SKLEP
Piotr Rozbicki 18.09.2017
Destiny 2 - recenzja gry
5447V

Destiny 2 - recenzja gry

Wraz z Destiny 2 nadszedł kolejny rozdział epickiej, kosmicznej przygody. Czy udało się twórcom wprowadzić swoją serię na wyższy poziom gamingowej sztuki, czy też niczego nie nauczyli się na błędach poprzednika? Aktualizujemy naszą opinię o informacje dotyczące najbardziej hardkorowych aktywności: Raidu (Najazdu) Lewiatan oraz trybu kompetytywnego Trials of Nine (Próby Dziewiątki).

Destiny 2
  • Platformy:  PS4   XONE   PC 
  • Data premiery - Polska: 06.09.2017
  • Pełna
  • od lat 16 przemoc

Na początek powiem tylko, że gra Bungie niemal od pierwszych minut nie pozostawia wątpliwości co do tego, z jakiego worka produkcji się wywodzi. Nie oczekujcie życiowych dramatów, psychologicznych niuansów czy delikatnych bohaterów. Nie. Tutaj się strzela, zbiera sprzęt, strzela, zwiedza wspaniały świat, a potem jeszcze trochę strzela. Albo to czujecie, albo nie. Niemniej jednak wszystko to podane w lepiej doprawionym, bardziej wysmakowanym sosie, do którego składniki dobrano staranniej niż w przypadku części pierwszej. Jednocześnie kucharz nie zdobył się na odwagę, by trochę poeksperymentować z recepturą.

Z przytupem

Destiny 2 startuje od bezceremonialnego obdarcia naszych Strażników ze zdobytego w "jedynce" sprzętu. Zrozumiała decyzja - starzy i nowi gracze powinni w D2 zaczynać na równych zasadach. Weterani poprzedniej części częstowani są w zamian serią grafik ukazujących swoje dotychczasowe dokonania oraz informacją, kiedy i z jakimi graczami je ukończyli. Miły, nostalgiczny gest ze strony twórców, jednak na tym niestety kończy się zaakcentowanie 3-letniego zaangażowania fanów w pierwszą część serii. Nie liczę takich drobiazgów jak zaimportowane twarze postaci z "jedynki" oraz garść przeniesionych emblematów oraz emotek. Szkoda, chciałoby się w tej materii zdecydowanie bardziej pomysłowego wyróżnienia.

Na szczęście bardzo szybko o tym zapominamy, angażując się w epicką obronę naszego domu - Ostatniego Miasta oraz Wieży Strażników -  przed najeźdźcami. Agresorzy to Czerwony Legion, niezwykle groźna frakcja Cabali dowodzona przez równie groźnego Ghaula. Ma on swoje własne plany co do Travellera (Podróżnika) oraz jego mocy. To całkiem zgrabnie napisany antagonista, z odpowiednio głębokim podłożem fabularnym (przynajmniej jak na standardy serii). A sam początek rozgrywanej kampanii ma w sobie więcej rozmachu i czystego czadu niż wszystkie misje z "jedynki" zebrane do kupy. Część fabularna wiedzie więc naszego Strażnika od sromotnej klęski i realnej groźby śmierci, po stopniowe odzyskiwanie mocy oraz szykowanie się do odparcia Czerwonego Legionu. Bungie wreszcie na samym starcie gry zapewniło misje fabularne, w które po prostu chce się grać. Prowadzeni poprzez zniszczoną Ziemię, Tytana (księżyc Saturna), Nessus oraz IO (księżyc Jowisza) przelewamy krew najróżniejszych kosmitów, ładujemy do magazynków całą furę amunicji oraz cały czas odkrywamy coś nowego.

Zadania z kampanii są różnorodne i podane w zadowalającej ilości, a ich rozmach potrafi czasem przyprawić o zawroty głowy. Jeśli tęskniliście za starym dobrym Bungie, które w akompaniamencie gwiżdżących koło ucha kul i huku eksplozji prezentują nam wspaniałe, zapierające dech w piersi momenty, to będziecie zachwyceni. Z podobnym entuzjazmem przyjmiecie zapewne etapy z pojazdami, których w Destiny 2 nie brakuje, a które wprowadzają pełne fajerwerków rozluźnienie pomiędzy standardowymi fragmentami gry. Oczywiście wszystko to można zaliczyć w kooperacji z dwoma innymi graczami.

Robota się w rękach pali

Zresztą Bungie przed premierą chwaliło się ilością rzeczy do roboty, jakie znajdziemy w Destiny 2. I faktycznie - kampania fabularna to tylko czubek góry lodowej. Każdą z czterech planet możemy eksplorować. Lokacje są zdecydowanie większe niż poprzednio i wypchane po brzegi atrakcjami, choć nie wszystkie z nich zachowują równie dobry poziom. Np. tzw. Adventures (Przygody), to tutejszy odpowiednik misji pobocznych. Są wieloetapowe, mają stosowny fabularny kontekst i faktycznie mogą się podobać. W ich trakcie zawsze dzieje się coś ciekawego i zawsze możemy trafić do interesującego miejsca. Stanowią one idealne dopełnienie do misji głównych, a czasem i kawał niezłego wyzwania. Podobnie jak Public Eventy (Wydarzenia Publiczne), które zostały tym razem tak przebudowane, żeby każdy z nich zawierał w sobie jakąś mechanikę, której rozwikłanie i uaktywnienie skutkuje zmianą okoliczności Eventu i podbicie poziomu trudności. To bywają czasami bardzo spektakularne sytuacje. Np. w jednym z nich mamy zniszczyć znany z jedynki czołg kroczący Fallenów (Upadłych). Spełnienie odpowiednich warunków sprawia, że na pole bitwy trafia drugi czołg i cała potyczka zamienia się w prawdziwe starcie na dużą skalę.

Z drugiej strony są rzeczy, które z czasem ewidentnie nużą. Patrole to takie samo bezmyślne wybijanie określonej liczby przeciwników oraz zbieranie nic nie znaczących przedmiotów jak w części pierwszej. Z kolei Lost Sectors (Zagubionych Sektorów) fajnie się szuka, ale już atrakcje wewnątrz sprowadzają się do ubicia grupki potworków i zgarnięcia skarbu. Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że dalej świat Destiny jest bardziej wielkim placem zabaw niż naturalnym, otwartym światem. Trudno tu o jakiekolwiek bardziej wysublimowane zależności poza zmianą pory dnia, zaś na każdą planetę przypada dosłownie jeden NPC, który służy zaledwie jako "sklepowa budka ze sprzętem". Oczywiście w takiej grze, gdzie liczy się po prostu szukanie coraz lepszego sprzętu i testowanie go na przeciwnikach, sprawdza się to dobrze, ale ewidentnie pokazuje też, że twórcom zabrakło odwagi do wprowadzenia rewolucyjnych zmian. 

Miesięcznik PSX Extreme
Tylko dla hardkorów
Tylko dla hardkorów

Raid Leviatan i Trials of Nine - dwie najbardziej wymagające aktywności, na które czekali po premierze fani. To jest własnie kwintesencja endgame'u. Raid zabiera nas na pokład wielkiego Lewiatana, w którym znajduje się pałac imperatora Cabali. Pierwsze wrażenie - niesamowite. Rozmach pełną gębą, zaś widok pałacu lśniącego złotem na długo zapadnie mi w pamięci. Sam Raid już niekoniecznie. Sprowadza się do dotarcia na pałacowy plac i odwiedzania kolejno komnat z różnymi wyzwaniami. Są skomplikowane, wymagają bezbłędnej komunikacji, koordynacji zespołu i wykonania. Ostatnia, czwarta komnata to boss w postaci imperatora Calusa. Jedna z najgorszych, najmniej pomysłowych walk z bossem w historii Raidów w serii, poza tym w Lewiatanie nie ma oprócz niego żadnego innego bossa. Zresztą Raid ten rozczarowuje na wielu innych płaszczyznach, jak choćby nieprzemyślanego systemu wynagradzania lootem. Pozytywnie zaskakuje jedynie ukryta pod pałacem, rozległa lokacja, w której znajdziemy skrzynie, do których klucze zyskamy w komnatach w trakcie wyzwań. Lewiatan to moim zdaniem najgorszy Raid w Destiny. Zdecydowanie ciekawiej jest w kompetytywnym trybie PvP, czyli Trials of Nine. Tym razem rozgrywki są prowadzone w formacie 4vs4. Sensownym rozwiązaniem jest blokada możliwości zmiany sprzętu po rozpoczęciu meczu, czy brak zliczania współczynnika Powera (Mocy). Nowa, ukryta miejscówka też może się podobać, zwłaszcza że dostęp do niej można zyskać już po pierwszym wygranym meczu, natomiast kolejne jej sekcje otwierając się dopiero wraz ze zdobywanymi zwycięstwami (z finalną strefą dostępną tylko dla zespołu z 7 wygranymi i brakiem porażek). Szkoda tylko, że nagrody są rozdawane zbyt hojnie, co nieco dewaluuje trud włożony przez najlepsze drużyny.

Tak czy inaczej na nudę absolutnie nie można narzekać, a odhaczanie kolejnych zadań, kamieni milowych czy poziomów doświadczenia to uzależniający narkotyk o nazwie "jeszcze jeden raz". Tych razów bywa dwieście albo trzysta w trakcie jednego posiedzenia, bo zawsze znajdzie się coś, co warto zrobić grając w Destiny 2. Wszystko to komunikowane jest też bardziej przejrzystym interfejsem oraz wygodną mapą z prawdziwego zdarzenia. 

Zmiany, zmiany, zmiany...

Właśnie, wygoda. Dzięki zmianom tak w interfejsie, jak i systemie rozwoju postaci, Destiny 2 jest teraz bardziej przystępne dla graczy. Jest też bardziej hojne, bowiem pierwsze egzotyczne przedmioty (czyli te o najwyższej jakości) wypadają już mniej więcej w połowie kampanii. Nie mam wątpliwości, że to przynęta zastawiona na nowych graczy, która pozwala im zasmakować tych najlepszych elementów Destiny 2, jeszcze zanim skończą kampanię i odłożą grę na półkę. Dzięki temu jest szansa, że większa ilość ludzi doceni grę i zostanie przy niej odpowiednio długo, zwłaszcza że standardowo to, co najlepsze w Destiny, ukazuje się nam po obejrzeniu napisów końcowych. Takie rzeczy jak nowe misje na planetach, mocarny sprzęt oraz najcięższe odmiany Strike'ów to prawdziwa moc atrakcji w dziele Bungie. Ich różnorodność jest na tyle duża, żeby nie popaść w zbytnią rutynę nawet po dłuższym czasie spędzonym z grą. Te wszystkie atrakcje plus rewelacyjny tryb PvP (o którym więcej za chwilę) zapewniają rozrywkę co najmniej na 100 godzin. A piszę to jeszcze przed premierą najważniejszej z aktywności, czyli Raidu (Najazdu).

Jest jednak drugie, nieco mniej pozytywne oblicze owej przystępności. Poszczególne subklasy naszych Strażników zostały totalnie uproszczone względem "jedynki". Z gry wyleciał też całkowicie proces rozwijania broni i odblokowywania jej perków. Wszystko dostępne jest od ręki, po zdobyciu danego elementu uzbrojenia. Po części można ten fakt tłumaczyć chęcią Bungie do zbalansowania rozgrywki. Mniej permutacji w drzewkach umiejętności danej subklasy oznacza mniej zmiennych i większą przewidywalność w kontekście gry kompetytywnej.

I faktycznie, efekty widać w PvP jak na dłoni. Zmniejszona ilość graczy w meczu (4vs4 w każdym trybie) pomaga uniknąć problemów z lagami, z których słynęła "jedynka", wspomniane uproszczenie klas oraz przemodelowanie podziału broni działa najlepiej w meczach z innymi graczami. Trzeba przyznać, że rozgrywki w Crucible (odpowiednik tutejszego komponentu multiplayerowego) sprawdzają się teraz fantastycznie, czemu pomagają też genialnie zaprojektowane mapy. Taka zmiana odbiła się jednak negatywnie na całokształcie gry. W trakcie zabawy nie miałem poczucia takiej kontroli nad swoją postacią, jaką miałem w jedynce. Ponadto trzeba też uczciwie przyznać, że poza dodaniem nowych subklas dla każdej klasy (do zdobycia po 3 na klasę) Bungie nie wysiliło się choćby na próbę zamieszania w podziale postaci i wprowadzenia czegokolwiek nowego.

Piękny jest ten świat

Całą masę włożonej pracy widać natomiast w każdym zakamarku świata Destiny 2. Już "jedynka" potrafiła zachwycać niesamowitymi widokami i doskonałym stylem artystycznym, ale to, co zobaczyłem w sequelu, jest absolutnie fenomenalne. OK, niech już sobie będzie te 30 klatek na sekundę na konsolach, ale - gwarantuję wam - będziecie to mieć głęboko w nosie na widok morza zawalonego wrakami statków oraz wielkiej kopuły z miastem w środku na powierzchni Tytana, albo gdy w trakcie swoich wojaży przez Nessus zastanie Was szmaragdowo-niebieski zachód słońca. Zresztą zatrzymacie się na chwilę już w pierwszej misji, by podziwiać sunące na horyzoncie, w strugach deszczu ogromne okręty wojenne Czerwonego Legionu, zaś w jednej z ostatnich misji będziecie po prostu szukali szczęki na podłodze, gdy zostaniecie wystrzeleni przez wielki.... a zresztą, nic wam nie zdradzę. To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Jedyną rzeczą, która przebija oprawę wizualną dzieła Bungie, jest jej oprawa dźwiękowa. Przewyższa to, co zostało skomponowane na potrzeby "jedynki" o kilka długości. Muzyka jest absolutnie fenomenalna i doskonale współgra z każdą z różnorodnych lokacji w grze, zaś wszystkie odgłosy broni i otoczenia są przekonujące i unikalne. To wszystko sprawia, że świat gry jest bogatszy i pełen artystycznego przepychu. Dodatkowo twórcy wszelkie informacje o uniwersum wrzucili teraz do samej gry, czy to poprzez skrawki lore'u poukrywane w opisach poszczególnych broni, czy to poprzez robione na żywo komentarze naszego Ghosta w grze. W ten sposób trudno tak naprawdę oderwać się od tego, co zastaniemy w trakcie rozgrywki.

Czas na powrót

Choć wciąż w grze nie ma jeszcze dostępu do funkcji klanowych (łącznie z szeroko promowanymi Gudedc Games, czyli opcją łączenia doświadczonych drużyn graczy z osobami bawiącymi się solo) oraz Raidu, to to, co zobaczyłem pozwala mi już wydać werdykt. A jest on prosty: kończę pisać tekst i wracam do gry, bo Destiny 2 wciąż do siebie ciągnie. Nie jest to sequel, jaki mogłem sobie wymarzyć, ale jest to jednocześnie gra, która naprawia większość błędów pierwowzoru i daje coś od siebie. Jest doskonała w wielu aspektach i bardzo dobra w wielu innych. Zawodzi tylko momentami, jednak niezmiennie zachwyca.

Destiny 2 jest jak kolejna część filmowego uniwersum Marvela. Kolorowe, efektowne, epickie. Pełne wizualnych sztuczek oraz fabularnych mielizn. Mimo to nie pozwala nam odwrócić wzroku od ekranu, serwując masę wyśmienitej rozrywki. Popcorn wśród gier wideo? Nie ważne. Ważne że smakuje wybornie!

Tagi: bungie destiny 2

Werdykt
Graliśmy na: PS4
  • + Epicka kampania
  • + Masa rzeczy do zrobienia
  • + Fantastyczna w kooperacji
  • + Tryb PvP
  • + Oprawa
  • + Dużo usprawnień względem jedynki...
  • - ...choć brakuje istotnych zmian w kilku kluczowych kwestiach
  • - Uproszczenia w klasach postaci
  • - Raid rozczarowuje
Piotr Rozbicki
Piotr Rozbicki Destiny 2 jest większe, lepsze i bardziej kozackie niż część pierwsza. I o to chyba chodziło! Polecam, choć ostrzegam przed nieprzespanymi nockami.
Oceń recenzję
+ +29 -