SKLEP

Babskie gadanie

Okiem kobiety
Monika Pawlikowska Monika Pawlikowska 25.07.2014, 13:14
Monika: "Poczuć magię dawnych gier bez remaster edition"
2262V

Monika: "Poczuć magię dawnych gier bez remaster edition"

Nie jestem fanką grania w stare gry. Nie wzdycham do pikseli, ani nie płaczę jakie to były fajne (były, ale dlatego, że za kajtka to nawet chleb ze smalcem smakował lepiej). Stare gry lubię wspominać, a nie w nie grać! Chociaż... Trochę mi za nimi tęskno....

Może część z Was, tak jak ja, choć je uwielbia to dzisiaj nie zdzierży ich archaizmów? Gdy poznało się smak pięknej grafiki, uroku mo-capture, ciężko jest powrócić do pikselozy i sztywnych ruchów bohaterów, burząc wyidealizowany obraz ukochanych klasyków. Jednak gdy tylko jakieś studio weźmie na warsztat legendarny tytuł, obiecując stary klimat w nowych szatach, wszyscy z ciekawością wypatrujemy premiery.

Gdy przeniosłam się do alternatywnego świata, w którym naziści wprowadzili nowy porządek i wcieliłam się w Blazkowicza, znów poczułam na własnej skórze magię dawnych gier. Tych surowych, a jednocześnie bogatych, przy których nasza wyobraźnia działała na najwyższych obrotach powodując totalne zanurzenie w mistycznym „klimacie”. Gdzie błędy kodu bawią jak przaśny dowcip, a walka z wrednym bossem na koniec, jest pewna jak amen w pacierzu i zawsze niecierpliwie wyczekiwana.  

 

Znów mieć naście lat...

 

Chociaż Wolfenstein: The New Order nie zebrał wybitnie wysokich ocen (średnia na Metacritic oscyluje na poziomie 80), głównie ze względu na średnią grafikę i SI z lat '80, to gra zamiata inne „ósemki” bardzo pozytywnymi opiniami samych graczy. Cóż z tego, że schematy oklepane, a fabuła nieco sztampowa, skoro reszta rekompensuje wszelkie niedociągnięcia z nawiązką? Mechanika, projekt lokacji, easter eggs, dubbing, narracja i te „smaczki” sprawiły, iż nie mogłam się od pada oderwać, ciesząc michę na widok starych, dobrych patentów.

Zaryzykuję stwierdzenie, że wielu młodszych graczy nie zrozumie dlaczego, pomimo wymienionych minusów, Wolfenstein uplasował się właśnie w pierwszej trójce mojego tegorocznego „top ten”. Przecież nie ma „miażdżącej gałki oczne grafy” ani „ultra nowoczesnych giwer”, a do tego nie posiada multiplayera! Co więc sprawia, że nowy Wolf ostatecznie dobił moje życie towarzyskie (i chyba większości graczy 25+) fundując swoisty powrót do przeszłości?

 

 

To po prostu klasyk, stara szkoła w nowym, znakomitym wydaniu. Tylko tyle i aż tyle! Grając w The New Order miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, odnajdując klimat starych fps-ów. Jakby pomiędzy ostatnim dobrym Wolfem (Return to Castle Wolfenstein) wcale nie przybyło mi tuzin wiosen na karku, a jedynie możliwości sprzętu gwałtownie poszły do przodu! Choć jak na rok 2014 gra należy raczej do przeciętnych, w ogólnym rozrachunku Wolfenstein: The New Order rozprawia się z konkurencją jak B.J. z nazistami. Ten tytuł ma wszystko co posiadać powinien sequel legend branży, nie zatracając swojej tożsamości na rzecz „futurystycznych” pomysłów znanych z nowych odsłon innych fps-ów. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że tak właśnie powinien prezentować się Duke Nukem Forever! MachineGames świetnie udała się sztuka lawirowania pomiędzy oldschoolowymi patentami, a nowymi, do których przez upływające lata przywykliśmy. Łącząc powagę nazistowskich obozów pracy, z absurdalnością „one man army”, osiągnęli niezwykły balans, nie przechylając się zbytnio na żadną ze stron. I co najważniejsze-nie psując klimatu nadmiernymi nowomodnymi pomysłami, wręcz cofając się do starych mechanizmów.

 

Glitche, bugi i inne atrakcje

 

Chociaż lubię pocieszyć oko ładnymi widokami w grach, to w Wolfie kiepska grafika absolutnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Zamazane tło rażące oczy przy ostrych teksturach broni, które drażniło mnie w CoD: Ghosts, tutaj wywoływało nostalgiczny uśmiech. Do tego kilka błędów takich jak lewitujący przeciwnicy i mój uśmiech przybierał kształt bumerangu! Oczywiście, to nie tak, że lubie bugi w grach! Wmurowane postacie? Wrogowie z wydłużającymi się rękami i nogami, fruwający pod sufitem po śmierci? To niedopuszczalne w „nextgenowych” grach. Ale tutaj... To bawi prawie jak „Jesus walk” z BF3! Wszelkie glitche o ile nie są męczące (jak wpadanie pod mapę), śmieszą mnie bardziej niż speudo-luzackie żarty! A w grze pokroju Wolfa wręcz ich oczekiwałam. No i...

 

 

HD edition? Nie, dziękuję!

 

Reboot serii, czy sequel, po kilku latach jest ryzykowny, zarówno dla twórców i wydawców. Z jednej strony już sam tytuł obrosły legendą jest sam w sobie najlepszą reklamą, jednocześnie może być jednak solidnym gwoździem do trumny, jeśli nie spełni oczekiwań graczy. Skoro gra ma odnieść sukces komercyjny musi mieć to niesprecyzowane „coś” z czego zasłynął oryginał. Znacznie bezpieczniej robić wersje HD. Odświeżać stare gry dopakowując grafikę, całą resztę pozostawiając taką samą. Rozumiem tych którzy chcą przeżyć to jeszcze raz, ale...

Czy nie lepiej zagłosować portfelem na przedsięwzięcie takie jak Wolfenstein: New Order, niż po raz enty kupować zremasterowaną edycję?

Doceniając takie klasyki w nowym wydaniu dajemy sygnał, że o takich markach jak Unreal czy Dino Crisis nadal pamiętamy i wciąż cierpliwie czekamy, aby przeżyć je na nowo w oldschoolowym stylu. Doom! Teraz twoja kolej!

 

A na koniec uber RoboNaziCat! Bo jest po prostu zajebisty ;)

 

źródło: IGN

Tagi: wolfenstein the new order

Oceń notkę
+ +44 -

Oceń profil
+ +48 -
Monika Pawlikowska
Ranking: 960 Poziom: 37
PD: 7378
REPUTACJA: 1403
Miesięcznik PSX Extreme