SKLEP

Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty
Darek Darek 29.09.2017, 12:37
Kingsman Złoty Krąg
91V

Kingsman Złoty Krąg

Czemu producenci w Hollywood wciąż wierzą, że zrobienie kontynuacji w stylu "to samo, tyle, że więcej" jest dobrym pomysłem?

Wstyd mi, ale zupełnie przegapiłem pierwszych Kingsmanów w kinie.  Niby dobry reżyser, niby Sam Jackson jako antagonista, a i tak jakimś cudem zupełnie nie słyszałem, żeby coś takiego w ogóle grali. Swój błąd nadrobiłem dopiero ponad pół roku później i od tamtej pory pluję sobie w brodę za każdym razem kiedy tylko pomyślę, jak ten film musiał wyglądać na wielkim ekranie. Od razu postanowiłem sobie, że jak już wyjdzie druga część (bo jasnym było, że wyjdzie), pobiegnę do kina przy pierwszej okazji. Tak też zrobiłem i choć kontynuacji daleko do oryginału, to i tak nie żałuję ani jednej spędzonej w kinie minuty.

Eggsy już od jakiegoś czasu jest tajnym agentem. Jego życie układa się doskonale - świetna praca, piękna, szwedzka księżniczka i piesek w eleganckim domu, wierni przyjaciele. Oczywiście, że za chwilę całe to życie eksploduje mu prosto w twarz, w końcu musimy mieć film. Vaughn nie każe nam długo czekać i już po chwili dowiadujemy się o istnieniu super tajnego kartelu narkotykowego, który jednym ruchem niszczy całą organizację Kingsmanów. Pozostali przy życiu Eggsy i Merlin udają się do Stanów, aby tam szukać pomocy od swoich kuzynów - Statesmanów. Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana, jak to często bywa w przypadku kontynuacji komedii i filmów akcji. Bez problemu domyślisz się kolejnych zwrotów akcji i finału do którego zmierza historia. Tym razem cała zabawa polega na oglądaniu bardzo kinetycznie nakręconych scen akcji, interesujących postaci i zabawnych żartów. Tylko czy faktycznie żarty są zabawne, postacie interesujące, a sceny akcji kinetyczne? Po kolei.

Taron Egerton po raz kolejny jest przewspaniały zarówno jako luźny Eggsy noszący dresiki Adidasa, jak i poważny agent specjalny Eggsy zapakowany w idealnie skrojony garnitur. Wróżę temu chłopakowi długą i pełną sukcesów karierę. Scena w namiocie, kiedy dzwoni do swojej dziewczyny aby ta udzieliła mu pozwolenia na wykonanie misji była komediowym złotem i, co bardzo ważne, była to tylko jedna z wielu równie zabawnych scen w całym filmie, a z kolei jego interakcje z Harrym sprawiają, że w oku kręci się łza. W życiu bym się tego nie spodziewał, ale niespodziewanym mistrzem humoru w nowych Kingsmanach jest Colin Firth. Tak, poważny Harry z części pierwszej, król George z King's Speech, nudny chłopak Bridget Jones z... no, Bridget Jones. Co prawda był to w kółko ten sam żart, ale na szczęście dawkowany na tyle sporadycznie, że nigdy nie zdążył mi się znudzić. Pedro Pascal, którego uwielbiam od czasu czwartego sezonu Gry o Tron, wprowadza ciekawy pierwiastek inności i luzu do mocno dystyngowanego świata brytyjskich tajnych agentów. Jego agent Whisky (Brytyjczycy noszą pseudonimy po rycerzach króla Artura, a Amerykanie po alkoholu, bo przecież yeeeeeahaaa!) jest zabawnym, podstarzałym playboyem, który wyprawia takie cuda z lassem, że mózg staje. Mark Strong jako Merlin jest dosyć nierówny. Z jednej strony to wciąż ta sama, ultra poważna, niezwykle odpowiedzialna postać co w jedynce, z drugiej, obiecuję, że znienawidzisz "Country Road" zanim dotrzesz do napisów końcowych.

Jest mi bardzo przykro jak bardzo po macoszemu zostali potraktowani Chaning Tatum, Jeff Bridges i Halle Berry. Agenci Tequila, Champagne i Ginger (w tej kolejności) pojawiają się w filmie dosłownie na dwie sceny w takcie których nie robią niczego godnego uwagi. Dam sobie głowę uciąć, że chodziło tylko i wyłącznie o wprowadzenie zamieszania, żeby widz mógł sobie zgadywać kto, jeśli ktoś w ogóle, mógłby się okazać zdrajcą. No i oczywiście drugi i pewnie ważniejszy powód - żeby można było za dwa lata nakręcić spin-off pod tytułem Statesman. Wyszło trochę słabo, choć nie jest to do końca uczciwe słowo. Może tak - nie wykorzystano drzemiącego w postaciach potencjału. A skoro już o niewykorzystanym potencjale mowa. Kto wymyślił, żeby wrzucić do filmu Julianne Moore w roli antagonisty i dać jej tak mało do roboty? To znaczy, niby jej Poppy przewijała się co jakiś czas przez ekran, ale z naszymi głównymi bohaterami widziała się dosłownie raz i to w samym finale. Nie rozumiem w ogóle dlaczego Poppy musi mieszkać na zupełnym odludziu. Niby, mówi nam gdzieś na samym początku, że to dlatego, że jest największym na świecie baronem narkotykowym, ale kiedy później przedstawia światu swoją groźbę, nikt zdaje się nie wiedzieć, kto to właściwie jest. Nie zrozum mnie źle, bawi mnie jej zupełne oderwanie od rzeczywistości, miasteczko w stylu lat 50ych i niechętnie grająca dla niej gwiazda muzyki pop, ale jej motywacje są co najmniej dziwne, jeśli się nad nimi troszkę zastanowić. Nie będę tu przytaczał o co chodzi, żeby nie psuć nikomu filmu, ale zastanów się po obejrzeniu filmu - czy jej plan miał sens? Było w nim tak dużo miejsca na kompletną porażkę, że człowiek przestaje brać ją na poważnie. Rozumiem, że to nie jest postać którą powinniśmy brać na poważnie i taki już jej urok, ale to my, widzowie mamy ten przywilej. Postacie w filmie powinny natomiast widzieć w niej godnego wroga. Sam Jackson zrobił to znacznie lepiej w poprzedniej części. W tej sekcji powinienem jeszcze napisać dwa słowa o znanym z poprzedniej części Charliem, więc do dzieła: jest kutafonem. Szkoda na niego więcej miejsca i czasu.

Niezaprzeczalnym jasnym punktem poprzedniej części była fantastyczna scena w kościele. Długie, sprytnie połączone ujęcia, bardzo blisko osadzona kamera śledząca wszystkie ruchy bohatera, ultra brutalne egzekucje kolejnych przeciwników i do tego wszystkiego "Free Bird" lecący w tle. Nawet dzisiaj pierwszym co wyskakuje w propozycjach po wpisaniu na YouTube hasła 'kingsman' jest właśnie 'chuch scene'. No dobra, ściemniam, pierwszy wyskakuje 'trailer', ale scena w kościele jest zaraz za nim! Producenci doskonale zdają sobie z tego sprawę, więc część druga pełna jest tego typu scen. Niby fajnie, ale jak mówi stare porzekadło - co za dużo to i świnia nie zje. Naprawdę nie każda scena akcji musi być kręcona na zbliżeniu z kamerą latającą po całej okolicy. Dywersyfikacja jest dobra - korzystaj z niej Matthew. Niemalże wszystkie sceny akcji z drugich Kingsmanów można opisać w ten sposób: Duże zbliżenie; kamera śledzi każdy ruch pięści, noża, pocisku; slow motion co trzy sekundy.

Kingsman: Złoty Krąg nie jest złym filmem. To jest po prostu ten sam film co poprzednio. Część pierwsza, poza wszystkimi tymi elementami, które opisałem powyżej, była świetnym filmem dlatego, że w zabawną historię szpiegowską wpleciono bardzo udany wątek dorastania. Godzenia się z obowiązkiem, stawania się bardziej odpowiedzialnym. Złoty Krąg zalicza pod tym kątem regres i zaczyna opowiadać na nowo tą samą historię. Lubię filmy akcji, nawet te niezbyt oryginalne potrafią przyciągnąć jeśli braki fabularne nadrabiają wartką akcją. Ludzie zdają się nie lubić Szklanej Pułapki 2, bo to praktycznie retreading jedynki, co sam John McClane z resztą w pewnym momencie przyznaje. Ja tam bardzo lubię Die Harder (ale tytuł jest okrutnie głupi) i tak samo wciąż bardzo lubię Kingsman: Złoty Krąg mimo, że to zasadniczo po raz drugi ten sam film, tyle, że zrobiony według ideologii Cliffa Bleszinskiego - Bigger, Better, More Badass. Tylko tyle i aż tyle.

Tagi:

Oceń notkę
+ +7 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +43 -
Darek
Ranking: 95 Poziom: 58
PD: 25826
REPUTACJA: 11338
Miesięcznik PSX Extreme