SKLEP

Blog użytkownika Czarny Ivo

Czarny Ivo
Czarny Ivo Czarny Ivo 29.11.2014, 14:02
Aż wzejdzie słońce #5 - Super Rescue Solbrain
354V

Aż wzejdzie słońce #5 - Super Rescue Solbrain

Nie raz człowiek chciałby dorwać te wszystkie wielkie głowy, które stoją na szczycie wielkich korporacji i najzwyczajniej je obić. Za pogwałcenie starych dobrych wartości w imię pieniądza, za imperialistyczne zapędy, za wszystko! Tak dziś zrobimy, zetrzemy ich w proch pięścią sprawiedliwości, dopóki nie wzejdzie słońce!

O grze

Dzisiejszą grę, tak się składa, podobnie jak w poprzednim odcinku opisywałem dokładniej już  jakiś czas temu tutaj. Nie chcę, żeby to wyglądało tak, że kręcę się tylko wokół kilku gier, bo nic więcej nie znam, ale akurat padło na tę. Z drugiej strony może być to dowód na to, że naprawdę lubię te gry i dlatego do nich wracam.

W skrócie: Super Rescue Solbrain (a właściwie Tokkyu Shirei Solbrain) to wydana w 1991 r. japońska wersja gry Shatterhand. Stworzyła ją firma znana dziś głównie z symulatorów oświetlanej księżycem farmy - Natsume.

Centrum przygody wersji japońskiej kręci się wokół serialu o tym samym tytule ale nie chciało mi się w niego wnikać, więc trzymałem się zachodniej fabuły. Czyli Zły Generał Grover stoi na czele złej korporacji i chce zapanować nad naszym kochanym światem. Nie godzi się! Zaciskamy więc pięści, strzykamy kośćmi i ruszamy w bój.

 

Naszym głównym orężem są sprawdzone stare dobre fangi. Bardzo ciekawym smaczkiem jest różnorodność wykonywanych ciosów. Otóż trzy pierwsze wyprowadzone ciosy to szybkie proste, a każdy następny to automatycznie nieco wolniejszy, ale mocniejszy sierp. Łoho! Tego nigdzie nie było! Mało tego, tu i ówdzie porozrzucane są litery alfa i beta. Jak zbierzemy 3, to zależnie od kolejności, przyjdzie nam z pomocą lewitujący robocik. Bajer! Zbierzcie ten sam układ jeszcze raz i na 15 sek dostajemy nieśmiertelność i pokaźną giwerę zadające olbrzymie obrażenia. Bajer Bomba!

Wszelkie elementy graficzne bardzo cieszą oko. Tak dobry efekt niestety przypłacimy sporadycznymi zwolnieniami animacji, gdy pojawi się zbyt dużo tatałajstwa na ekranie (skandal!! gdzie moje 60fps?!). A jak się ma muzyka? Dobrze, dziękuję. Wydobywające się z głośników plumkanie bardzo cieszy ucho, w ogóle zachęcam do zapoznania się ze ścieżką dźwiękową poniżej (szczególnie Area E,F i Final Area). Do tego grzmotnięcie przy oddawaniu ciosy perfekcyjnie oddaje jego siłę.

MUZYKA

Gra jest średnio wymagająca. Poziom trudności jest nierówny podobnie jak w Gun Decu. Większość plansz jest znośna, ale ostatnia wyciska z nas ostatnie soki. W następnym odcinku postaram się o coś naprawdę wymagającego, coś co sprawi że naprawdę zasłużę na noszoną przeze mnie brodę. Hmmm broda...

 

Jak hartowały się kciuki

To był udany wieczór. Wspólnie z kolegą przepchaliśmy, na Cichym Wzgórzu, za pomocą sześciopaku soku zsyp w starym hotelu. Dzięki temu zdobyliśmy  jakąś starą monetę. Na dziś starczy. Zapytałem - Masz ochotę na jakąś akcję? Kolega radośnie zaczął rozpinać rozporek. - Eeee .... Miałem na myśli Pegasusa? - Aaa, ok.

Chwyciliśmy za browary. Los świata miał się znów odwrócić.

 
 
Początki jak zwykle były lekkie.Słabi przeciwnicy padali pod gradem ciosów. Zdobyty robot pomocnik tylko przyśpieszył sprawę. Do bossa dotarliśmy uzbrojeni w giwerę. Podmuch karabinu zmiótł go w oka mgnieniu. Po takiej rozgrzewce mogliśmy w końcu rozpocząć poważną misję.
 
 
 
Następnie nasze kroki skierowaliśmy do bombardowanego miasta. Po sprzątnięciu kilku ochroniarzy poszukaliśmy schronienia w podziemiach. Tam przynajmniej nie dotrą bomby. Opór stawiali "porucznicy" z pistoletami i.... Helikoptery! Na pięści z helikopterami? W każdej chwili. Ciekawym elementem była ruchoma platforma, która zabrała nas na szczyt budynku. Trzeba było wtedy uważać na płonącą podłogę i zabłąkane śmigłowce. Na szczycie czekał całkiem wymagający Cyber Ninja. Potrzebna była powtórka całej planszy i kilka łyków piwa. Cyber Ninja poszedł na piksele.
Przystanek dalej było Wesołe Miasteczko. Zdecydowanie najprostsza plansza z całej gry. Właściwie nic się tu nie dzieje. Prosta droga, paru przeciwników. Zapamiętałem z dzieciństwa, że okrutnie trudny był ostatni boss - Bliźniaczki. No za nic nie dawałem rady, bo są szybkie, a przede wszystkim są dwie. Na szczęście ścieżka do nich jest na tyle łatwa, że dotarłem do nich z giwerą. Wywaliłem z mojej rozgrzanej lufy wszystko co miałem. Panie eksplodowały, wszyscy byli zadowoleni.
 

Na koniec jedne z najtrudniejszych poziomów. Na pierwszy rzut lodowo-wodny. W każdej szanującej się platformówce nie może takich zabraknąć, nikt ich nie lubi ale być muszą. Na szczęście w Solbrainie połączyli zimową z wodną i będziemy mieli to za sobą za jednym zamachem. Ślizgawka na szczęście nie jest bardzo uciążliwa. Zabawne, że jak walniemy w ciężkiego przeciwnika to odrzuca nas w tył i suniemy po lodowisku. W wodzie natomiast spotkamy klasyczne miny wodne, płetwonurków walącymi do nas torpedami. Na nic się jednak zdały to wymyślne sposoby eksterminacji gdy stanęły na przeciw prostych pięści. Boss był zupełnie banalny aż nie warto wspominać.

Przyszła pora na wyzwanie grawitacyjne. To jeden z najciekawszych poziomów w grze. Zaczynamy w jaskini, w której spadają na nas ogromne głazy. O dziwo moje pięści nie dały im rady. Dziwne, bo przecież Chris Redfield z RE5 dałby. Po drodze rozdeptałem paru przeciwników bez większego znaczenia. W ogóle na tym etapie  gry więcej problemów sprawiają wyzwania platformowe niż walka z przeciwnikami. Co się jednak dziwić. Po takim czasie moje ciężkie ciosy obrosły już w nie małą sławę i pewnie gdzieś się wszyscy ukrywali. Dalej zaczęły się zabawy grawitacją. Były momenty, że musieliśmy grać do góry nogami, a było też tak, że mogliśmy sobie wybrać czy wygodniej nam głową w dół czy tradycyjnie. Boss to Grawitacyjne Widmo. Lata takie, rzuca jakimiś kulami, które manipulują przyciąganiem ziemskim, czasem wybucha nową. Denerwujące bydle, ale bardzo źle znosi obijanie żeber i wbijanie shurikenów w mordę. W końcu i on musiał ulec grawitacji i gruchnął o ziemię.

 

W końcu nadszedł czas na ostatnią finałową planszę. Jak już mówiłem jest ona najtrudniejsza z całej gry. Najgorsze jest, że nie dość że jest dużo przeciwników, wymagania zręcznościowe są wysokie, to jeszcze co jakiś czas spotykamy jednego 3 bossów z poprzednich plansz, m.in Cyber Ninję i Grawitacyjne Widmo. Checkpoint jest dopiero za bossami, na ostatniej krótkiej prostej przed ostatnim przeciwnikiem - Generałem Groverem. Walka była ciężka i spędziłem tu (kolega wtedy już bardziej skupił się na browarach) dobrą godzinę, półtorej. Żołdaki atakowali zaciekle. Tu musieli zbiec wszyscy z poprzednich plansz. Wprowadzono nowy rodzaj przeciwnika - silnych komandosów z karabinami i granatami. Skuteczną taktyką okazało się bić ich do nieprzytomności. Najbardziej upierdliwy był Cyber Ninja i powracające grawitacyjne ecie pecie. Dotarcie do 3 bossa i skucha powodowało u mnie wylew i dokładne badanie wytrzymałości pada. Już miałem się  poddać....znaczy odłożyć zwycięstwo na inny dzień, ale w końcu dotarłem do checkpointa. Uff teraz to już z górki. Przerwa na podróż do lodówki po świeżą energię. Kończmy z tym.  Niedługo po tym stanąłem twarzą w twarz z Generałem Groverem. Okazało się, że ma on swojego robocika, który oblekł go w zbroję. Ja po ciężkich bojach nie miałem już swojego towarzysza, ani tym bardziej mojej giwery. To będzie prawdziwie męski pojedynek...

Rzuciłem się na niego z szybkimi prostymi. Wystrzelił we mnie 3 pociski. Uchyliłem się i w kuckach zacząłem okładać go w brzuch sierpowymi. Staranował mnie barem i zaczął znów z pociskami. Unik za unikiem, jesteś MÓJ! Raa! Gdy pięść miała już sięgnąć celu Grover wyparował. Cooo?! Gdzie on? Był w powietrzu. Błyskawicznie wyskoczył 20 metrów ponad mnie i właśnie pikował swoim ognistym kopnięciem. BUUUM! Ziemia się zapaliła, wszędzie był kurz. Grover myślał że już po wszystkim. Gdy był całkiem opadł zobaczył moją uśmiechniętą sylwetkę. Sparaliżowany strachem generał stał w miejscu. To był jego koniec. Sierp jeden za drugim roztrzaskały mu w końcu zbroję. - Możemy negocjować? Wynegocjowałem mu haka w szczękę zrzucając go w odmęty jego upadającej korporacji. Świat był bezpieczny.

Tak wiwatowało całe PPE :P
 
 
 
Statystyki
 
Czas: ok 3 godz. (2 podejścia)
 
Straconych żyć: coś ok. 21
 
Napoje: 4 piwka
 
Poziom trudności: parę zadrapań, rany powierzchowne
 
 
Bonus dla wszystkich tych, którzy w ankiecie postawili na więcej tańca ;-)
Carlton Dance!

Tagi:

Oceń notkę
+ +20 -

Thumbs of Fury!
Oceń profil
+ +58 -
Czarny Ivo
Ranking: 49 Poziom: 64
PD: 33566
REPUTACJA: 13122
Miesięcznik PSX Extreme