W czasach pierwszego PlayStation była taka seria jak Adidas Power Soccer, mocno arcade'owa, w której można było strzelać bramki wykonując Predator Shot, co odnosiło się do marki butów sportowych. I chyba tylko podobna nazwa - Street Power Soccer - podkusiła mnie, by wziąć do recenzji ten tytuł. Takich "hitów" to nawet Igorowi wstyd dawać... 

Aniołki Rogera

Street Power Soccer - recenzja gry. Postać Aguśki Mnich

Główny tryb kariery Street Power Soccer, w którym mamy zostać królem ulicy, rozpoczynamy od stworzenia 3-osobnowej drużyny, co w moim przypadku oznaczało wybranie trzech najładniejszych pań z dostępnego rostera. Taka ze mnie męska świnia! Za zdobytą kasę możemy później nasze podopieczne wysyłać na zakupy, inwestując w obuwie, koszulki, czapeczki a nawet tatuaże. W karierze towarzyszy nam narrator w postaci Seana Garniera, francuskiego piłkarza freestyle’owego, który grał swego czasu dla Auxerre, ale jego kariera została przerwana z powodu kontuzji. Typ jest strasznie irytujący, potrafi pitolić o dupie Maryny przez kilka minut, a jego realna postać została nałożona na tła boisk z gry, co wygląda jak w latach 90.. Skojarzyło mi się to wszystko z digitalizowanymi postaciami z Mortal Kombat i trochę szkoda, że nie można było wybrać Scorpiona i zrobić Seanowi fatality, żeby już nas nie nawiedzał w kolejnych etapach kariery. Niestety jest z nami do końca...

Kariera w Street Power Soccer jest nudna jak flaki z olejem. Nie ma tu żadnego progresu drużyny czy zawodników, trafiamy do kolejnych miast, gdzie zaliczymy zadania w różnych trybach zabawy. Fakt, poznawanie nowych rejonów jest w tym chyba najbardziej wciągające, bo poza Paryżem, z którego startujemy trafimy choćby na statek w Londynie z widokiem na Big Bena, zwiedzimy przemysłową dzielnicę Berlina z dymiącymi fabrykami w tle i zaparkowanym trabantem o wizycie w Japonii, na kultowej Copacabanie i w fawelach w Rio de Janeiro, brudnym Brooklynie, Wielkich Moście w Chinach czy egzotycznej Afryce nie wspominając. 

Street Power Soccer jak Ekstraklasa

Street Power Soccer - recenzja gry. Plansza w Londynie

Niestety zanim trafimy do nowych miejsc musimy swoje się przemęczyć w poprzedniej lokacji. Zabawa dzieli się na kilka dyscyplin, które się ze sobą przeplatają. Street Power, główna atrakcja, to standardowa uliczna piłka nożna w formule 1 na 1, 2 na 2 lub 3 na 3. Pierwsza drużyna, która strzeli pięć goli, wygrywa. Niestety sterowanie jest momentami tragiczne, fizyka piłki to parodia, nie czuć zupełnie jej ciężaru, podania dołem zazwyczaj przejmowane są przez rywali, a przy górnych SI naszym kompanów dostaje świra. Strzały, zwłaszcza różne woleje czy przewrotki potrafią na chwilę dać namiastkę funu, ale animacja piłkarzy, biorąc pod uwagę fakt, że podobno korzystano z sesji motion capture, zupełnie tego nie oddaje. 

Jeszcze gorzej w Street Power Soccer gra się w obronie, gdzie rządzi przypadek, a przejmowanie piłki od rywala, który robi jakieś triki to loteria. Na szczęście nasi przeciwnicy są ślepi jak krety i potrafią spudłować do bramki mając ją metr przed sobą. Byłbym tu prawdziwą gwiazdą nawet ze swoją nadwagą i kocimi ruchami. Czerwoną kartką dla dewelopera jest praca kamery, która często nie nadąża za piłką i nie widzimy nawet co się dzieje w miejscu akcji, co utrudnia zarówno ustawianie w obronie jak i ataku. Jakby mało było chaosu na boisku - twórcy gry dodali różne powe-upy pojawiające się w trakcie gry, ładujące od razu pasek superstrzału, pozwalające włączyć szybki bieg, spowolnić rywali czy aktywować.... barierę ochronną. Odgrywają one jednak niewielką rolę w meczach i są potrzebne jak składki do ZUS-u.

Włącz to głośniej 

Street Power Soccer - recenzja gry. Tryb trickshot

Pozostałe warianty zabawy w sumie trzymają „poziom” Street Power, choć są to bardziej zapychacze i można je traktować jako mini-gry. W Trickshot naszym zadaniem jest zbijanie różnych przedmiotów za pomocą piłki. Wybieramy kąt strzału, wysokość, moc, czasami trzeba gałę podkręcić, ale trafianie w butelki, krzesła, beczki czy do betoniarki to poziom gry na smartfony i nawet zniszczenie wspomnianego trabanta w Berlinie nie było warte straconego czasu. Ta kategoria jest chyba najnudniejsza i modlimy się o to, by ją zaliczyć i przejść dalej. Freestyle to z kolei prosta gra rytmiczna trochę w klimatach świecącego niegdyś tryumfy Bust a Groove. Mamy podkład muzyczny, wykonujemy triki w rytm puszczanej nuty, na co składają się kolejne sekwencje QTE. Brakuje w tym jednak kreatywności, responsywność kuleje, a ruchy szybko zaczynają się powtarzać. Najlepiej w tym zestawieniu prezentuje się Panna, czyli pojedynek 1 na 1 w klatce, gdzie punkty zdobywamy nie tylko strzelając do małych bramek (choć tutaj celność została jeszcze bardziej obniżona), ale zakładając przeciwnikowi tzw. siatkę (nutmeg), co wymaga również trafienia w odpowiednie przyciski podczas QTE. 

Oglądając screeny w recenzji Street Power Soccer możecie mieć złudzenie, że gra wygląda dobrze. I w sumie ten karykaturalno-kreskówkowy styl na pierwszy rzut oka prezentuje się nieźle wpisując się w klimaty ulicznego futbolu, ale czar pryska, gdy zawodnicy zaczynają się ruszać. Wówczas wracają wspomnienia z poprzedniej generacji i wujka robiącego drewno na wsi. Co by jednak nie mówić licencjonowana muzyka robi tu najlepszą robotę - znane kawałki dyskotekowe, remixy i rap (trafiła się nawet jakaś arabska nuta, więc można poczuć się jak w meczecie), sprawiają, że noga sama radośnie tupie.

W grze brakuje jednak treści. Kariera, jak już wspomniałem w recenzji, jest nudna, a w multiplayerze, nie uwierzycie, nie odnalazłem chętnych do gry. Street Power Soccer zdechło zanim jeszcze zdążyło zadebiutować. Twórcy nie zadbali nawet o jakieś tryby turniejowe. Jest tylko możliwość grania pojedynczych sesji w poszczególne warianty zabawy. Ale to nie jest najistotniejsze. Tworząc grę piłkarską kluczowe jest danie graczowi kontroli nad piłką, a tutaj wszystko jest sztywne, rwane. Brakuje w tym płynności i funu. Szkoda, bo do gry zaproszono całą śmietankę ulicznego futbolu i jeśli siedzicie w temacie takie nazwiska jak Soufiane Bencok, Peter Karasek czy Yo Katsuyama (łącznie ponad 30 prawdziwych sportowców) zapewne kojarzycie. Ba są nawet Polacy w postaci Aguśki Mnich i Michała Rycaja. Nie wiem jednak czy będą dumni z tego, że pojawili się w Street Power Soccer. I to w kosmicznej biorąc pod uwagę jakość i zawartość gry cenie 209 PLNów...