SKLEP

Grania czas!

Zarządzanie czasem na granie
Ezronymius Ezronymius 22.08.2016, 00:11
Moje pierwsze 28  godzin w No Man's Sky
2422V

Moje pierwsze 28 godzin w No Man's Sky

Nie milkną kontrowersje wokół No Man's Sky. Nie ma multiplayera, trailery to ściema, a z gry wycięto pustynie, miasta, oceany i śnieg. Czytając to, zastanawiałem się, czy rzeczywiście tak jest, czy też potwierdza się teza, że gra jest tak rozległa, że jest po prostu mało prawdopodobne, by na wszystko trafić i wszystko odnaleźć od razu? Sam prawie popadłem w zwątpienie, że internet może mieć rację i ta gra to jedno wielkie oszustwo, gdy nagle wylądowałem na planecie pełnej śniegu.

Do czytania tego tekstu polecam słuchać albumu Ionosphere "Angular Momentum".

Prawdopodobieństwo

Spędziłem w tej grze 28 godzin bawiąc się świetnie i jeszcze daleka droga przede mną do jej końca. Dlaczego? Bo odwiedziłem dopiero trzeci układ. Inni pędzą na złamanie karku, przechodzą grę w kilkanaście godzin i dają werdykt. Ich prawo, być może, albo i na pewno - ta gra nie jest dla nich. Na pewno spodziewali się czegoś innego, a to czego w grze nie ma (lub rzekomo nie ma) dodatkowo ten werdykt umocniło. 

Uruchamianie tej gry było dla mnie jak rozpakowywanie prezentu. Napięcie, oczekiwanie, niepewność... Gdzie wyląduję, jaka będzie startowa planeta? Oczami wyobraźni widziałem dziwne, niebieskie skały, morze czerwonej trawy tymczasem rzeczywistość mnie kopnęła. Szarobury krajobraz, jakieś kaktusy, sine niebo, rozbity statek. Odwracam się i widzę... dupę krowy. I pomyślałem, że w grze jest osiemnaście kwantylionów planet, a ja musiałem odrodzić się na pastwisku w Teksasie.

Potem okazało się, że pierwsze zwierze, które odkryłem, rzeczywiście trochę przypomina krowę, gdyby nie dziwny, ptasi ryj. Nie jest źle!

Zachłysnąłem się pierwszą planetą

Spędziłem bardzo dużo czasu na mojej startowej planecie, którą nazwałem Łódź 1 Birthplace. Stwierdziłem, że jeśli ktoś z naszych tu zawita, to stwierdzi "O, nasi tu byli!". Zacząłem od katalogowania flory i fauny planety. Potem odkryłem pierwszy posterunek obcych, był pusty. Odkryłem urządzenie, które po uruchomieniu podarowało mi schemat rozbudowy mojego multinarzędzia, oraz nauczyłem się pierwszego słowa jednej z ras obcych. 

Wędrowałem po planecie ze dwie godziny. Natknąłem się na terminal handlowy, gdzie poznałem pierwszego obcego - elektroniczną formę życia rasy Korvax. Nie zrozumiałem ani słowa z tego co mówiła i stwierdziłem, że muszę się dowiedzieć o czym do mnie gada. Potem było jeszcze lepiej. Znajdywałem kamienie wiedzy, monolity, opuszczone bazy, stacje badawcze, posterunki wojskowe. Uczyłem się. Wokół latały drony Strażników, póki co skanowały otoczenie i nie interesowały się mną zbytnio. Zwierzęta były łagodne, a pod powierzchnią planety wiły się plątaniny jaskiń. Przeszkadzał mi brak mapy, więc nie zapuszczałem się w nie zbytnio, bo bałem się, że zabłądzę.

Łódź 1 Birthplace i jej latające złoża miedzi.

Jakie tajemnice drzemią w porzuconych budowlach obcych?

Im więcej chodziłem, im więcej znajdywałem znaczników do ciekawych miejsc, im więcej czytałem, gra stawała się coraz bardziej ciekawa. Ba, pierwsza planeta była ciekawa, a co z resztą? Co mnie spotka na kolejnych, jeśli tu rozwija się tak ciekawa historia?

Jeden z monolitów.

Jedna z opuszczonych stacji i informacje wyciągnięte z komputera.

Rozmowy z obcymi zawsze są ciekawie napisane.

Stacja badawcza. Odczytanie sygnału to zagadka.

Historia historią, ale No Man's Sky to też gra survivalowa. Warunki panujące na planecie, na szczęście nie były mordercze, ale i tak potrzeba zasilania systemu podtrzymywania życia, powoduje, że trzeba zbierać i szukać odpowiednich materiałów.  Początkowo, mamy bardzo mało miejsc w naszym kombinezonie, co powoduje, że szybko on sie zapełnia i stajemy przed dylematem by coś wyrzucić lub sprzedać. W miarę jak gra się rozwija, dzięki spotykanym tu i ówdzie porzuconym kapsułom ratunkowym mamy możliwość zwiększania pojemności naszego kombinezonu lub jego cech, poprzez zwiększenie jego możliwości odporności na warunki atmosferyczne, bardziej wydajny system podtrzymania życia czy dłużej działający plecak odrzutowy. Podobnie rozwijamy nasze multinarzędzie oraz statek. Zarówno jedno i drugie możemy wymienić na inne, choć tu Hello Games niestety dało trochę ciała. Statki czy multitool'e różnią się tylko wyglądem i ilością dostępnych slotów. Trochę szkoda, bo liczyłem na większą różnorodność.

Statek o 1 slot lepszy niż startowy. Z DLC dla preorderowców ;)

Multinarzędzie znalezione w jednej z fabryk. Lepsze od startowego i przystosowane do szybszego kopania minerałów, walki i niwelacji terenu.

W pewnym momencie stwierdziłem, że trzeba zobaczyć co jest w moim układzie planetarnym. Wystartowałem z powierzchni planety i dość szybko znalazłem się na jej orbicie. Rzeczywiście, bez loadingów i płynnie!

Druga planeta

Okazało się, że mój macierzysty system, który nazwałem Motherland składa się z pięciu planet i jednego księżyca. Przy okazji przeglądania (beznadziejnie niewygodnej) mapy gwiazd udało mi się znaleźć system odkryty przez innego gracza, ale okazało się, że jest kilkanaście tysięcy lat świetlnych dalej. Toteż skupiłem się na swoim najbliższym otoczeniu. Macierzysty system najpierw. Powziąłem postanowienie, że muszę wylądować na każdej planecie.

Łódź 2 Avatar przywitała mnie rozległymi wyspami na wielkim oceanie, co było miłą odmianą od bezwodnej Łódź 1 Birthplace. 

Czemu Avatar? Bo część wysp, zamiast w oceanie, unosiła się nad powierzchnią planety, stąd skojarzenie z filmem.

Sama planeta okazała się... bardzo podobna do pierwszej. Pod względem roślinności i fauny widać było powtarzający się schemat. Trochę zwątpiłem i pomyślałem, że narzekający na brak różnorodności Redditowcy mogą mieć rację. Ale nie poddałem się, i poszedłem zobaczyć co jest za górką. A w zasadzie, co jest pod powierzchnią oceanu.

Było tam... mega ciekawie! Odkryłem, że w zwiedzaniu podmorskiego świata przeszkadzają dwie rzeczy: szybko kończyło się powietrze oraz po raz pierwszy spotkałem się z drapieżnikami. Widząc rekinopodobne ryby skojarzenie miałem jedno: spierdalać! Przy czym gdy, ryba podpłynęła bliżej, pojawiła się czerwona ikona oznaczająca drapieżnika (w zasadzie, co ona oznacza zrozumiałem, gdy ryba zaatakowała mnie, jednym ciosem pozbawiając mnie całej tarczy!). Od wody wolałem ląd.

Jeden z rekinopodobnych mieszkańców planety. Śmiertelnie niebezpieczny.

Na lądzie zdecydowałem też, by ponazywać jakoś wszystkie zwierzaki i rośliny, wszak bycie odkrywcą zobowiązuje. Po jakimś czasie zdecydowałem, że nazywanie roślin i formacji skalnych to strata czasu, ale zwierzęta ponazywać musiałem. Głównie po to, by oznaczyć te, które są agresywne. Spotkałem parę dinozaurów, wyglądających jak t-rexy, a były łagodne, oraz coś, co wyglądało jak skrzyżowanie owcy z psem, które było bardzo zadziorne, więc odpowiednia nazwa pozwalała w mig rozpoznać, czy to co widzę, jest ok, czy trzeba uciekać. Nazywałem po polsku, tym razem, bo stwierdziłem, że słowotwórstwo wygląda po prostu lepiej (np. Owcopies Grzebieniasty Agresywny ;)).

Mimo różnic w krajobrazie i podobieństw we florze i faunie obie planety przypadły mi do gustu. Zwiedzałem dalej. 

Potem odkryłem, że Strażnicy pilnują, by zbytnio nie czerpać z zasobów planety. Zaatakowali mnie, gdy uzupełniałem zapasy plutonu. Począłem nieudolnie się bronić i poznałem jak wygląda śmierć w grze.

Martwy raj

Trzecia planeta mnie zaskoczyła. Była przepiękna! Trawy, drzewa, wrzosowiska, przeważał kolor fioletowy. A pod powierzchnią wody, życie bujniejsze niż na poprzedniej planecie. Nazwałem ją Łódź 3 Feather Forrest, bo pierwsze drzewa, które zobaczyłem, miały pióra zamiast liści.

Łódź 3 Feather Forrest - nocą.

I za dnia. Na pierwszym planie monolit.

Prawie raj, gdyby nie ta temperatura.

Podwodne struktury obcych.

Rafa koralowa, a dno oceanu schodziło całkiem głęboko. Bez wspomagania oddychania nie dało rady dopłynąć.

Planetę wyróżniały dwie rzeczy. Pierwszą były dziwne łukowate struktury, które występowały w różnych miejscach, czasem tworząc łańcuchy.

Natomiast drugą rzeczą był... kompletny brak życia zwierzęcego. Nic, zero, ani jednego stworzenia lądowego, latającego czy morskiego. Nad planetą, poza szumem wiatru i liści zalegała zupełna cisza, czasami przerywana hukiem lecących statków obcych lub brzęczeniem wszędobylskich Strażników.

Niemniej, zaciekawiła mnie ta planeta, bo była zupełnie inna niż dwie poprzednie. Zacząłęm ją zwiedzać. Znalazłem bardzo dużo Kamieni Wiedzy, monolitów i świątyń starożytnych obcych oraz porzuconych kapsuł, porzuconych baz i posterunków. Badałem sygnały, odkrywałem kolejne znaczniki, aż wreszcie trafiłem na sygnał czegoś, co nazwane zostało Ogniwem. 

Poleciałem w to miejsce. Wylądowałem, uruchomiłem antenę Ogniwa i dostałem namiar na kolejny monolit. Ok, polecę, zobaczę, może znów się dowiem czegoś zagadkowego... I nic z tego nie wyszło, bo zabrakło mi paliwa. No nic, znajdę jakieś złoże plutonu, to polecę dalej. 

Okazało się, że w okolicy nie ma. Poszedłem więc dalej. I szedłem i szedłem, a cholernego plutonu nie było! Wreszcie znalazłem przy kolejnym porzuconym obozowisku. Oraz odkryłem znacznik, który wskazywał miejsce, gdzie mógł być posterunek lub laboratorium. Odszedłem od statku dosyć daleko, a droga moja prowadziła przez góry i doliny. Nie chciało mi się wracać. Stwierdziłem, że wykonam sobie spacerek, zbierając po drodze cenny pluton, a tam na pewno będzie baza, w bazie urządzenie do zdalnego przywołania statku. Poza tym, jest ładna (mimo, że bez zwierząt) planeta, to co mi tam. I tak szedłem i szedłem. Przy znaczniku była antena. A na horyzoncie kolejny znacznik. Więc uznałem, że warto i tak coraz bardziej oddalałem się od statku (byłem już ponad półgodziny marszu od miejsca niefortunnego lądowania).

Po piątym z kolei odkryciu, że znów jest to obóz/antena/kapsuła i wszystkie bez "przywoływacza" dotarła do mnie oczywista oczywistość: jak do cholery mam przywołać statek, gdy... nie ma on paliwa!!! Czekał mnie marsz z powrotem, godzinkę z okładem. Uznałem, że pójdę jak najkrótszą drogą, a przez góry się przekopię.

Kopanie tunelu było trochę żmudne, nudne, ale się udało i wycelowałem idealnie! Wylazłem wprost po drugiej stronie góry w miejscu, gdzie było Ogniwo i mój statek. Zatankowałem i poleciałem dalej, w inną stronę. Oczywiście w tym kierunku, bardzo blisko (może pięc minut marszu) były tony plutonu, ale cóż, dzięki temu zaliczyłem ciekawą wycieczkę ;)

Różnorodność czy powtarzalność?

Gdy przyleciałem na czwartą planetę, miałem deja vu.

Latające wyspy. Znów. Choć świat różnił się trochę od poprzednich tym, że był radioaktywny. I toksyczny. Wybrałem mu nazwę Łódź 4 Apocalyptic, bo takie było pierwsze skojarzenie.

Choć jak na świat napromieniowany, zaskakująco dużo w nim było gatunków roślin i zwierząt.

Sam świat zaskoczył mnie jeszcze rzeźbą terenu - wysokimi górami i rozległymi dolinami.

Oraz wyjątkowo odpornymi na trudne warunki... makami.

Pomyślałem, że rzeczywiście, przydałoby się trochę różnorodności. Czas odwiedzić jedyny księżyc układzie, tym bardziej, że ludzie pisali, że warto. Miałem nadzieję na zupełnie martwy krajobraz. Był bardzo podobny do planety startowej, ale okrąg planety Łódź 2 Avatar wynagradzał wszystko. Stąd nazwa Księżyc Pandora. 

Jednak różnorodność

Między grami czytałem Reddit, a jako, że miałem dłuższą przerwę w graniu (zajebisty, kilkudniowy rejs na Mazurach!) to i naczytałem się wiele, o tym, że w grze nie ma tego i owego. Np. że śniegu nie ma. Uznałem, że być może jeszcze nikt z piszących i youtuberów na taką planetę nie trafił? 

Kolejną planetą była piąta planeta układu. Temperatura grubo poniżej zera oraz informacja rodzaj śnieżny mówiły same za siebie.

Niestety, na tej planecie zapoznałem się z bardzo agresywną fauną, więc podziękowałem widokom i chcąc wreszcie wylecieć z tego układu, udałem się w dalszą podróż.

Pierwszy warp był w inną stronę, niż proponowana przez grę droga do centrum galaktyki. Poleciałem więc w przeciwnym kierunku, bo wyczaiłem, że większość gwiazd wokół, w tym gwiazda systemu startowego, jest biała, ale trzy warpy dalej jest jedna zielona. To dobry cel, bo po drodze zobaczę jeszcze dwa inne układy oraz dotrę do systemu, który mając zieloną nazwę musi być ciekawy. A do centrum zawsze zdążę polecieć.

Nowy system nazwałem... Motherland 2, by sobie jakoś oznaczyć swoją ścieżkę (uznałem, że to dobry sposób by się nie pogubić, tym bardziej, że gra słabo wspiera gracza w dokumentowaniu drogi, którą przebył).

Pierwszą planetą był Mars Toxic. 

Czerwona planeta! Zarówno w dzień jak i w nocy. A dziwne bulwiaste rośliny były inne niż to co widziałem wszystkich dotychczasowych planetach. Jest dobrze. Choć tym razem uznałem, że nie będę aż tak bardzo eksplorował kolejnych planet. Zobaczę wpierw pozostałe i sobie jakąś wybiorę.

Wylądowałem nocą na kolejnej planecie, która była dość gorąca i miała zielone rośliny. Uznałem,  że jeśli jest Mars, to musi być i Wenus.

Choć za dnia Wenus nie okazała się, aż taką dżunglą jak to czytałem kiedyś w jednej z książek bodajże Urszuli LeQuin, więc odpuściłem i udałem się na kolejną planetę.  

Był to Merkury. Pusty, martwy i jałowy. Całkowicie jałowy. 

(na Reddit wyczytałem, że jakiś kolo odwiedził kilkadziesiąt planet tego typu, zanim trafił na pełną roślinności. Nieźle musiał się wkurzać ;))

Potem przyszła pora na planetę, która była... Dziwna.

Pusta i zielona, choć bez drzew czy większych roślin. Ot, czasem sporadyczny grzybek czy mech. Za to pod wodą...

Postanowiłem się trochę rozejrzeć. W jednej z opuszczonych baz znalazłem następujący zapis:

Trochę kłóciło mi się z roślinami pod powierzchnią, ale uznałem, że klimat jest.

Następna planeta mnie przeraziła. I to tak bardzo, że nie miałem siły wymyślać poetyckiej nazwy. Oto Pusta Czerwona.

Ostatnią planetą układu była RadioActiv, porośnięta dżunglą dziwnych roślin.

I praktycznie bez widocznych baz, a ja desperacko potrzebowałem bazy (pełne ładownie minerałów), więc skoczyłem na stację orbitalną, sprzedałem co miałem, przygotowałem sobie Ogniwo Warpowe i udałem się w podróż do układu Motherland 3.

Ktoś napisał, że walka ze Strażnikami jest nudna

Układ Motherland 2 składał się tylko z dwóch planet. Wylądowałem na pierwszej z brzegu.

Wydała mi się przyjazna, więc nazwałem ją krótko Różana, ze względu na pąki róż wielkich roślin porastających teren aż po horyzont. A dopiero potem doczytałem w opisie "Strażnicy agresywni". Zanim przypomniałem sobie, że ktoś w internecie napisał, że walka ze Strażnikami jest nudna i nie warta uwagi, przyleciała drona Strażników.

Omiotła mnie swoim skanerem i chwilę później podniosła alarm i zaatakowała! A wraz z nią trzy inne drony będące w pobliżu. Ledwo uciekłem do pobliskiego laboratorium. 

Próby wyjścia kończyły się tak samo, pojawiały się drony i atakowały. Stwierdziłem, że nie dam się tak łatwo, bo sama planeta mi się spodobała. Dziwne, cieknące rośliny, biegające gdzieś w oddali dinozaury i dziwne wielkie istoty...

Pierwsze co zrobiłem, to rekonfigurację broni, tak aby silniej uderzać, oraz kombinezonu, by lepiej chronił. A potem nauczyłem się unikać Strażników i uciekać przed nimi między drzewa, tak, że częstotliwość ich ataków spadła i miałem więcej niż pól minuty wolnego czasu ;)

Tak, średnio co 30 sekund padałem ofiarą ataku drony strażniczej, ale szybko nauczyłem się je likwidować zanim wezwały posiłki. Udałem się na rekonesans.

Nie wszędzie była różana dżungla. Czasem były miejsca pustynne, gdzie kroczyły dumnie dziwne dwunogie stwory. Łagodne. Jaskiń unikałem, bo czaiły się w nich agresywne i śmiertelnie niebezpieczne krabo-pająki. 

Potem odkryłem, że na powierzchni planety leżą kule grawitoniczne, które nie wiem jeszcze po co są, ale obcy w placówkach handlowych płacą za nie bardzo dobrze.

Ich zebranie wywoływało natychmiastową reakcję Strażników, gdzie do dron dołączały też ryjące pod ziemią sześcionogie cyberpsy strażnicze. Po kolejnej modyfikacji broni (zainstalowałem Błyskacz plus odpowiednie wzmocnienia) nauczyłem się je likwidować bardzo szybko. Po zabiciu około pól setki Strażników, czułem się na tej planecie jak u siebie w domu. Znalazłem nawet to cudo:

 

Czerwony statek przy fladze, raz, że mi się podobał z wyglądu, dwa miał o dwa sloty więcej niż mój obecny i decyzja była szybka. Zamiana! Plan był szybko przesiąść się, naprawić silnik i polecieć stąd jak najdalej. Błąd swój zrozumiałem bardzo szybko. Statek był całkowicie zniszczony, a naprawa silnika planetarnego nie wystarczyła, należało naprawić resztę, a ja nie miałem zasobów. W grze, zamiana jest jednorazowa (tak myślałem), roiło się od Strażników, które ostrzeliwały mój nowy statek (bez tarcz był raczej słaby) i jeszcze przypałętały się jakieś agresywne zwierzęta...

Stosując taktykę krycia się w dżungli udało mi się naprawić część statku, po czasie zorientowałem się też, że mój stary statek wciąż stał obok (!) i w każdej chwili mogłem odlecieć w bezpieczne miejsce. No nic, w końcu udało się wszystko naprawić i mogłem polecieć nową maszyną.

Miałem na koncie ponad setkę zabitych Strażników oraz jeden moduł statku do naprawy, lecz uznałem, że wystarczy tylko znaleźć jedno złoże Herdium, zebrać i będzie po kłopocie. Tak też zrobiłem. Znalazłem i wylądowałem bardzo blisko, by móc schować się do statku jak pojawią się Strażnicy. 

Po zebraniu wszystkiego, naprawieniu od razu ostatniego modułu, zadowolony z siebie poderwałem statek do lotu. Niestety, wydobywając Herdium, zostawiłem trochę złoża na samym szczycie (wisiało to sobie w powietrzu) i właśnie o te resztki zaczepił mi się mój nowy stateczek! Ewidentnie, złapałem buga, bo nie mogłem ani wylądować, ani lecieć, a gra myślała, że cały czas uderzam o skałę! Tarcza malała w oczach, ostrzegawcze dzwonki brzęczały w słuchawkach, a ja bezradnie patrzyłem jak świeżo odremontowany pojazd rozpada się na kawałki.

Umarłem.

I odrodziłem się we wraku statku, tuż pod złozem Herdium i patrzyłem, jak każdy jeden moduł skwierczy i pali się. Tyle roboty i znów się męczyć...

I'll survive!

Opanowałem sztukę zabijania Strażników tak, że stało się to moją drugą naturą. Oczywiście naprawiłem statek i uznałem, że czas opuścić niegościnną planetę Różana i zobaczyć co jest na drugiej planecie układu. Tym bardziej, że gra pokazywała mi znacznik fabryki obcych, w której trzymany jest sekret produkcji antymaterii.

Trafiłem do tropikalnego raju.

Raju, który jak Łódź 3 Feather Forrest był kompletnie martwy jeśli chodzi o świat zwierząt. Choć jak słyszałem dźwięk lecącej drony, to broń sama wyskakiwała do strzału. Lecz tutaj Strażnicy uprzejmie mnie ignorowali.

A potem przyszedł sztorm.

Planeta Czerwona Łagodna pokazała swoje drugie, mroźne oblicze. Postanowiłem wrócić na Różaną.

Co dalej?

W jednej ze świątyń znalazłem tekst, który był dziwny. Brzmiał mniej więcej tak: "Wciąż ten sam wzorzec, wszystko wydaje się do siebie podobne, powtarza się, jakby to była wiadomość. Czy to przekaz Atlasa? Dlaczego tak jest?". Z relacji użytkowników Reddita wiem, że inni też znaleźli podobne teksty, teksty mówiące o tym, że gra wie, że jest powtarzalna.  A ja uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz: dlaczego wszędzie są Strażnicy? Czy aby na pewno celem gry jest tylko dotarcie do centrum? A może coś więcej? Poznanie natury tego dziwnego świata?

Za mną 28h gry i nie wiem ile jeszcze przede mną. Chcę wiedzieć, jakie tajemnice kryją kolejne planety. Chcę znaleźć mroczne światy, pełne dziwnych, geometrycznych figur. Chcę znaleźć krainy pełne olbrzymich zwierząt. Chcę sprawdzić co będzie dalej, zobaczyć to na własne oczy.

A to, że gra jest rzekomo niepełna? Może, lecz nieinteresuje mnie to. Błędy naprawią w kolejnych patchach. Jeszcze nie miałem okazji walczyć w kosmosie, czeka mnie poznanie innych typów systemów gwiezdnych, wreszcie dotrzeć do środka galaktyki i przelecieć przez czarną dziurę. 

Gna mnie ciekawość.

Fly safe!

Tagi: no man's sky playstation 4

Oceń notkę
+ +61 -

Oceń profil
+ +6 -
Ezronymius
Ranking: 1891 Poziom: 29
PD: 3904
REPUTACJA: 579
Miesięcznik PSX Extreme