Na PlayStation 4 nazbierało się trochę gier z gatunku hack ‘n' slash przez te trzy lata od debiutu konsoli. Niestety, zdecydowana większość nie wybija się ponad przeciętniactwo, a gdzie tu mówić o gonieniu niekwestionowanego lidera w postaci Diablo 3. Odpowiedzialna za stworzenie gry i przeniesienie jej na PS4 ekipa Neocore miała więc trochę ułatwione zadanie. Oczywistym jest, że Diablo 3 jest nadal poza zasięgiem, ale przygody Van Helsinga na szczęście są nieco lepsze niż pozostała konkurencja.

The Incredible Adventures of Van Helsing to do bólu poprawny hack ‘n' slash, który nie wprowadza żadnej rewolucji w gatunku, ale też niczego w najważniejszych mechanikach nie psuje. Gra ma swoje wady, które mi przeszkadzały, ale mimo nich grę skończyłem i nie czuję, bym zmarnował dziesięć godzin swojego życia. W hack 'n' slashach jest jakaś siła, która potrafi przyciągać. Jednych skusi zbieractwo rzeczy, innych ciągłe ulepszanie naszej postaci – zarówno w kategorii sprzętu, jak i umiejętności specjalnych oraz bazowych statystyk. W przypadku Van Helsinga obie rzeczy są odpowiednio rozbudowane. Co prawda w trakcie wbijania kolejnych poziomów rozdysponujemy punkty w jedną z tylko czterech statystyk bazowych, ale tych opisujących naszą postać jest znacznie więcej i wpływ mają na nie zbierane przedmioty. Tych również jest mnóstwo, tym bardziej że w konsolowej wersji gry dołożono dwie dodatkowe klasy postaci, choć te wpisują się w oklepane archetypy znane z tego gatunku.

Osobiście skończyłem grę klasą bazową, która łączy w sobie ataki wręcz i na dystans, gdyż – co warto wiedzieć – nie jesteśmy tu ograniczeni do jednego typu uzbrojenia, mogąc dowolnie zamienić broń białą na palną. Rzadko z tego korzystałem, gdyż build robiłem typowo pod walkę w zwarciu, ale czasami możliwość dystansowego ataku się przydawała, zwłaszcza że nie gramy sami. Przez cała grę towarzyszy nam Katerina – duch związany z rodem Van Helsing. Kobieta ma dwie formy duchowe. W pierwszej sypie sucharami w trakcie dialogów z raczej nieudanym słowiańskim akcentem, w drugiej zaś, już podczas walki, zmienia się w demona, który aktywnie nas wspiera. W jaki sposób – o tym zdecydujemy sami, gdyż oddano możliwość rozwoju naszej partnerki. A możliwości personalizacji pary bohaterów jest sporo. Umiejętności Van Helsinga mają opcję dodatkowych zdolności przy 5. i 10. poziomie, a Katherina zarówno pasywnymi, jak i aktywnymi umiejętnościami ma wpływ na naszego protagonistę.

Skoro już przy walce jesteśmy, czas na pierwszy minus gry. Brak dynamiki starć. Wiem, że na początku każda gra w tym gatunku jest ślamazarna i mało dynamiczna, ale Van Helsing przekroczył granicę, którą jestem w stanie wytrzymać. Przez ponad połowę gry większość starć niesamowicie rozwlekała się w czasie, osiągając apogeum przy pojedynkach z bossami. Część z nich co prawda ratowało się jakimś urozmaiceniem w mechanice poza „po prostu sklep mu miskę”, ale zmuszanie gracza do biegania za potworem, gdy w międzyczasie zalewają nas fale mniejszych przeciwników, to naprawdę nie jest szczyt kreatywności. Jasne, rozumiem – gra oryginalnie pojawiła się w 2013 roku, a teraz mamy 2017 rok i jest to tylko port. Ale jednak istnieje kilka zabiegów, by nadać rozgrywce większej dynamiki. Brakowało mi tu chociażby turlania się znanego z Diablo, które można było wrzucić pod prawego analoga. Zamiast tego, tenże analog służy nam do… aktywowania okienka z opisem misji. Serio.

Tyle dobrze, że różnorodność przeciwników i lokacji jest w miarę sensowna, ale też nie ma tego tutaj aż tak dużo, bo wszystko dzieje się w dość małej skali. Gdybym nie zajmował się prawie każdym zadaniem pobocznym i zerkaniem w każdy kąt mapy, to gra zajęłaby mi nie dziesięć, a coś koło pięciu, może sześciu godzin. Tych pobocznych zadań jest zresztą niewiele, ale cieszę się, że pojawia się kilka sekretnych zagadek, które sami musimy znaleźć i rozwikłać. Wydłuża to jakoś czas gry, a w połączeniu z nawiązaniami popkulturowymi do świata filmów i gier, stanowi miłą odskocznię od miałkiej historii i wkurzających sucharów naszej towarzyszki. Gdy ukończymy warstwę fabularną, możemy wrócić raz jeszcze do Borgowii i sprawdzić się w czymś, co robi tutaj za Nową Grę+, albo włączyć specyficzny tryb wyzwań, w którym co prawda otrzymujemy dostęp do całego świata, ale nagradzani jesteśmy za wykonywanie określonych czynności na wyselekcjonowanych mapach. Powiedziałbym, że to standard w tym gatunku.

A jak w ogóle wypadł port na konsole? Cóż, raczej dobrze, chociaż nie bez zastrzeżeń. Największy problem mam z interfejsem, który jest przekombinowany. Część menusów jeszcze jakoś z sensem da się obsłużyć, ale menu ekwipunku jest tragiczne z przypisaniem wyboru do prawego analoga, który musimy przytrzymać w danej pozycji. Przy wyborze umiejętności także się naklikamy, by zmienić na taką, którą aktualnie chcemy używać. W kwestii technicznej jest na szczęście dobrze, przynajmniej na PS4 Pro, gdzie deweloper oddał nam trzy tryby do wyboru. W podstawowym gra nastawiona jest na płynność i stara się zachować 60 klatek na sekundę (co czasami jej nie wychodzi). Najlepsza opcja stawia zaś na obraz w 4K i 30 klatek na sekundę, ale nawet te 30 FPS-ów nie jest utrzymywane, więc w tym gatunku – odradzam. Pośrednia opcja stara się znaleźć kompromis i mamy bodajże 1620p celujące w 60 FPS-ów, ale jak można się spodziewać – stałej płynności tutaj nie uświadczymy.

Ostatecznie rozszerzona o DLC wersja The Incredible Adventures of Van Helsing debiutuje w cenie 84 złotych. Czy to odpowiedni próg cenowy? Jeśli cierpicie na niedobór gier z tego gatunku, to tak. Pogracie zarówno sami, jak i w sieciowej kooperacji (chociaż na ten moment chyba mało ludzi w to w ogóle gra). Jeśli jednak nie macie ciśnienia, poczekajcie na jakieś promocje w sklepie Sony.

Grę zrecenzowano na PS4 Pro