DICE i błędy to para nierozłączona. Już od czasów Battlefielda 3 każda aktualizacja naprawiając jedno, psuła coś innego – problemy z kodem sieciowym, wyrzucanie z serwerów, a po jakimś czasie znikający dźwięk w grze, który przeniósł się na Battlefielda 4. Zresztą, czwarta odsłona serii zaliczyła tak fatalny start, że szwedzcy deweloperzy dostali więcej czasu, by pracować nad nowym Battlefieldem (no ale w między czasie zrobili Battlefronta). No i przy premierze gry Battlefield 1 nie wyglądało to tak źle. Błędów jakby mniej i połączenie z serwerami stabilniejsze, chociaż wszystko okupione było bardziej ubogą w zawartość produkcją.

Potem zaczęło się łatanie gry i uzupełnianie jej brakującymi elementami i... wróciło niestety stare DICE. Owszem, braki są uzupełniane, pojawiają się nowe mapy i tryby gry, ale razem z tym dostajemy także masę błędów, która przy drugim dodatku "W Imię Cara" przekroczyła krytyczne stężenie i wylała poza próg mojej tolerancji. Dużo jestem w stanie zrozumieć i wybaczyć, lata pisania o grach pozwoliły mi poznać proces produkcji od środka, ale czasami po prostu nie mogę. Battlefield 1 jest naszpikowane błędami, które po prostu niszczą radość z gry, co boli podwójnie, bo mapy z tego dodatku podobają mi się jak żadna inna.

Wróćmy jednak na sam początek, bo przecież nie każdy może wiedzieć, czym w ogóle jest DLC "W Imię Cara". Drugi dodatek stworzony przez DICE wprowadza kolejną nową frakcję do gry (poza kosmetycznymi różnicami, bez znaczenia kim gramy) – Rosjan. I tu pierwsza niespodzianka, bo nie są to tylko carskie armie z Wielkiej Wojny, ale także obrzydliwi bolszewicy, którzy pojawiają się w jednej z Operacji osadzonej w trakcie rewolucji październikowej. Podoba mi się to podejście, bo... grając Białymi, ci wyrażają się wyjątkowo negatywnie o bolszewii, co jest pomijane w dzisiejszym świecie, gdzie marksizm nie jest określany jako coś złego. Z drugiej strony, gdy przychodziło mi grać bolszewikami, czułem jakieś drobne, wewnętrzne obrzydzenie. Ale mniejsza o to. Razem z rosyjską frakcją do gry trafiają kobiety za sprawą rosyjskich batalionów kobiecych. I wbrew niepotrzebnej po zapowiedzi internetowej dramie, nie widzę kompletnie powodu, by w grze miało ich nie być. Historycznie – pasują, w kwestii rozgrywki – nie robi to różnicy, a design kobiecych żołnierzy po prostu mi się podoba (zwłaszcza w klasie zwiadowca).

Wybór rosyjskich żołnierzy do drugiego dodatku pozwolił w grze zaistnieć nowym zimowym lokacjom, które wnoszą wyjątkowo dużo świeżego powietrza. Pierwszy dodatek nie wyróżniał się za bardzo lokacjami, oferując praktycznie podobnie wizualnie lokalizacje. Tutaj, począwszy od rozległych terenów Galicji, przez przełęcz Łupkowska i Carycyn, aż po rzekę Wołgę, Battlefield 1 rozwija skrzydła. Po spędzeniu kilkunastu godzin z dodatkiem jestem zachwycony nowymi mapami. Galicja może wydawać się złą mapą, głównie z powodu swej płaskości, a co za tym idzie – rajem do kampienia, ale... o to w tej mapie chodziło. Atakujący od początku wystawieni są jak kaczki na odstrzał, więc potrzebują zgrania, odpowiedniej taktyki szturmu i przede wszystkim – wykorzystywania każdego leju po bombie, by uniknąć odstrzelenia. Przełęcz Łupkowska jest wyjątkowo wertykalną mapą, gdzie trzeba mieć oczy dokoła głowy i być w ciągłym ruchu, jeśli nie chcemy szybko dokończyć żywota. Carycyn bardzo mocno przypomina mi mapy z drugowojennych... CoD-ów, co jest akurat sporym komplementem. Mnóstwo zniszczonych budynków, walka o każdy centymetr i poczucie ciągłego napięcia – to właśnie charakteryzuje tę mapę. Dobrze wypada też Wołga ze swoimi ruinami budynków, okopami i resztą kościoła w centrum. Każda z map nie tylko broni się jako osobny wycinek w danym trybie, ale przede wszystkim – w Operacjach. W tym trybie łączą się wyjątkowo zgrabnie i zapewniają ciągle zmieniające się doznania. No i idealnie oddają bycie rosyjskim żołdakiem, z którego życiem się i tak nie liczono, bo w liczebności armia nie miała sobie równych.

Tryby gry? Cóż, jeden – Zrzut zaopatrzenia. Mam z nim ten problem, że... nie jest zły, tylko kompletnie nie przypadł mi do gustu, podobnie jak Gołębie z podstawki. Zrzut nastawiony jest na ścisłą współpracę i idealną komunikację z drużyną, by wybrać optymalnie bliski zrzut do przejęcia i jego obronienia przed wrogiem. Jako że mapy w tym trybie są odpowiednio skrojone, a zrzut spada w miejscu, przy którym nie da się zabunkrować, wystarczy jedno-dwa słabsze ogniwa w drużynie i będziemy dostawać wciry. No i zaleje nas krew od spamu z moździerzy, które mają tu prawdziwą ucztę, gdyż zrzut przejmowany jest tym szybciej, im więcej jest ludzi w jego zasięgu. A pocisk z moździerza jest w stanie spokojnie skasować kilku ludzi za jednym strzałem. Ale jak mówiłem, taka już specyfika, która mi po prostu nie leży. Preferuje wolniejsze walki na znacznie większą skalę. Osoby, którym podobały się Gołębie, będą cieszyć się Zrzutem zaopatrzenia.

"W Imię Cara", jeśli chodzi o zawartość, jest lepszym dodatkiem niż "Nie przejdą", które co prawda oferuje świetny tryb Linii Frontu, ale mapy są zbyt podobne do podstawki. Tutaj śnieżne lokacje wnoszą potrzebny powiew świeżego powietrza, nowa broń także się sprawdza (zwłaszcza Mosin Nagant), tak samo jak nowy samochód pancerny. Wprowadzenie w aktualizacji specjalizacji klas z możliwością ekwipowania zdobytych perków również zaliczam na plus, gdyż pozwala to wreszcie wyciągnąć coś więcej z różnych stylów gry wybraną klasą. Z drugiej strony – techniczne problemy skutecznie psują pozytywne wrażenie wywoływane przez nową zawartość. Trzeszczący lub znikający dźwięk przy wybuchach, wyrzucanie z serwerów, latający po ekranie karabin, jeśli ktoś nas wskrzesił, dziwnie zliczane hitboksy – to tylko wierzchołek góry. Co zabawne (śmiech przez łzy), błędy są obecne od momentu debiutu DLC w usłudze Premium, czyli na początku miesiąca. Ja za dodatek zabrałem się dwa tygodnie temu, mija więc prawie miesiąc i... nadal są obecne. Dlatego też taka, a nie inna ocena. Szkoda, że DICE postanowiło przypomnieć sobie, jak to jest psuć grę w każdej nowej aktualizacji.

Gra recenzowana była na PS4 Pro