszyliśmy w podróż. Daaku okazał się bardzo miły, bo postanowił nas trochę oprowadzić po Warszawie. Także zamiast do hostelu ruszyliśmy na plac Piłsudskiego, bo Daaku chyba chciał nam pokazać festyn Policji. Festyn niezbyt nas zainteresował, także obeszliśmy plac dookoła (dla zasady, turist is turist) i poszliśmy w kierunku z którego przyszliśmy. Hostel był spoko, usiedliśmy w barku. Zaczęło się zbieranie podpisów na numerze PE Irona i co ważniejsze na odwrocie Sraktu (tak ludzie, widziałem Srakt na żywo, ktoś jeszcze widział? nikt? Także żałujcie, że was nie było). Po pogadaniu i pokazaniu zestawu handheldów Daaka (miał Vite, ale też GB Micro i 3DSa - my lubimy wszystkie konsole - oczywiście to nie pstryczek w stronę innego spotkania, gdzie grano tylko na Vitach:P) wpadł do barku Dżony z zestawem swojego alkoholu.

 

Po pierwszych piwach impreza się rozkręciła, aż niektórzy nie chcieli wychodzić z hostelu. Droga była szybsza niż do hostelu, bo poszliśmy do Level Upu, zamiast zwiedzać, ale i tak się zatrzymaliśmy. Alexy, który strasznie lubi Maca, wpadł również do tego i chyba dlatego minęliśmy się z Dario, który o 19 miał czekać w pubie...
Chwilę poczekaliśmy, ale w końcu udało nam się zgrać całą ekipą w Level Upie. Na miejscu czekali już REALista i XeRo. Szybkie przywitanie i oczywiście, jak to na nerdów przystało ruszył alkohol. Dzięki Jackowi Danielsowi impreza rozkręciła się na całego i ruszyliśmy do zarezerwowanego miejsca na rundkę w Soul Calibur. Nie chcę się chwalić, ale ja nie przegrałem w tej grze ANI RAZU, choć grałem tylko 3 razy. Po kilku sesjach wszyscy ożywili się i każdy ruszył w inną stronę. Iron z Daakiem znaleźli sobie automat z Tekkenem 2, REAL, Dżony, Repip i Alexy przysiedli do N64 i Mario Karta, Roland i XeRo zostali przy bijatykach, a ja postanowiłem czepnąć o każdą grupę.

 

Tak o to, najpierw spędziłem chwilę patrząc, jak chłopaki radzą sobie w Mario Kart, radzili sobie... Cóż powiedzmy, że początek wyglądał tak:
- Wybrali wszyscy postacie? To potwierdzajcie!
-No potwierdzamy!
...
- Kto znowu nacisnął wstecz!!!???


Walka chłopaków z Mario Kart była zabawna, bo byli już "w dobrym humorze" i nawet jak udało im się po jakimś czasie włączyć, to wyścig był, jakby to....... ciekawy. Każdy jechał w inną stronę, ktoś wracał, ktoś użył power upa w złym momencie, ktoś patrzy na zły ekran, a ktoś inny stoi w miejscu... Potem ruszyłem zobaczyć co się dzieje z chłopakami od automatu i też bawili się nieźle. Nie ukrywam, że Daaku potrafi skopać dupsko w Tekkena 2 i Iron dostawał za każdym razem lanie, ale mi udało się z nim wygrać naciskając losowo przyciski (oczywiście, to był skill i taka wersja panowała przy automacie). Potem z Ironem skoczyłem na papierosa i dołączył do nas Dżony, który chyba źle się czuł, bo jakoś tak krzywo chodził i nie wyraźnie mówił... Cóż z przeziębieniem nie wygrasz... Dżony, jako że czuł się nie wesoło wyszedł z pubu pierwszy i zaginął na 12 godzin... Reszta w barze nadal bawiła się świetnie. Alexy zagadywał ludzi dookoła, najpierw szefa całego pubu, potem dorwał jakiegoś level designera (chyba...) nowego Wolfensteina i zaczęła się komunikacja w języku Szekspira. Im dłużej siedzieliśmy, tym więcej imprezy zaczęło mi uciekać dnia następnego (tak już mam, że nie muszę dużo wypić, by zapomnieć z kim piłem), pamiętam jeszcze, że Roland z XeRo grali w bijatyki ktoś przysiadł i bardzo się wciągnął w DJ Hero, a ja poprosiłem o Gitarę i tak sobie przysiadłem na kilka piosenek do Guitar Hero (na początku chciałem zagrać z REAListą, ale słabo mu szło i się poddał).

 

Tak około 12 znów wszyscy zasiedliśmy by na spokojnie porozmawiać przy piwie i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Strasznie fajnie tak sobie porozmawiać o wspólnym hobby i zrobić, jak to ktoś nazwał "taki shoutbox, tylko na żywo". Po pierwszej chyba nadszedł czas by kończyć imprezę. Pożegnaliśmy i się i ruszyliśmy, niektórzy do domu, my do hostelu. Po drodze czepnęliśmy oczywiście o Maca i monopolowy, by zakończyć fajnie spędzony dzień w łóżku (nie nie dwuznacznie "w łóżku", każdy w swoim łóżku...). Niektórzy zasnęli w najlepsze szybko, niektórzy jeszcze poczekali, ogólnie to pogadaliśmy jeszcze o ppe, pomartwiliśmy się o Dżonego i smacznie zasnęliśmy. Następnego dnia wszyscy grzecznie wstali i ruszyliśmy w drogę powrotną i przy okazji do Maca...

 

 

 


 

 

Alexy78

Na PPE trafiłem przypadkiem. Aby móc w pełni uczestniczyć w komentarzach i dyskusjach – założyłem konto. Od tego czasu, po ponad 4000 komentarzach uzmysłowiłem sobie, że dałem się wciągnąć w życie portalu. Wyjazd na spotkanie był naturalną konsekwencją wynikającą z chęci poznania osób, których opinii przez ponad rok tak wiele się naczytałem.  Wzięcie udziału w imprezie, było jedną z lepszych decyzji jakie mogłem podjąć w ostatnim czasie.

 

Całość od początku ogarniał Smoogi i nawet dzień wcześniej byliśmy umówieni, na spotkanie się przy kasach biletowych celem odebrania rezerwacji. Na szczęście nie był on jedyną osobą kontaktową dla mnie i mając kontakt z Adim byłem spokojny o jako-taką organizację. Repip zaś całkiem przytomnie do mnie zadzwonił i rozmawiając przez telefon się spotkaliśmy, nie będąc pewnymi czy to ze sobą właśnie rozmawiamy  :).  Okazało się, że był z bratem i już było nas 3 osoby. Do 20 min dojechał Adi i to w takim zestawie wyruszyliśmy pociągiem w kierunku „stolycy”.  Do samego końca próbowaliśmy nawiązać kontakt ze Smoogim – niestety nie było to możliwe, odzywała się jedynie poczta.

 

Podróż, ku naszemu zdziwieniu przebiegła bardzo wygodnie, otwarte okno gwarantowało taki przewiew, że ani przez moment nikt na ciepło nie narzekał. Podróż urozmaiciliśmy sobie Draw Race 2 (można grać we 4 osoby na tablecie) oraz jakąś pedalską gierką o zapasach (2players). Wszyscy byliśmy zdziwieni jak szybko pojawiliśmy się na peronie Warszawa Centralna.

 

Po tym jak doszliśmy do Mac’a, dołączyli do nas Sycho oraz Iron jak i Daak’u (wkręcając mnie na  4 min. kto jest kim :)) i w takim zespole ruszyliśmy w poszukiwaniu Hostelu. Poszukiwaniu - to jest dobre słowo -  gdyż wg adresu Daak’a Hostel miał mieć miejsce przy placu Piłsudskiego o nr 3.

 

Pogoda i humory nam dopisywały, naprawdę co parę minut słychać było salwy śmiechu  - jak dla mnie to niesamowite, że ludzie się w realu nie znający, tak szybko się potrafią zgrać, dobrze to wróżyło imprezie i nawet gdyby nikt nie doszedł wiedziałem, że dobrze spędzimy czas.

 

Jak się okazało, Hostel był w całkiem innym miejscu i musieliśmy się wracać, bo wcześniej go zwyczajnie minęliśmy (jakieś 10 metrów od drzwi wejściowych…) .Adres jaki Daak’u na stronie znalazł w ogóle nie pokrywał się z prawdziwą lokalizacją – nikt jednak humorów nie stracił i po zameldowaniu, szybkich prysznicach (tak, higiena była zachowana, a co;)) wszyscy spotkaliśmy się w barze hostelowym. Mocniejszych napojów nie było, ale każdy mógł sobie piwo, soczki ala „smirnoff ice” zakupić. W tejże miłej atmosferze dotarł do nas Dżony stawiając na stole kilka pakiecików napojów orzeźwiających, piwem zwanych. Impreza już na tym etapie wszystkim na tyle odpowiadała, że zastanawialiśmy się, czy warto się do miejsca docelowego przenosić ;) Daaku przyniósł konsole i jego Vita, 3DS XL oraz DS mini (małe dzieło sztuki) wędrowały z rąk do rąk – oprócz „Dragons’crown” na Vitę miałem okazję sprawdzić nieco „Bravely Devault” – wszystko w bardzo luźnej i wesołej atmosferze, żadnej „spiny”.

 

O 18.00, wcześniej się posilając w lokalnym Macu, ruszyliśmy w kierunku lokalu Level Up – tym razem bez niespodzianek dotarliśmy od strzału. Na miejscu czekali na nas REALista oraz Xero i w ten sposób nasza ekipa stała się kompletną.

10 polskich graczy (nie tylko) konsolowych w lokalu bazującym na konsolach właśnie – czy to się mogło nie udać?

Od samego początku atmosfera sprzyjała, jeszcze zanim pierwsza kropla alkoholu popłynęła, REALista z każdym się „na miśka” przywitał itp. -  w ogóle było mnóstwo tematów do poruszenia – ShoutBox LIVE!

 

Po ogarnięciu możliwie najlepszego miejsca zrezygnowaliśmy  z rezerwacji wewnątrz lokalu i rozłożyliśmy się na podwórzu kamienicy – przyjemne loże pod namiotami uzupełnione paroma krzesłami stanowiły od tego momentu naszą „bazę”.

Każdy miał coś do powiedzenia, każdy mógł nawiązać do wielu wspólnych portalowych newsów i userów – tematy nie miały końca… a alkohol się lał (nie zawsze do gardeł, kiedy moja nogawka została piwem Xera doszczętnie zalana, heh). Każdy miał swoje tempo wchłaniania procentów, a ja starałem się dzielnie trzymać tempo Dżonego – ten jednak w przeciwieństwie do mnie Danielsa z niczym nie mieszał …. Litrowa butelka, również przy udziale pozostałych użytkowników szybko znalazła swoje dno… nie było to jednak problemem,  każdy znalazł rozwiązanie na swój sposób, przy czym Dżony wziął na cel czystą, a za partnera brata Repip’a….

 

Działo się to już w czasie kiedy przenieśliśmy się na różne stanowiska – od Nintendo 64 i Mario Carta, gdzie mocno wstawieni walczyliśmy do ostatniego okrążenia, poprzez Soul Calibur, gdzie otrzymując odpowiednie sugestie od „Repip Brothers” udało mi się w lamerski sposób Adiego pokonać :P - po granie w DJ hero i próby kojarzenia o co w tym chodzi… Stan każdego z nas, odpowiednio był wyrażany w tonacjach rozentuzjazmowanych głosów. W tym czasie w grupkach po 2-3-4 osoby oblegaliśmy już różne stanowiska, często się między sobą przy danych grach wymieniając, a %’y każdy sobie dodawał…

 

Po jakimś czasie wyszedłem na zewnątrz, trafiłem akurat na bardzo ciekawą osobę, która okazała się właścicielem lokalu i zamieniłem z nią kilka zdań, doszedł do nas – jak się przedstawił – designer Wolfensteina z koszulką z logiem (niestety nie dla mnie, a dla właściciela), porobiliśmy sobie zdjęcia i zamieniliśmy kilka słów - po czym wracając do lokalu dowiedziałem się, że Dżony sobie już poszedł… ale reszta bawi się świetnie. I w takich klimatach (w moim przypadku na koniec zwalniając tempa i zamieniając Danielsa na pół litra lodowatej wody) podjęliśmy decyzję o powrocie do hostelu – jakiś czas (nie pamiętam) po północy.

Podczas całej imprezy zanotowałem jeden „sukces” – z mojego telefonu Iron zbanował przy wiwacie wszystkich uczestników maskotkę portalową – ASANO ;)

Przed powróceniem do pokoju, gdzie impreza w nieco spokojniejszym tempie jeszcze była kontynuowana , poszliśmy coś zjeść.

 

Rano wszyscy byli osłabieni, nikt jednak nie cierpiał żadnych innych dolegliwości – jedynym zmartwieniem była nieobecność Dzonego – tą kwestię udało się jednak rozwiać wiedząc, że w południe wrócił do domu cały i zdrowy, z „drobnymi” przygodami, które jeśli zechce – sam opisze.

Powrót naszej 4 osobowej ekipy minął równie szybko jak podróż do Warszawy, tym razem nawet kabina była klimatyzowana  - wspomnień i zdjęć mamy wiele.

Warto nadmienić o organizacji Hostelu przez Daaku – wprawdzie z przygodami, ale znalazł super tanie miejsce w samym centrum i niedaleko zarówno od dworca jak i lokalu – serdeczne podziękowania raz jeszcze dla Ciebie myślę, że od wszystkich. Sam lokal bardzo przyjemny z miłą obsługą, która dopiero potem jak się okazała miłą właśnie - otrzymała równie mile dla niej napiwki – pozdrawiamy Dominikę! J

 

Każda ze wspomnianych osób zostawiła na mnie pozytywne wrażenie, a pisanie na portalu jest od dnia dzisiejszego dla mnie czymś całkowicie odmiennym – za każdym avkiem osób obecnych na imprezie, wiem kto siedzi i kto stuka na klawiaturze. Cieszę się, że towarzystwo było dojrzałe i owszem, o rozdzielczościach i FPS’ach, albo o   fanbojstwie było mówione! – ale w formie najbardziej śmiesznych dowcipów powodujących wybuchy, wręcz salwy śmiechu.

Mamy nadzieję, że następne spotkanie znajdzie swój czas i że ew. grupa osób jaka będzie miała możliwość się spotkać jeszcze się powiększy. Szkoda, że kilka osób,  które się deklarowały – finalnie nie dotarło – (Smoogi, co z Tobą?), ale jest to chyba standard kiedy ludzie z wielu rejonów Polski się umawiają. Wszystko przed nami, dojedzie Pomorze, itp.

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za rewelacyjnie spędzony czas, co złego to nie ja ;) i mocno liczę na to, że będzie mi dane w następnym takim spotkaniu znów uczestniczyć.

 


 

 

Xero

Zacznę od tego, że zlot rozpoczął się dla mnie niespodziewanie szybko, bo już po godz. 15 - Daaku wyrwał mnie z popołudniowej drzemki, dzwoniąc i pytając z pretensją w głosie "No gdzie ty jesteś?!". Okazało się, że 18:00 jako godzina otwarcia zlotu jest już dawno nieaktualna, bo "ekipa ze śląska" już jest na miejscu, a SMSa z tą informacją otrzymałem, gdy... smacznie sobie spałem. Nic to, ogarnąłem się, zapakowałem w kieszenie minimum rzeczy (pominąłem klucze do mieszkania w Warszawie, co nazajutrz odbije mi się czkawką) i ruszyłem z Legionowa do Warszawy. Po drodze dopytałem Daaku o liczebność przybyłych - 5 osób średnio nadaje się do szaleńczego rajdu połączonego z demolką stolicy (na co liczyłem, Roger byłby z nas dumny!), ale mniejsza ekipa miała też oznaczać lepszą integrację.

 

Wysiadając na Dworcu Gdańskim (co, że niby Dworzec Gdański w Warszawie?) dostałem jeszcze od Daaku info, że "załatwiają hostel i jest wesoło". Zastanawiałem się, ile browarów chłopaki już spożyli. Ponieważ "zastępca Smoogiego" miał dotrzeć do Level Upa dopiero ok. 19, ruszyłem samotnie do lokalu, licząc, że REALista będzie już na miejscu. Musiałem tylko wziąć od Daaku numer do niego, bo nie uśmiechało mi się wchodzić do lokalu i wrzeszczeć "je..ć Real!" czy "tylko Barca!", żeby zlokalizować jegomościa. REAL akurat był w drodze autem (co delikatnie sugerowało, że będzie trzeźwy przez całą imprezę), więc w potwornej duchocie zacząłem sączyć sobie browarka wewnątrz. Bardzo możliwe, że gdzieś w środku nieświadomie minąłem się z Dariem, który nie mogąc znaleźć nikogo z ekipy ulotnił się z pubu. Ok. 19:10. Wreszcie ekipa była w komplecie (do wszystkich wspomnianych zdążył jeszcze dołączyć Dżony), jednak nikomu nie przyszło przez myśl, żeby spytać obsługę o zarezerwowaną lożę, przez co 1/3 klubu przez dłuższą chwilę była pusta i zamknięta dla osób z zewnątrz. Zamiast tego uwaliliśmy tyłki na ogródku piwnym, rozpoczynając konsumpcję napojów - zarówno piwo, jak i zamówiony Jack Daniels dobrze gasiły tak pragnienie, jak i moje spodnie, które nieopacznie zalewałem przez nieostrożne obchodzenie się z lodem. Podpisaliśmy się też na jeszcze świeżym, kolekcjonerskim egzemplarzu repipowskiego Sraktu. Mniej więcej w tym momencie pojawiła się maskotka wieczoru, kelnerka Dominika, która znosiła nas i nasze zaczepki dzielnie aż do późnego wieczora. Rytualnie wyciągnięte komórki odpalały shouta, gdzie portalowi zazdrośnicy jechali po nas jak chcieli ("litr na 10 osób?! jak dzieci"). Admini, żeby nie zaniedbywać obowiązków, banowali niepokornych i usuwali zgłoszone wpisy.

 

Gdy Jasio Wędrowniczek pękł, przeprowadziliśmy abordaż na wnętrze lokalu by pograć trochę na rozstawionych sprzętach. Było już znacznie chłodniej, więc najpierw usiedliśmy w jednej loży tłukąc na zmianę w Soul Calibur IV, by krótko potem rozleźć się po całym lokalu. Z Rolandem załączyliśmy niechcący DJ Hero 2 tryb ogrywający wszystkie dostępne piosenki jedna po drugiej, więc nie daliśmy rady wyłonić zwycięzcy (chociaż szło mi minimalnie lepiej). Reszta ekipy grała sobie chociażby w Mario Kart na N64. Mniej więcej o tej porze (godz. 22) z horyzontu zniknął nam Dżony, opuszczając lokal (regulując na szczęście rachunek). Wróciliśmy z powrotem do ogródka, gdzie jeszcze przez jakieś 2 godzinki prowadziliśmy dysputy na wszelkie możliwe tematy, strzelaliśmy zdjęcia, namawialiśmy Dominikę na zarejestrowanie się na portalu i głośno narzekaliśmy, że Roger nie przyszedł (niekoniecznie w cenzurowany sposób). Około 1. w nocy grzecznie, kulturalnie rozeszliśmy się w swoje strony - ekipa hostelowa do hostelu, tutejsi do siebie (REAL, serdeczne dzięki za odwózkę do domu, bo usypiałem na stojąco).

 

Pomimo typowych dla PE przygód z organizacją, zlot uważam za bardzo udany - bywalcy bodaj "pierwszej zmiany shouta" to sympatyczna, wygadana ekipa, normalni, młodzi ludzie różniący się znacznie od stereotypowego Gracza (grubego okularnika z pryszczami, w wyciągniętym, śmierdzącym T-shircie). Koniecznie trzeba zorganizować kolejne edycje (chętnie odwiedzę Wrocław lub Katowice;), bo ideę uważam za pożyteczną i słuszną.

 

"Po pijaku to nie jazda jest największym wyzwaniem, ale wybór postaci." - Daaku


 

 

Daaku

           "Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście" - podsumował nasze błądze-- tfu!, zwiedzanie Alexy, kiedy pokonywaliśmy kolejne kilometry w drodze do hostelu. I w sumie taki właśnie cytat rodem z "Chłopaki nie płaczą" byłby doskonałym podsumowaniem zlotu, ale po kolei.

 

Starsi czytelnicy Ekstrima pamiętają pewnie dziesiątki niespodziewanych i ekstremalnych sytuacji, w jakie pakowali się Zg(Red.)zi podczas kolejnych wypadów na ECTSy, E3 i inne branżowe imprezy. Nam do redaktorów szmatławca sporo brakuje, ale widać przynależność do Portalu PSX Extreme robi swoje. Pierwszy zonk wpadł o godz. 22 w czwartek, trochę ponad dzień przed zlotem, kiedy zdezorientowany musiałem rzucić na shouta pytanie "to którego w końcu ten zlot?", po czym podziękować za informację zapowiadającym paniczną noc "o k@#$a". Będąc święcie przekonanym o swojej racji, hostel z wyprzedzeniem zarezerwowałem na niedzielę 27-ego zamiast soboty 26-ego. "Nic to, zmieścicie się u mnie w przedpokoju", spróbowałem żartem uspokoić chłopaków i zabrałem się za odkręcanie całej sytuacji. Krótka wymiana maili z właścicielami ośrodka i po pierwszej w nocy wszystko było już przebukowane. Pozostało więc czekać do soboty.

 

Ta przyniosła nieco nerwówki z dwóch powodów - telefonu nie odbierał XeRo, z którym mieliśmy odebrać ekipę z dworca, a ze słów Adiego, z którym utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny wynikało, że również i Smoogi zaginął w akcji. Brak przewodnika (XeRo zna Wawę dużo lepiej ode mnie) po męsku przełknąłem i trochę po godz. 15 przyszło mi zobaczyć gębę najpierw Adiego, a potem reszty przybyłych (Iron, repip z bratem Rolandem, Alexy i Sycho). Po zapoznaniu zadzwoniłem jeszcze raz do XeRa - jak się okazało, wcześniej nie odbierał, bo go... wybudziłem. Kwadrans po piętnastej. Następna godzinka to wspomniane we wstępie zwiedzanie stolicy połączone z próbami odnalezienia hostelu na dwa GPSy, wkręcającego nas policjanta i niezbyt zorientowanych przechodniów. Plac Dąbrowskiego to naprawdę zdradzieckie miejsce... Kiedy jednak doczłapaliśmy już w chłodne pielesze Oki Doki i szybko odebraliśmy rezerwację, pozwoliłem sobie na westchnięcie ulgi - najgorsze za nami.

 

W Level Upie mieliśmy spotkać się o szóstej, ale koniec końców przesunęliśmy to na siódmą, żeby wszyscy mieli chwilę na aklimatyzację - jedni wskakiwali pod prysznic, inni lokowali zady w hostelowym barze, żeby trochę odpocząć i pogadać. A gadanie przebiegało tak miło, że na stole lądowały najpierw napoje, potem archiwalne Ekstrimy, potem numer Srakta, przytargane przeze mnie Vita, 3DS i GameBoy Micro oraz gry na PSXa i PS2. No i jeszcze trzy czteropaki cudownie zimnego Królewskiego od Dżonego, któremu udało się nas zlokalizować. Atmosfera była tak kozacka, że aż pojawiły się głosy, żeby olać Level Upa i wieczór przesiedzieć tutaj, czemu i ja nie byłem nawet specjalnie przeciwny, ale "będziemy tak XeRa i Realistę samych zostawiać? Jeszcze Dario miał wpaść". Pozbieraliśmy więc zabawki i po krótkim posiłku w McDonaldsie (jak się potem okazało, niektórzy jedli tam już trzeci raz od rana, niech żyje kapitalizm!) po 19 zawitaliśmy w Level Upie.

 

Z samym klubem jestem mocno zapoznany, więc dokonałem szybkiej inspekcji wszystkich trzech poziomów w poszukiwaniu reszty. Ci (XeRo i Real, Dariana złowieszczo brak - dlaczego, przekonamy się nazajutrz rano) czekali na nas na tyłach, w otwartym podczas sezonu ogródku piwnym. Zlotowicze byli już w zasadzie w komplecie, pozostało więc rozsiąść się wygodnie i w akompaniamencie stukających kufli i szklanek whisky z colą kontynuować rozmowy o wszystkim i niczym w większym gronie. Wchodziliśmy w dyskusje na shoucie (pozdro dla wszechobecnych XboxOne'a i Keymuthy!), obgadywaliśmy nieobecnych, wzmiankowaliśmy wielu użytkowników portalu, po czym jak jeden mąż zwaliliśmy się do środka, by w zarezerwowanej loży pomęczyć na dwa pady Soul Calibura. Ja z Realem podskoczyliśmy jeszcze do zewnętrznego sklepu po coś na ból głowy i chipsy, by po powrocie stwierdzić, że ekipa świetnie się w przybytku zadomowiła.

 

Było Dead or Alive 4, były wyścigi w Mario Kart na N64 (Real jako jedyny nie miał kłopotów z wyborem postaci... bo jako jedyny był trzeźwy!) połączone z grupowym zarywaniem do kelnerki Dominiki, było szarpanie talerza w DJ Hero... Ja na poziomie "piwnicznym" (bar) miałem okazję odpalić z Ironem Killer Instinct na Xboxa One, ale w konfrontacji z niezwykle bogatym rosterem zawodników (Sabrewulf) o wiele więcej zabawy dostarczył nam pobliski automat z nostalgicznym Tekkenem 2. Walki na drążek i pięć przycisków znanymi z dawnych czasów zawodnikami i próby kozaczenia combosami i nieblokowańcami trwały i trwały, a pomimo zebrania sporego łomotu do reszty wróciłem w bardzo dobrym humorze. Na górze szampańsko (a raczej "czysto", jak się potem okazało) bawił się Dżony, którego widać i słychać było wszędzie, więc tym bardziej uderzył nas fakt, że w pewnym momencie go wcięło. Gdzie wcięło - dowiecie się już od niego.

 

Ubożsi o jednego człowieka, skierowaliśmy się z powrotem na zewnątrz, gdzie rozmowy trwały do ok. 1 w nocy, kiedy to grzecznie doszliśmy do wniosku, że na dzisiaj już starczy. Ekipa hostelowa udała się w swoją stronę na nocleg, ja z XeRem załapaliśmy się na "stopa"z Realem - i tak oto pierwszy "zlot elyty PPE" (copyright pending) dobiegł końca. Choć nie do końca, bo "dogaszanie ogniska" (ja o siódmej rano już w pracy po dwóch godzinach snu, nieoczekiwana obecność Dario w Level Upie, "nocleg" Dżonego, opóźniony pociąg Sycha itp. itd.) wychodziły na shoucie przez całą niedzielę i poniedziałek. Podsumowując - zlot mimo niskiej frekwencji udał się wyśmienicie, a kolejny - tym razem w Katowicach - na pewno zorganizujemy za rok ;)

 


 

 

Dżony

13680 taki numer widniał na białej opasce otulającej mój lewy nadgarstek gdy w niedziele rano obudziłem się na izbie ale po kolei.

W sobote zastanawiałem się krótko czy w ogóle jechać na ten zlot, BA nie wiedziałem czy się on w ogóle odbędzie po zamieszaniu jakie wynikło ze złą datą zarezerwowania pokoi i odpadnięciu kilku userów na której obecności wielu zależało (tak Zdun to m.in. o Tobie) jednak gdy rano dowiedziałem się że chłopaki są w trasie nie mogłem wystawić ich do wiatru i postanowiłem się pokazać i poznać internetowych nerdów. Na powitanie zabrałem kilka zimnych piwek i ruszyłem w poszukiwaniu hostelu co łatwe nie było. Gdy w końcu dwie Hiszpanki pokazały mi drogę (nie znam hiszpańskiego ale się udało dogadać choć równie dobrze mogły to być Portugalki) trafiłem w końcu do kamienicy w której mieścił się owy Hostel. Na recepcji zapytałem kulturalnie gdzie znajdę towarzystwo na co dowiedziałem się że siedzą w barze. Wchodząc do baru złapałem zonka gdyż nigdzie nerdów nie widzę. Siedzi grupka sześciu facetów ale wszyscy wyglądają normalnie. Krótkie powitanie, piwka na stół i zaczęła się gadka. W międzyczasie Adi wrócił z Alexem spod prysznica (co tam robili – nie wiem) i tak po chwili dylematów czy robić zlot w hostelu czy uderzać do levelUpa postawiliśmy na to drugie i udaliśmy się do klubu znaczy McDonaldsa.

 

W klubie dołączyliśmy do XeRa i Realisty (nawiasem mówiąc megapozytywni ludzie) i tak cisnąć się na loży w ogródku sącząc piwo i łyskacza przegadaliśmy ok godzinki do czasu aż pewna kelnerka nie pokazała mi narożnika z 360ką do którego się przenieśliśmy. W ruch poszedł Soul Calibur V w którego nie grałem od czasów jedynki a na stole wylądowały kolejne piwka, łyskacze z colą i CIEPŁA (fuck) wódka, którą zamówiłem sobie z Rolandem (bratem Repipa). Ciepła wódka u mnie zwiastuje szybki zgon ale ponieważ i tak miałem się ulotnić koło 22 nie przejąłem się tym. Niestety ta wódka wyzwoliła u mnie chęć picia. Pamiętam że graliśmy w MK64 jednak miałem już na tyle wcięte że nie wiedziałem gdzie jest A a gdzie B co spowodowało że nawet załączenie gry było przeszkodą a gdy już się w końcu udało nie wiedziałem na który ekran mam patrzeć. W okolicach 22 ulotniłem się na chwile z klubu choć z zamiarem powrotu, który pokrzyżowała Straż Miejska, która po krótkiej kłótni i lekkim mnie poturbowaniu przetransportowała mnie na ul Kolską.

 

Musiałem mieć sporo wypite gdyż badanie o pierwszej w nocy wykazało obecność ponad dwóch promili. 300-złotowy  nocleg spędziłem w towarzystwie dwóch chłopaków z wieczoru kawalerskiego, zadymiarza Legii i gościa z dredami który trenował przed woodtockiem. W rogu leżał też jakiś starszy koleś ale cały czas spał. Ogólnie pobytu na wytrzeźwiałce nikomu nie polecam a i sam nie mam zamiaru tam wracać ale mimo wszystko wieczór zaliczę do udanych (o nie udanych na pewno nie chcecie czytać). Szkoda mi tylko mojej dziewczyny której przez zapomnienie PINu nie mogłem dać znać gdzie jestem.

 

Co do samych zlotowiczów to naprawdę byli sami świetni ludzie. Sycho troszkę cichy ale gdy ja zaliczałem zgona on się właśnie rozkręcał, Real musiał chyba jarać jak nie widzieliśmy bo wciąż cieszył jape, Repip, Roland, Iron, XeRo, Adikon i Daaku są bardzo ale to bardzo OK ale tak ich sobie wyobrażałem za to Alexy78 nie jest tak sztywny jak myślałem (sorry Alex teraz wiem że się myliłem), przeciwnie to spoko gość jak na swój wiek i chętnie się jeszcze z nimi wszystkimi spotkam.

Wszyscy których zabrakło mogą szczere żałować. Pozdrawiam i do następnego (ponoć Roland już mrozi wódeczke)

Dzikie densy Dżonego podczas parti Xera i Rolanda w Dj Hero 2


 

 

Iron

No i stało się pierwszy (dziewiczy) zlot użytkowników PPE przeszedł do historii. Stwierdziliśmy wspólnie, że każdy napisze swoje 3 grosze, gdyż tak będzie „fajniej”, po za tym grupa nie liczyła jak na początku zakładaliśmy +30 osób tylko +10 i tym plusem akurat jest Dario

Pisanie o własnych doświadczeniach i przeżyciach przychodzi mi bardzo łatwo, mam taką już pamięć wyrobioną przez gry, że pamiętam gdzie 10 lat temu zdobyłem unikatowy przedmiot w FF8 czy Vagrant Story. W przypadku zlotu sprzed 3 dni mogę opowiedzieć dosłownie wszystko, ale nie chcę się zbytnio rozpisywać, by nasze sprawozdanie nie zajmowało 10 stron, choć Zduna nie było, wiec chyba nie musze się martwić.

Dobra tyle wstępem, jedziemy z tym koksem.

Zlot PPE odbył się 26 lipca w Warszawskim klubie Level Up. Przyszło mi poznać 9 wybrańców i byli to: Adikon, Daaku, Alexy(sry zawsze zapominam jaką masz dalej cyfrę:P),Dżony, Sycho, Repip i jego brat Roland (Dżony killer hehe), Real, XeRo (brat Daaka). Największym przegranym okazał się Dario, z którym minęliśmy się dosłownie o kilka minut…

Emocji co niemiara i sam zdecydowałem się zarezerwować busa do Wawy dosłownie 3 dni przed spotkaniem. Wiecie jak to w życiu bywa „raz jesteś na wozie, raz jesteś nawozem” Moja sytuacja finansowa przypominała krach na wall street, ale stwierdziłem, że nie zamierzam robić wymówek i pojawię się choćbym przez kolejny miesiąc musiał żyć na zupkach chińskich i kanapkach z ogórkiem :P

Rezerwacja miała mnie też zmobilizować, by nie stchórzyć przed „dniem sądnym”

Oczywiście w przeddzień wyjazdu nie byłem ani spakowany, ani w żaden sposób przygotowany.  Rezerwacja na 10.20 niby miałem czas, ale i tak wszystko robiłem na ost chwile (jak zawsze zresztą) i biegałem po pokoju i przebierałem w pierdołach niczym Pretty Woman. W mojej mieścinie autobusy jeżdżą w odstępach godzinnych, wiec na dworzec popylałem z buta i byłem ostatnią osobą wsiadającą do busa, raptem kilka minut przed odjazdem… Od tej chwili wszystko już działo się błyskawicznie. Szybka podroż do Wawy gdzie od razu spotkałem Sycha na dworcu głównym i dzwoniliśmy do Smoogiego, który miał wyłączony telefon. O to k**wa  ładnie – pomyślałem, bo tylko do niego miałem w tej chwili nr. Uratował nas Adi który już opychał się fast foodem w Macu z ekipą z Śląska. Dziwna sprawa jak szukasz ludzi, których nigdy nie widziałeś, a w Wawie w godzinach szczytu różnie bywa… W Macu tylko jedna grupa dewiantów rzuciła mi się w oczy, szybkie łapki i od razu pierwsze wkrętki i pomyłki, kto jest kto? Z twarzy podobni zupełnie do nikogo :D  

Sycho stał się Ironem, a ja pytałem repipa, czy może repip ma jakieś planszówki hehe Ogólnie luźna atmosfera od pierwszych minut. Jak się okazało Soomogi wpadł pod tory kolejowe! i nie mógł pojawić się na zlocie!

Dobra żartuje, ale kurde do dziś nie wiem co się stało z organizatorem naszego zlotu. Smoogi are you alive? Daj znak życia, bo się ludzie o Ciebie martwią klusku.

Gdy już grubasy się najadły udaliśmy się szukać naszego hostelu, który miał się znajdować na placu Piłsudskiego jak się okazało po godzinie szukania ten nagle „przeniósł się” na plac Dąbrowskiego, a nasz przewodnik - Daaku - przypominał mi Zorro z One Piece’a, cóż czasami nawet z GPSem człowiek błądzi, ale za to zwiedziliśmy trochę stolnicy haha.

Sam hostel prezentował się bardzo przyzwoicie, po cenie rezerwacji spodziewałem się babki z psem gdzieś w lesie na Bemowie. Miło się zaskoczyłem, gdy moim oczom ukazał się bardzo klimatyczny lokal z specyficznym (studenckim) wystrojem z figurami syrenki z rozmiarem cyca ponad 30KK, pewności nie mam bo nie zdążyłem zmacać hehe, po za tym w tej chwili myślałem tylko o odpoczynku…

Gdy już odwiedziliśmy recepcję, przyszła pora na szybki prysznic i chwilę relaksu przed nalotem na Level UP. Bałem się sam iść pod prysznic, ale Adi mnie uratował, a może ja jego? Już nie pamiętam dokładnie kto komu szorował plecy haha

W hostelowym barze rozłożyliśmy się jak szlachta i zaczęliśmy dyskutować na każde tematy, nie było żądnych spięć, przyznam szczerze, że czułem się jak w gronie starych znajomych, teraz wiem, że się nie myliłem, bo z ręką na sercu mogę nazwać każdego z tych gości - przyjacielem, mózg dziwnie kojarzy człowieka z internetu, którego nigdy nie poznałeś w realu… Chyba Sycho czół na początku największy dyskomfort (sry ziom, ale to było widać), ja tylko przez pierwsze 10 min w Macu, gdy zobaczyłem jak zbudowany jest Repip i jego bracista Roland hehe, ale obiecałem sobie, że będę się dobrze bawił i tak właśnie się bawiłem. Mogłem jeszcze lepiej poznać ludzi z którymi przesiaduję na ppe i przyznam, że było to super-fajne doświadczenie.

Po jakimś czasie pojawił się Dżony z browarami na przełamanie lodów, choć IMO nie było co przełamywać, bo gadaliśmy miedzy sobą jak stare babki na targu. Szybkie autografy w PE i Srakcie (a jak!) i udaliśmy się do Level Up’a. Na miejscu czekali na nas: Real i XeRo. Może szybkie browarki i łyskacze zrobiły swoje, ale ekipa jeszcze bardziej się zżyła, graliśmy w co się dało, gadaliśmy o wszystkim, nawet udało się zbanować Asano z telefonu Alexy’a, który nie omieszkał wyrazić swojego zadowolenia z tego jakże znaczącego czynu. Później Alexy podrywał wszystkich od właściciela lokalu (:P)  po przeuroczą kelnerkę - Dominikę, którą później wciągnęliśmy do „naszego świata”, na deweloperze Wolfensteina TNO, który jakimś cudem się pojawił w lokalu, kończąc. W tym momencie byłem lekko podpity, ale czułem się świetnie. Level Up to genialny lokal, gdzie każdy z nas czuł się jak w domu, sporo konsol i gier do wyboru i klasyczne automaty jak Tekken 2 na którym „ciorałem” z Daakiem. Byłem tam pierwszy raz, ale z pewnością nie ostatni. Słyszałem też w międzyczasie, że Dżony przegrał podwójnie (właściwie potrójnie) w Mario Kart i z Rolandem przy flaszce.

Ogólnie od razu przypomniało mi się spotkanie z zgredami i stwierdzam, że każdy gracz to wyluzowany człowiek, a redaktorzy szmatławca, niczym się od nas (zwykłych czytelników) nie różnią, co tylko uświadomiło mi, że kiedyś to my będziemy promować granie na skalę Polski w ten czy w inny sposób, może teraz PE jest na szczycie, ale kiedyś to się zmieni i jeszcze się uśmiechniecie czytając wywody Repipa, Adikona, Sycha czy moje gdzieś, kiedyś w internecie :]

Po godzinie 1 zaczęliśmy się zwijać na hostel, w między czasie pożegnaliśmy Daaka, XeRo i Reala (jedyny nie pijący, podobno brał tabletki [na głowę chyba] i nie mógł pić, jak dla mnie nie musiał i tak był cały wieczór wyluzowany, duży plus ). Szukaliśmy też Dżonego, który był ewidentnie pod wpływem, bezskutecznie. Dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się o jego „przeżyciach” i trzeciej porażce z nadgorliwą policją po wyjściu z lokalu, co skończyło się najdroższym hotel w jego życiu… Wyrazy współczucia Dżonder :D 

W drodze powrotnej (dalej w dobrym nastroju) znowu odwiedziliśmy Maca i nocny by przygotować się na porannego kaczora. W pokoju debaty trwały jeszcze do 4 nad ranem, gadaliśmy m.in. dlaczego smoogi zdezerterował i co się stało z Dżonym oraz kto pierwszy poderwie Dominikę :D

Spaliśmy raptem 4 godziny, ekipa ślonzoków, miała pociąg o 10, sycho o 11, a ja busa o 11.40. Naprawdę szybko zleciało, ale dawno się tak dobrze nie bawiłem, nawet jeśli byłem niewyspany i zmęczony. Rozstając się z nimi czułem się jak Frodo opuszczający drużynę pierścienia, nie sądziłem, że tak szybko się z nimi zżyję, choć do końca nie było to szybkie, znaliśmy się od dawana na portalu, ale takie spotkanie zmienia trochę stosunek do człowieka. Choć na ppe nie ma taryfy ulgowej jak coś przeskrobią to polecą bany haha

Szkoda tylko, że nasze spotkanie było w 100% nieoficjalne, nie pojawił się nikt z zgredów, Rogero coś w nocy napisał, że skręcił kostkę i nie mógł się (w)stawić… Tym razem wybaczam, ale za rok będzie już wpi***ol  :D

Oczywiście żarty, ale fajnie byłoby wskrzesić ideę zapoczątkowaną kiedyś przez PE z Extreme Party. Moim zdaniem z zlotem PPE udało się zrobić pierwszy krok i za rok będzie o wiele więcej chętnych.

Dlatego ten tekst chcę dedykować nie tylko ludziom z którymi się bawiłem, ale i tym co nie mogli lub nie chcieli się pojawić. Czasami myślę, że ludzie zapomnieli co sprawiło, że PE stało się legendą w naszym kraju lub, że po prostu nikomu już na tym nie zależy, bo każdy jest dorosły i ma swoje sprawy na głowie. Nie mam do nikogo pretensji,  zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę coś zmienić to sam muszę się za to zabrać, dlatego przyłożę wszelkich starań by kolejne spotkanie PPE, czy nawet spotkanie pasjonatów gier odbyło się za rok z jeszcze większą pompą. Raz jeszcze wielkie dzięki chłopaki za świetną zabawę i upojną noc w jednym pokoju XD

 


 

 

Repip

Zawsze myślałem, że relacje z starych PE w których wiecznie coś jest nie tak są mocno podkolorowane, by było ciekawiej. Ten zlot jeszcze przed rozpoczęciem pokazał mi, że tak się po prostu dzieje i nie trzeba nic koloryzować. Na chyba 2 dni przez zlotem Suchy uświadomił Daaka, że zlot jest w sobotę 26 lipca, dzięki czemu wyszło na jaw, że mamy zarezerwowany nocleg na… 27 i trzeba przebukować.

 

Już w dniu wyjazdu o 9.00 rano na godzinę przed odjazdem urwał się kontakt z organizatorem i kupcem naszych biletów. Jak już pewnie wyczytaliście wcześniej Smoog do dziś się nie odezwał i krążą plotki, że w drodze do dworca „umrzył”. Awaryjnie wydębiłem od Adika numer do Alexego by mieć kontakt z kimkolwiek na tym dworcu i kupić razem bilety w jednym przedziale. Dzwonię, przedstawiam się, szybka wymiana zdań… i okazuje się, że stoimy metr od siebie. Tak to jest jak się człowiek zna z avatara, a dziwnym trafem Alexy nie ma czerwonych oczu. Po chwili dołączył Adi, kupiliśmy bilety i machając najnowszym numerem Srakta na peronie (i tym sposobem ostatni raz próbując znaleźć Smooga) wyruszyliśmy. Popijając kompocik, gadając o wszystkim i niczym i grając na tablecie w głupią grę w której przegrywałem dotarliśmy do stolicy.

 

W dworcowym Macu dołączył do nas duet Sucho + Iron który się przedstawił jako Dexx. Ogólnie zamieszanie w pierwszych sekundach było za każdym razem, gdy się spotykało kolejnego uczestnika, bo każdy potrzebował kilku sekund na porównanie avatara do stanu rzeczywistego (wyjątkiem był REALista w koszulce Barcelony;). Po tym jak przybył nasz przewodnik i awaryjny organizator, a w sumie również zbawiciel (na tym etapie nawet nie wiedzieliśmy jak się nazywa nasz hostel) w postaci Daaka ruszyliśmy w kierunku hostelu. Jak Daak wyciągnął gps i namierzał hostel zapaliło się czerwone światełko, a po tym jak zatrzymał się przy jakiejś budowie i oznajmił „to powinno być gdzieś tu” zaczęło się robić ciekawie. W mocnym skrócie – po długiej i nieplanowanej wycieczce dookoła centrum Wawy znaleźliśmy w końcu nasz hostel! Na miejscu wystrój jak w jakimś Bankoku – kolorowo, chaotycznie, duszno… ale miło i swojsko. Prycze piętrowe, prysznice wspólne, ale ważne że są i tylko o to chodziło, szybki prysznic (Adiemu trochę zeszło…) i do hostelowego baru. Gdy się rozsiedliśmy i podpisywaliśmy pamiątkowy numer Srakta + PE wpadła jedna osoba z hasłem „to wy jesteście z ppe?” po odpowiedzi twierdzącej jebudup i 3 czteropaki zimnego piwska na stole – Dżony nie przychodzi z pustymi rękami!

 

Był cwany plan by już w hostelu zrobić imprezę bo było już ciekawie i piwko było chłodne, Daaku przyniósł konsolki (GB Micro rządzi!;), ale w Level Up’ie czekał na nas REALista i XeRo i koniec końców ruszyliśmy dupe. Na miejscu nieco rozsadziliśmy system obsłudze bo nie siedzieliśmy tam gdzie mieliśmy rezerwacje, tylko tam gdzie nam się podobało. W knajpie od razu poznałem swojego korespondenta z Czarnego Lądu, REAL udowodnił że nikt w Redakcji nie jest z przypadku!

 

A jak na samej imprezie? Widok Dżonego tańczącego przed TV jak Roland z XeRem grali w dj hero, Real grający na N64… mi też się udzieliło i na wiośle z Guitar Hero naparzałem solówki mimo braku płyty w czytniku z GH w tym czasie – o sam fun z gry ponoć chodzi nie? Co dalej? Alexy… a takiego! Trzeba było ruszyć dupsko i przyjechać. Na odchodne Real, który brał jakieś dziwne tabletki pożegnał mnie i Rolanda „na misia”. Następnie obowiązkowy wypad do maka, uzupełnienie zapasów i mini afterparty w hostelu z zdalnym poszukiwaniem Dżondera włącznie. Ktoś ponoć też chrapał, wylądował na wytrzeźwiałce lub został zamknięty w domu bez kluczy, ale ja o niczym nie wiem...  

 

Chciałbym tylko wszystkim bardzo podziękować bez jakiś szczególnych wyróżnień, bo wszyscy spisali się fantastycznie i był to niewątpliwie bardzo fajnie spędzony weekend. Było extreme od początku do końca. Zero nerdostwa, krępującej ciszy – wszyscy od razu się zgrali i bawili jakby się znali od lat i nie pierwszy raz spotkali. W knajpie było nas wszędzie pełno, a numer Srakta z podpisami obijam w ramke! Przed zlotem miałem wątpliwości, teraz ich nie mam. Żałujcie, że was nie było! Do zobaczenia za rok w Katowicach! 

 


 

 

Realista

Nadszedł dzień 26 lipca. Był to dzień szczególny, ponieważ właśnie tego dnia użytkownicy portalu PPE mieli spotkać się w Warszawskim pubie dla graczy o nazwie Level Up. Ja też miałem być obecny na tym spotkaniu.

 

Punktualnie o 19:20 rozpoczęło się zaplanowane na 18:00 spotkanie użytkowników PPE (obsuwa spowodowana była przedłużającą się "integracją" w hostelu). Ja do Level Upa podjechałem o 19:00 na miejscu spotkałem użytkownika Xero, który też oczekiwał na przybycie brakujących zlotowiczów. Wreszcie dotarli. Jako, że był to ogólnopolski zlot tak i frekwencja dopisała. Łącznie wszystkich zlotowiczów było ośmiu. Najbardziej zaskakujące było to, że samego organizatora nie było wśród zlotowiczów i do końca spotkania organizator nie pojawił się ani też nie podał powodu swojej nieobecności. Kolejną nieobecną osobą, której oczekiwaliśmy był Redaktor Naczelny PPE Roger. Pisał w jednym z blogów informujących o zlocie, że na spotkaniu się pojawi, ale jednak nie przyszedł i powodu swojej nieobecności nie podał.

 

Rozpoczęła się integracja. Rozmowy o wszystkim i o niczym, o grach, o portalu, o życiu, a lejące się zewsząd procenty pomagały w odnajdywaniu nowych tematów do rozmów (nawet kilka razy weszliśmy na shoutboxa, ale były to bardzo krótkie wizyty, a w między czasie Iron zdążył za pomocą smartfona zbanować  Asano, który w jakiś sposób wyczuł, że Admini nie będą tego dnia obecni na portalu).

Około 22:00 zniknął jeden ze zlotowiczów (dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się, że trafił do izby wytrzeźwień).

Jako, że w Level Upie pełno jest konsol i tych bardzo starych jak i tych nowych zaczęliśmy na nich grać ze sobą. Gdy granie już się znudziło, a alkohol solidnie zaszumiał w głowie pozostałym na spotkaniu zlotowiczom następną atrakcją imprezy okazała się jedna z kelnerek z Level Upa (pozdro Dominika!), która bardzo chętnie rozdawała wszystkim zlotowiczom swój numer,  ale Sycho chyba najbardziej wpadł jej w oko, bo dostał nawet od niej facebooka (prawdziwości numeru telefonu, który dostaliśmy nie sprawdzałem, ponieważ nie chciałem wchodzić Sycho w paradę). Jedno trzeba jej przyznać: była cholernie cierpliwa co jej się bardzo opłaciło, bo dostała spory napiwek.

 

Około godziny 1:00 oficjalnie zakończyliśmy spotkanie i zlotowicze, którzy tej nocy wynajęli dla siebie hostel podążyli kontynuować w nim  integracje, a ja, Daaku i Xero rozjechaliśmy się do domów.

 

Jeśli chodzi o wrażenia ze zlotu to były one bardzo pozytywne. Nie nudziłem się ani chwili. Wszystkie osoby, które były na zlocie okazały się zajebistymi ludźmi. Wszystkich polubiłem. Nie było żadnej osoby, która by mi w jakiś sposób mi nie podpasowała. Obym jak najwięcej takich ludzi spotykał w życiu.

Na zakończenie mogę powiedzieć tylko, że nie było to nasze ostatnie spotkanie, będą na pewno następne, a kolejne planowane jest w Katowicach choć do następnego zlotu jeszcze sporo czasu, a więc miejscówka może uleć zmianie.


 

 

Dżony Killer aka Roland

W imieniu Rolandapiszę ja, jako iż właściciel tego zacnego avka, jak na prawdziwego PC-towca przystało zagrywa się w Diablo 3 na piecu. Ogólnie jestem pewien, że Roland nie narzekał i miło spędził czas, jak również może najdzie go ochota na trwałe wejście w nasz portal. 

 

Jedno wiem natomiast na bank. Dżony odlicza dni do kolejnego alkoholowego starcia a sam Roland mrozi specjalnie dla niego wódeczke :)


 

 

I to już wszystkie wypociny, które zebraliśmy w jedną gigantyczną całość. Od siebie dodam tylko, że całe spotkanie zachowam na zawsze w pamięci i z dziką werwą przyczynię się do organizowania kolejnego!

 

Poniżej znajdzecie nasze zdjęcie grupowe, które strzeliliśmy sobie gdy impreza nabrała ostrego tempa! Do zobaczenia za rok!

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +65 -

Oceń profil
+ +29 -
Adikon
Ranking: 113 Poziom: 63
PD: 31977
REPUTACJA: 7573