SKLEP
montana 24.04.2014
Recenzja Hotline Miami
919V

Recenzja Hotline Miami

Zabiję cię łajzo!

Hotline Miami
  • Platformy:  PS4   PS3   PS Vita 
  • Data premiery - Polska: Nie wydano
  • Nie
  • od lat 16 wulgarny język przemoc

Dzisiejsza branża obfituje w paradoksy. Z jednej strony na kolejne tytuły wykłada się dziesiątki milionów dolarów, a z drugiej coraz częściej do głosu dochodzą gry spłodzone głównie z pomysłu. Co prawda przy okazji premiery nextgenów da się również zauważyć tzw. przesyt gier indie, ale trudno odmówić im ambicji tchnięcia nowej świeżości w nasz hermetyczny światek. O Hotline Miami słyszałem całkiem sporo i to niespecjalnie nawet nasłuchując. To jedna z tych produkcji, o której dowiadujesz się tym więcej im mocniej się na nią zamykasz.

 

 

Niezwykle rytmiczna muzyka, Mietek żul i na pół kiczowata grafika skąpana w 8-bitowym oldskulu. Taki jest właśnie początek Hotline Miami. Gość o aparycji typowego menela spod sklepiku jakby od niechcenia wyjaśnia nam podstawy rozgrywki. „A zresztą… Pewnie i tak zaraz zginiesz, nie?” – powiedział, po czym jego proroctwo się wypełniło. Wróżbita Maciej chyba nie został tutaj zatrudniony przez przypadek, bo swoją rację będzie nam udowadniał jeszcze mnóstwo razy. Będziesz ginął i to będziesz ginął sporo. Wskazówki między kolejnymi rozdziałami głoszą, żeby nie bać się śmierci i im szybciej to zrozumiesz tym lepiej. Dość powiedzieć, że przygotowano osiągnięcie za tysiąc naszych zgonów, co nie jest akurat tutaj jakimś specjalnym wyczynem. Może zanim zacznę piać nad tym jak fajnie się w „Hotline Miami” ginie to kilka zdań wyjaśnienia „co, kto i jak”.



„Kto” to nie jest wcale taka prosta do rozstrzygnięcia kwestia. Jesteśmy sobie koleżką, który dostaje tajemnicze telefony z tajemniczymi zleceniami. Jedziemy pod wskazany adres, zakładamy zwierzęcą maskę i… zabijamy. Wszystko, co napotkamy w mieszkaniu należy wybić do nogi. Naszym celem będzie wywiedzieć się kim jesteśmy i o co tu właściwie chodzi. Kolejne części układanki dostajemy co kilka rozdziałów od postaci w maskach konia, sowy i kury żywcem przeniesionych z filmów Davida Lyncha. Surrealistycznego dzieła zniszczenia w umyśle dopełniają elektroniczne dźwięki, które będą towarzyszyć nam krok w krok. I to w zasadzie jedyne dźwięki, które usłyszymy jako, że dialogi wyświetlane są tylko w postaci tekstu. Muzyka nie tyle jest i świetnie współbrzmi z obrazem, co w zasadzie napędza nasze kolejne poczynania. W jej rytm miałem ochotę wybić całe Miami łychą do mieszania bigosu. Taka to muzyka.

 

 

Pomimo pewnego schematu, na którym oparty jest niemal każdy rozdział, ciężko się od gry odpędzić i ją automatycznie odstawić. Facet w restauracji stawia ci pizzę czy film na VHS-ie, dalej odbierasz u siebie telefon, jedziesz w wyznaczone miejsce, wybierasz maskę i zabijasz. A w zasadzie to najpierw ciebie zabijają, bo pewnikiem każdy rozdział rozpoczniesz od własnego zgonu. Każda jednak śmierć nauczy cię czegoś nowego, a syndrom kolejnej próby szybko przeistoczy się w 30 z kolei powtarzanie poziomu. Każdy poziom to widziane z lotu ptaka mieszkanie poprzedzielane przegrodami i rzecz jasna gęsto poupychanymi w lokalach wrogami. Powodzenie naszej misji zależeć będzie tylko od dokładnego jej rozplanowania. Można się przyglądać pozycjom nieprzychylnych nam jednostek ludzkich i próbować przejść grę z możliwie jak najmniejszą liczbą zgonów, ale po co? Zawsze czegoś nie przewidzimy, a nasz plan trafi dosłownie w łeb głośny huk lufy shotguna. Przedzieranie się przez lokum odbywać się będzie metodą prób i błędów. Totalną perfidią będzie wyliczanie czasu chodu i przewidywanie kolejnych kroków zakapiorów, których mamy odpalić. Pomimo, że jedna z następnych cennych rad głosi, że „wrogowie są przewidywalni” to jednak przypadek często będzie naszym nieocenionym sprzymierzeńcem. Mniej niebezpieczne, losowe uzbrojenie rywala, zmiana jego chodu czy po prostu szczęśliwie ułożony strzał mogą się okazać bardzo pomocne, a nieraz i stanowić o naszym „być albo nie być”.



Pałki, kije baseballowe, noże, strzelby, a potem także choćby wiertarki czy cegły. Zdecydowaną większość arsenału trzeba najzwyczajniej w świecie przejąć po poległym adwersarzu, który odważył się stanąć nam na drodze. R1 dokonujemy aktu pozbycia się go z ziemskiego padołu, a jeżeli zabraliśmy się do tego mało profesjonalnie to trzeba będzie go jeszcze dobić. Okazji na poprawki może nie być, więc lepiej zawczasu zadbać o odpowiednią motywację do mordu (ty psycholu…). Najważniejsze, czego musisz się nauczyć to wyczucie, czyli najprościej mówiąc wiedzieć kiedy wcisnąć R1, bo tak jak wspominałem gra nie wybacza zbyt wielu błędów. Pojedynki sprowadzają się do staroszkolnej kowbojskiej zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Nie posiadamy żadnego paska życia, a każde zetknięcie się wrogiej broni z naszym ciałem kończyć się będzie wczytaniem rozdziału od nowa. Być może brzmi to niezbyt zachęcająco, ale robota naprawdę aż pali się w rękach i następne próby podejmowałem z coraz bardziej dziką pasją. I nawet nie myśl o improwizacji. Zwłaszcza, jeżeli trzymasz w ręku baseballa, a gość z naprzeciwka karabin maszynowy.

 

 

I to właśnie jedna z największych zalet Hotline Miami. To swoista układanka, w której musisz zadbać nie tylko o to gdzie stąpasz, ale i dobór broni. Wypalenie ze strzelby w niezbyt ustronnym miejscu sprawi, że zleci się do nas mały oddział bojowników, z którymi raczej nie będziemy mieli zbyt wielkich szans. Ucieczka, jak to w mieszkaniu bywa, spowoduje, że z jednego noża wleziemy pod drugi. Rywale dysponują bardzo sprawnym okiem, a dostrzeżenie nas wyłącznie kątem źrenicy sprawi, że na 95% ich nabój przeszyje za chwilę nasze boskie ciało. Inteligencja tych panów pozostawia jednak pewien niesmak, bo ile by się nie starali to nie potrafią zauważyć śmierci kompana, który jeszcze przed chwilą przy nich stał. Wypuszczony przez nas nóż zaleje podłogę oczojebną posoką, ale zbytnio to ich nie rusza. Chyba nie będzie spoilerem jeżeli napomknę, że najgłupsi w „Gorącej linii Miami” są gliny. Ci zdają się w ogóle nie orientować, co się wokół nich dzieje, ale zrzucam ten akurat feler na karb chęci wiernego odtworzenia realiów.



Maski to z kolei nie tylko fajnie pomyślana błyskotka, ale element pozwalający na duże pole manewru. Przed każdą z wycieczek wybieramy zwierzęcą maskę, która daje nam specjalną właściwość. Jedna dostarczy nam więcej naboi, inna pozwoli zacząć rozdział z nożem, a jeszcze inna zaopatrzy nas w szybsze buty. Wszystko to bardzo interesujące, ale nie rozumiem czemu maski można dobierać wyłącznie przed misją, a nie zmieniać ich w jej trakcie. Każde mieszkanko składa się z od 2 do 4 czy 5 pięterek, które to lubią różnić się między sobą specyfiką. A tak niestety często byłem zmuszony dokonywać mało apetycznych wyborów.
Namierzanie i skupianie się na konkretnym rywalu, choć nie jest obligatoryjne to jednak znacznie ułatwia sprawę. Ułatwia i nie ułatwia. Nie ułatwia dlatego, że auto-lockowanie zostało umieszczone pod R2 lub R3. Żadna z tych opcji nie była dla mnie wygodna w sytuacji, kiedy muszę ściągać palucha z R1, żeby wcisnąć grzybek. I w grze, w której każda sekunda jest na wagę złota, a premiowana jest błyskawiczna reakcja, jest to dosyć poważny problem.

 

 

Hotline Miami jest na tyle brutalna, na ile 8-bitowa gra może być. Twórcom z policzalnej liczby pikseli udało się wykrzesać niesamowity klimat wsparty intrygująca fabułą. Ta gra wsysa niemożebnie na całe godziny mimo, że po nabraniu wprawy poziomy przechodzone po raz wtóry pękają w kilka minut. A może o to właśnie chodzi?

Tagi: hotline miami hotline miami ps3 hotline miami recenzja

Werdykt
  • + psychodeliczny klimat
  • + krew, krew i jeszcze raz krew
  • - nieco schematyczna
  • - mało dopieszczone nacelowywanie
montana
montana Ta gra wsysa niemożebnie na całe godziny mimo, że po nabraniu wprawy poziomy przechodzone po raz wtóry pękają w kilka minut. A może o to właśnie chodzi?
Oceń recenzję
+ +16 -

Miesięcznik PSX Extreme