SKLEP
dKc 21.03.2015
Metroidvania na propsie. Lucador w akcji. Guacamelee!
373V

Metroidvania na propsie. Lucador w akcji. Guacamelee!

Recenzja powstała jakiś czas temu i niektórzy pewnie już ją znają, a od tego czasu wyszła jej poprawiona wersja, ale polecam się zapoznać osobom, które jeszcze nie czytały. Recka ma jeden screen, ale wklejony w dobrym momencie.

 

Guacamelee!
  • Platformy:  PC   PS3   PS Vita 
  • Data premiery - Polska: Nie wydano
  • Nie

Nie tak dawno temu na portalach branżowych spotkałem się z określeniem „Metroidvania”. W moment przypomniały mi się „Castlevanie” w które grałem, a na samą myśl, że istnieje wiele innych gier naśladujących ten rodzaj rozgrywki, uśmiechnąłem się niczym Polański na widok trailera „Polowania”. Fajnie, że istnieje określenie na gry, które z kumplem nazywaliśmy „takie, w których się odkrywa planszę”. Bardzo fajnie. Znamienne dla tego podgatunku zręcznościówek jest też to, że czasem nie można wejść w jakieś miejsce i wrócić dopiero z nową umiejętnością (np. nie możemy przejść na mapie w prawo, bo mamy wysoko położoną platformę, więc eksplorujemy teren po lewej stronie i po nabyciu umiejętności podwójnego skoku można wskoczyć we wspomniane wcześniej miejsce). Grając w tego typu grę czuję się jakbym przeżywał mini-przygodę. Bywa wtórna, bo czasem trzeba odwiedzać te same miejsca po kilka razy. Bywa wdzię, bo na mapie mamy zaznaczone gdzie byliśmy i wiemy, gdzie w razie czego wrócić. Jak wspomniałem, jest wiele gier stworzonych w tej mechanice, a ja zajmę się opisem paru z nich. Niektórzy lubują się w sandboxach, a ja nie  - u mnie pozytywne uczucie przywołuje myśl o Metroidvaniach. Metroidvania na propsie!

Z racji, że z rok temu pojawiło się Humble Bundle, a wszyscy wokół podniecali się Guacamelee! Postanowiłem zamoczyć łapska w tej Indie-produkcji i z gracją jakiej nie powstydziłby się Jack Black w „Nacho Libre” naciągnąć maskę na ryj wcielając się w rolę luchadora Juana. No i opisać pokrótce swoje wrażenia.

Powinienem zacząć od opisania fabuły. W gre jesteśmy luchadorem, który umie się bić. I tyle. Więcej w sumie nie potrzebujemy wiedzieć. Fabuła nie przykuła mojej uwagi, dowcipy były mało śmieszne, z bohaterem jakoś się nie zżyłem. Dziewczyna głównego bohatera została porwana i my idziemy się zmierzyć z tym, który ją zabrał. Chyba. W grze mamy do czynienia, ale po pierwszych kilku mało interesujących kwestiach, gra wymusiła na mnie wręcz odruchowe przewijanie dialogów. Jeśli chodzi o  jakieś zgłębienia fabuły to wam o tym nie opowiem, w sumie to dobrze – nie będziecie mieli spoilerów. Zresztą, po ukończeniu gry, doszedłem do wniosku, że to nawet lepiej, że nie zwracałem uwagi na to co się dzieje. Polecam nie wgłębiać się w fabułę, bo na końcu można się nieźle wkurzyć.

Muzyka jest prawdopodobnie dobra – ja sam nie gustuję w meksykańskich rytmach, ale skoczność i jakieś tam trąbki w tle dobrze współgrają z klimatem Meksyku oraz okładaniem po żuchwach nieprzyjacieli napotkanych na drodze, wbrew pozorom dość zróżnicowanych. Ich dobór jednych rozbawi, drugich zdziwi. Możemy się w końcu zemścić na pancerniku, a nawet na jego dwóch gatunkach! Tia…

Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie – kreskówkowopodobna grafika daje radę. Przerywniki filmowe zrobione są w tym samej technice co gra (postacie i otoczenie wyglądają jakby były wycięte z papieru kolorowego), lecz ich zawartość lata mi koło… nosa. Jakieś tam szczątki fabuły są, ale za bardzo nie przejmowałem się, bo i po co marnować czas. Oprawa audiowizualna stoi na zadowalającym mnie poziomie i w miarę przyjemnie pokonywało mi się kolejne plansze. Jedna plansza jest ładna spod spodu (bodajże Tule Tree). Kiedy się wejdzie na jej powierzcheni staje się jednak irytująca (mowa o poziomie trudności o którym szerzej będzie niżej). Z fabułą gorzej – zapomniałem już, po sesjach grania w „GTA V” czy „The Last Of Us”, że w graniu nie liczy się fabuła, a zwykłe granie dla grania. No właśnie – grania. Dochodzimy do ważnego pytania – jak się gra w „Guacamelee!” ?

Zacznijmy może od sterowania. Już na wstępie gra nas ostrzega, żeby używać kontrolera. Ja byłem hardkorem , bo granie na klawiaturze przypomina bardziej schodzenie po rurze koło sąsiadki posądzając o urwanie tego-tego od Internetu niż jakieś przyzwoite granie. Postacią możemy skakać, bić, chwytać, zmieniać wymiar (z innej recenzji [1] wyczytałem, ze gra jest mądrzejsza niż mi się wydawało, bo zmiana wymiaru to nie byle jaka zmiana, a podróż między światem żywych i umarłych), bić w specjalny sposób (w górę, w dół i w bok – odpowiednio oznaczone kolorami: zielonym, czerwonym i niebieskim), zmieniać się w alternatywną postać, przetaczać się. I z każdej z wymienionych umiejętności w grze często-gęsto korzystamy. Tematu bicia i skakania nie będę rozwijał, bo szkoda waszego czasu, ale wiedzcie, że double jump w grze występuje. Chwytanie napastnika jest o tyle fajne, że jeśli napiera na nas zgraja ośmiu rzezimieszków – łapiąc jednego możemy dosłownie zwalić z nóg pozostałych siedmiu. Fajne domino. Zmiana wymiaru, co jest ponoć charakterystyczne dla tej gry, sprawia, że możemy wejść w obszary niedostępne nam w jednym wymiarze. To rodzi logiczne implikacje, które będziemy musieli rozgryźć w grze przynajmniej dwa razy. Trzeba będzie użyć tego co ma się pod kopułą, albo przynajmniej obczaić letsplaye na youtubie. Ale nie w tym tkwi trudność tej gry, szerzej o niej zara(z). Najpierw, spójrzcie na parę faktów. W grze czasem przeciwnicy mają osłonę koloru w którym chcą dostać w ryja. Czyli: jeśli wróg ma obwódkę zieloną trzeba go zaatakować z góry, a jeśli czerwoną należy użyć taktyki „podbródkowym ładuj”. W grze występują przeciwnicy latający i podziemni. No i co powiecie na fakt, kiedy latający przeciwnik ma zieloną obwódkę, a podziemny czerwoną? Gra momentami sprawiała wrażenie nieprzemyślanej (z początku zaszedłem w jedno miejsce do którego powinienem wrócić, bo trzeba było tam użyć Power-upa, ale skąd mam pamiętać gdzie to było? Okazuje się, że gra nas potem prowadzi w to miejsce – „fabuła” wymagała, żeby tam wrócić), ale właśnie sprawiała. Nie do końca zatem mogę o niej powiedzieć, że była nieprzemyślana. Bo jeśli podejść do tego w sposób taki, że latające potwory w pewnym momencie gry osłonę ‘zdejmowalną’ tylko z góry dostały zupełnie celowo, że to taki trolling programisty (a oni mają poronione pomysły, uwierzcie) w celu uczynienia gry trudniejszą (bądź bardziej upierdliwą) to twardość argumentu o nieprzemyśleniu zmiękcza się do misia, którego chcelibyście przytulić będąc pod jarzmem poziomu trudności opisywanego tytułu. Gra może jedynie udawać nieprzemyślaną. Jeszcze jakby to był synonim Meksyku, w którym nie wszystko jest takie jak się wydaje być to mamy do czynienia z arcydziełem, jednakże to już by była, może nie przeginka, ale nadinterpretacja na pewno. Pytanie o to, czy autor gry dobrze przemyślał co nam serwuje, pada na nowo, gdy grający się zastanawia – dlaczego kiedy przeciwnik jest w innym wymiarze to on może mnie bić, a ja go nie (muszę przenieść się do jego wymiaru, podczas walk  z kilkoma postaciami z różnych wymiarów jest to doprawdy irytujące)? Dlaczego przeciwnik z innego wymiaru zasłania dostęp do przeciwnika z obecnego wymiaru? Jeśli odpowiedź „trudność” was satysfakcjonuje to można uznać, że gra jest przemyślana. Jeśli nie to mamy faworyta do nagrody dla kompletnego braku logiki w grze. W grze można zamieniać się w alternatywną postać (co opiszę niżej przy okazji opisywania humoru w grze) oraz przetaczać się – w sumie jak tak pomyślę to ten bajer był zbędny, na siłę urozmaicający rozgrywkę, bez niego bym przebolał fakt, że główny bohater potrafi się przetoczyć przez haszcze z kolcami. Inaczej można było pokazać  jaki z niego twardy sukinsyn. Pamiętacie jak Exterminator w Dragon Ballu wchodził do wanny z wrzątkiem? 90 poziomów wyżej jeśli chodzi o pomysłowość. Grze mógłbym zamiast braku logiki bardziej zarzucić brak konsekwencji. Bo jak nazwać fakt, że w jednej chwili powtarzamy kilka razy walkę z 5 rywalami i się wkurzamy, że po trzecim respawnie trzeba zaczynać od początku, od pierwszego, a podczas walki z bossem kiedy zabierzemy mu pół życia tworzony jest checkpoint i w razie porażki nie powtarzamy całej walki od nowa. Dziwne. Jakby na siłę poziom trudności miał spadać w kierunku tego łatwiejszego. Rozgrywka nie wydaje się być wyważona, a raczej podróżująca po sinusoidzie. Być może ktoś z twórców cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną, bo gra raz jest kur**wsko trudna, a raz sympatycznie łatwa. Dodaje to trochę koślawości grze i mi np. psuje efekt końcowy. Bardzo się wkurzałem podczas momentu gdzie co prawda szedłem po bonusowy przedmiot (ale wcześniej o tym nie wiedziałem i szkoda mi była czasu jaki w to włożyłem, musiałem zdobyć ten bonus skoro już zacząłem) i trzeba było skakać za pomocą walljumpów i zmian wymiarów. Odstęp między ścianami to jakieś 20 centymetrów, a ty popierdzielaj jak ten głupek wciskający na przemian (chyba) Q i C w odstępie kilkumilisekundowym, by móc odbijać się od ścian, które są porozstawiane w różnych wymiarach. Jak macie znajomą małpę to możecie spytać o pożyczkę jej zręczności, mi natomiast wystarczyła zmiana klawiszy na takie co są blisko siebie (dałem chyba wtedy Z na skok, a X na zmiane wymiaru). Zresztą domyślne ustawienie klawiszy było jakieś słabe, chociaż może na klawiaturze się w to nie da normalnie grać! Trzeba czasem używać takich kombinacji klawiszy, że najwięksi wymiatacze w "Tekkena" mogą odbiec od kompa i wypłakać się mamie w rękaw. Pamiętam, że zmieniłem sobie całkowicie klawisze, ale i to nie uratowało mnie przed tym, żeby palce na klawiaturze wręcz tańczyły. Za dużo tego! Na padzie pewnie byłoby wygodniej, ale na gra na klawierze to lekki koszmar. Tylko założyć lateks i poddać się torturom. W pewnym etapie gry bałem się, że skoro motyw z skacz-zmien wymiar-wyladuj na scianie-odbij-zmien wymiar jest tak często katowany to pojawi się podczas jakiejś walki z bossem. Zaspoiluję wam, że to mogłoby się nie przytrafić. Za dużo byłoby wymian klawiatur i sklepy by nie wyrabiały produkować, a ja nie miałbym z czego teraz pisać. Grze mogło brakować testerów. Nigdy nie czytałem szerzej o testerach gier, ale myślę, że oni właśnie takie błędy wyłapują i różne gry nie mają tak frustrujących niedociągnięć jak to, że skakanie pomiędzy wymiarami powoduje białą gorączkę.

Skoro już opisałem niedociągnięcia/poziom trudności to może pora na coś przyjemniejszego – humor. Gra ma parę całkiem śmiesznych dowcipów. Boss spadający w intertekstualny sposób do lawy niczym Bowser w Marianie z NES-a czy tekst jednej pani („Many men came to my lair before you”) to jedne z nielicznych rzeczy powodujących uśmiech na mordce. Mi osobiście pierwszy raz pojawił się, gdy zostaliśmy zamienieni w kurę i spotkaliśmy kolegę-koguta. Śmieszek taki. Chociaż generalnie fabuła ssie pęto.

W opisywanych przeze mnie metroidvaniowych tytułach będę oceniał to jak gra wykazuje się na tle innych gier jeśli chodzi o sam mechanizm jak to nazwałem we wstępie - odkrywania. Tutaj patent z odkrywaniem mapy jest słaby. Jeśli chodzi o upgrade’y to ciekawy jest fakt, że przed doublem jumpem dostajemy coś co myślałem, że będzie double jumpem – niebieski cios (ten do góry). Postać po wykonaniu go skacze odrobinę wyzej do góry, co pozwala na wskoczenie w niedostępne wcześniej miejsca, jednak okazuje się, inne platformy znajdują się tak wysoko, że nawet double jump nie wystarcza – skok trzeba przedłużyć niebieskim up-uderzeniem właśnie. Mapę odkrywa się nie na zasadzie kwadracików, niczym w Castlevanii na GBA, a (nieokreślony kształtem) kawałek po kawałku (o nieokreślonym kształcie).

Zupełnie jak w strategii.

Nie lubię strategii

Więc jak w końcu wypada gra którą każdy tak zachwala, a wyrwać ja można było za dosć niska cenę? W pewnym momencie grania naszła mnie złota myśl „Chyba właśnie z tymi metroidvaniowymi grami jest tak, że są fajne dopóki nie wiesz że to metroidvania i w trakcie gry to odkrywasz.”. Takie odkrywanie w odkrywaniu.. I może tak właśnie jest – jakbym nie przygotował się na to, że mam do czynienia z metroidvanią (tak jak większość osób stwierdzających, że Guacamelee! to platformówka) to może i gra by mnie kręciła bardziej, a tak to w ogólnej skali ocen to byłoby coś w stylu 7/10. Dziwna ta gra taka. Ciekawa. Niżej moja autorska skala ocen.

Grafika 25/30

Dźwięk 20/30

Frajda 20/30

Bonus 5/10 mało znam gier o Meksyku, a ta ma swój pewien klimat

Suma 70/100

(jeśli jest jakiś zdolny grafik, który chciałby, żebym użył powyżej jego jakiejś ładnej tabelki z prezentacją wyników to jestem otwarty na tego typu propozycje:) )

Data wydania 2013

Platforma: PC, PS3, PSV, (X360, Xone, PS4, Wii U, PC - wersja Championship Edition)


Cena (obecnie): 54 zł (PSN), ok. 33 zł (Steam)

Tagi:

Werdykt
  • + Smaczki
  • + Metroidvania
  • - Wymuszony humor
dKc
dKc Gra odniosła spory sukces i gra się w nią dość przyjemnie, jednak są lepsze metroidvanie.
Oceń recenzję
+ +9 -

Miesięcznik PSX Extreme