Można szukać przyczyn w tym, że od kiedy w lidze nie grają Mariusz Czerkawski i Krzysztof Oliwa Polacy nie mogą się za bardzo utożsamiać z tym sportem – i całkiem możliwe, że tak jest. Jednocześnie dla fanów tego ekscytującego i momentami również brutalnego sportu jest światełko w tunelu, bo rok w rok wychodzą kolejne części gier spod szyldu NHL i nawet jeśli za oknem świeci słoneczko, a lodowisko daleko, można przywdziać wirtualne łyżwy i chwycić za wirtualny kij. Pytanie – czy warto? Odpowiemy na nie w poniższym tekście recenzującym NHL 20.

W grach sportowych bardziej niż w innych, „skończonych” tytułach, ważne jest to, żeby chciało się do nich wracać i, co równie ważne, miało do czego wracać. Tutaj problemu nie będzie, bo EA Sports zaplanowało graczom naprawdę dłuuuuuugie godziny gry w przeróżnych trybach rozgrywki. Końca naprawdę nie widać i widać, że to przemyślana decyzja twórców gry. Gdy znużą Cię zmagania w klasycznych sezonowych potyczkach przesiadasz się na chwilę na coś bardziej arkejdowego i na luzie, nie wymieniając płyty z grą w napędzie. Smart move, EA!

NHL 20 recenzja 1

NHL 20 - Ice ice baby

Jeśli grałeś w poprzednie edycje gry to będziesz się czuł jak w domu. Gra jest szybsza i bardziej responsywna niż kiedykolwiek, co tylko sprawia, że można lepiej poczuć klimat hokejowych rozgrywek, jednocześnie developerzy postanowili, że nie będą wynajdywać koła po raz wtóry i oparli główną gameplay na sprawdzonym systemie. Wprowadzone zmiany, jakkolwiek subtelne, robią widoczną różnicę na dłuższą metę. Przede wszystkim zauważa się to w sposobie jak zawodnicy poruszają się po lodowisku, jak strzelają, etc. Oczywiście na szyte na miarę animacje mogą liczyć tylko najlepsi z najlepszych, więc najbardziej docenią to maniacy hokeja, którzy będą w stanie rozpoznać firmowe zagrania Owieczkina czy Crosby'ego. Bramkarze wciąż są najsłabszym elementem gry, głównie ze względu na nieprzewidywalność – potrafią bronić jak w transie strzały nie do obrony i puszczać babole ot tak, często w tym samym meczu, po sobie, bez ładu, bez składu.

Jeśli to Twoja pierwsza styczność z wirtualnym hokejem, to przejście obszernego tutoriala to mus, bo ta gra ma o wiele więcej warstw i głębi niż by się mogło na początku wydawać. Dojście do sensownego poziomu zajmie sporo czasu nawet tym, którzy znają zasady hokeja i śledzą poczynania NHL, jeśli zaś jesteś totalnym laikiem, który siądzie do pada po raz pierwszy, a i z hokejem nie jest za pan brat – czeka Cię długa podróż. Mimo wszystko wydaje mi się, że warto, bo kiedy wejdzie się w rytm gra się bardzo fajnie i myślę, że taki sam wydźwięk odczują starzy wyjadacze jak i casualowi gracze chcący zagrać mecz czy dwa i odłożyć pada.

NHL 20 recenzja 2

NHL 20 - (Depeche) Mode(s)

Wspomniałem o trybach gry, zanurzamy się więc głębiej w menusy i... można się pogubić, nie wiadomo gdzie położyć ręce, bo wybór jest przeogromny. Gracz ma możliwość przypięcia swoich ulubionych, najczęściej „uczęszczanych” trybów do głównego ekranu – niech samo to da Wam do myślenia. Przejdźmy do krótkiego omówienia tych, które są według mnie najciekawsze, bądź tych, które przyniosą Wam najwięcej zróżnicowanej rozrywki.

Be a Pro nie jest nowością, nie wprowadzono też w nim jakichś rewolucyjnych zmian, ale to wciąż tryb, w którym spędzicie bardzo wiele czasu udoskonalając swojego lodowiskowego zakapiora i próbując wyrobić sobie nazwisko w najlepszej lidze hokejowej świata. Cel jest jasny i zawsze ten sam – od zera do bohatera, strzelaj bramki, asystuj, błyszcz i, bardziej niż w piłkarskich czy koszykarskich wersjach – nie strać przy tym zębów. Ogólnie mówiąc fajna sprawa, ale nic odkrywczego i widać, że producenci postawili na inne tryby kosztem BaP, które i tak się obroni.

Franchise, jak sama nazwa sugeruje, pozwala Ci stać się szefem wszystkich szefów i poprowadzić swoją własną drużynę do spektakularnych sukcesów. Nowością jest fakt dobierania różnych trenerów, którzy mają realny wpływ na to jak Twoi zawodnicy radzą sobie na lodowisku. Gratka dla tych, którzy lubią sobie na chwilę odpocząć od zmagań docelowych i pogrzebać sobie w taktyce, poszukać najlepszych zestawień zawodników, apgrejdować skład i później delektować się efektami swoich decyzji.

Ultimate Team, czyli moja kochana karcianka. Uwielbiam wszelkie odsłony UT, jaram się otwieraniem paczek i ciągłym dążeniem do stworzenia idealnej drużyny, więc mogę nie być do końca obiektywny, ale zawsze lubię otworzyć paczkę czy dziesięć, więc i tu jestem kontent z racji tego, co otrzymaliśmy. Poza ww. otwieraniem paczek i kompletowaniem kolekcji mamy rozbudowany system nagród, więc warto brać udział w często aktualizowanych wyzwaniach czy żywcem wyjętym z FIFY trybem Squad Battles, gdzie mierzymy się ze składami innych graczy. HUT ma jeszcze jedną piękną zaletę – ikony! Nic nie ucieszy fana złotej ery NHL jak wyciągnięcie karty Wayne'a Gretzky'ego, Teemu Selanne czy Mario Lemieux.

Wspominałem o tych szybkich odbitkach od mozolnego przebijania się przez kolejne mecze w sezonie, czy Ultimate Team. W tym roku EA dowiozło – mamy NHL Ones i NHL Threes, czyli fantastyczny oddech od blichtru pełnowymiarowych lodowisk. Wygrywasz – zostajesz i nagrody dostajesz. Fajowa sprawa, zrobiona na dużym luzie i pokazująca dystans oraz zamiłowanie do hokeja w każdej formie.

NHL 20 recenzja 3

NHL 20 - Nie ma krwi, nie ma faula

Niestety nie wszystkie elementy tegorocznego wydania NHL stoją na najwyższym poziomie i, co ciekawe, niektórych pomyłek można było uniknąć nie szukając zmian na siłę. Chodzi mi tu głównie o ekipę komentatorów, która może nie jest tragiczna, ale moim zdaniem jednak o parę kroków za duetem Ed Olczyk i Mike Emrick, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić przez ostatnie sześć lat. Jedno polsko brzmiące nazwisko (Olczyk) zamienili na drugie (Cybulski) i na tę chwilę nie uważam tego za dobrą decyzję, ale może będzie lepiej w kolejnych edycjach gry.

Jeśli zaś chodzi o inne aspekty związane z dźwiękiem, grafiką i szeroko pojętymi aspektami audiowizualnymi – jest naprawdę klasa. Mecze wyglądają obłędnie, czuć nietuzinkową atmosferę, a strzelanie bramek nigdy nie dawało tyle satysfakcji. Jest to zdecydowanie najbardziej realistyczna symulacja hokeja z jaką miałem kiedykolwiek do czynienia, bez dwóch zdań. Bardzo cieszy fakt, że gra zmusza nas do szukania kreatywności, nowych sposobów na przebijanie się przez defensywę rywali i bombardowanie ich bramki krążkiem wystrzelonym z nieludzką siłą. Na wyższych poziomach trudności robienie w kółko jednej i tej samej rzeczy szybko przestanie przynosić oczekiwane efekty – sztuczna inteligencja uczy się zadziwiająco szybko i nie pozwoli nam na to.

NHL 20 recenzja 4

NHL 20 - It's time to kick ICE

Największą różnicę in plus odczujesz, jeśli miałeś przerwę od serii i wracasz do niej po kilku latach. Najbardziej docenisz głębię tego tytułu spędzając nad nim długie godziny i rozpracowując coraz to bardziej skomplikowane zagrania. W innym wypadku będzie to fajna gra na parę chwil, najlepiej do zagrania z innym graczem siedzącym na kanapie obok lub online. Na pewno pozycja obowiązkowa dla fanatyków hokeja, bo lepszego odzwierciedlenia tej dyscypliny na konsole nie ma. W przypadku gdy jesteś fanem gier sportowych jak FIFA czy NBA 2K – też powinieneś tutaj znaleźć coś dla siebie, bo NHL 20 wpisuje się w obecne standardy jak należy. Jeśli nie lubisz hokeja na żywo, to zapewne nie będzie to gra dla Ciebie, ale... gdyby tak było, czy czytałbyś tę recenzję? :)

Autor: Arkadiusz Pan Pawłowski (FaceBookInstagram