One Punch-Man to niezwykle popularna manga, zrodzona z komiksu wrzucanego do sieci (webcomic) autorstwa artysty kryjącego się pod pseudonimem „ONE”. Seria bardzo szybko zyskała duży rozgłos, a wszystko urosło do niebotycznych rozmiarów, gdy studio Madhouse podjęło się ekranizacji w 2015 roku. Fabuła w nieco satyryczny sposób podchodzi do dzieł traktujących o superbohaterstwie i rozlicza się z całą masą stereotypów- w niezwykle groteskowy i dosadny sposób. Jest to jedna z tych animacji, które przyciągają do siebie nawet osoby, które stronią  od japońskiego anime. 

Osobiście, będąc wielkim fanem zarówno całego gatunku, jak i samej, opisywanej wyżej serii, wiedziałem, że kiedyś zagram w produkcję, którą zapowiadano od kilku miesięcy. Szczęście chciało, że udało mi się wygospodarować odpowiednio dużo czasu już przy okazji premiery. I tak, kończąc ten przydługi wstęp, miałem okazję sprawdzić się w świecie wykreowanym niegdyś przez tajemniczego autora. Jak wrażenia? 

Główny bohater serii, aby dojść do poziomu, na którym pokonuje przeciwników tytułowym, jednym ciosem, przebiegał dziennie 10 kilometrów, robił 100 brzuszków, 100 przysiadów i 100 pompek. Co czulibyście, popadając w taką rutynę? Prócz zmęczenia prawdopodobnie pojawiłoby się również znudzenie. Dokładnie to czułem, gdy obcując z grą, przechodziłem raz za razem misje polegające na tym samym- z kilkoma różnicami na poziomie detali. 

Ale, ale- od początku

One Punch Man: A Hero Nobody Knows to projekt wydany z ramienia Bandai Namco, a stworzony przez ekipę ze Spike Chinksoft i... To widać! Studio ma na swoim koncie takie produkcje jak kultowe One Piece: Burning Blood, czy Dragon Ball Z: Budokai Tenkaichi 3, a także niesławne, zeszłoroczne Jump Force. I właśnie, niestety, do tej produkcji zdecydowanie bliżej najnowszemu dziełu, niż do świetnego Budokai Tenkaichi w świecie z uniwersum Smoczych Kul. 

Tym razem podjęli się stworzenia gry, która opowie o bohaterze, który potrafi pokonać każdego przeciwnika dosłownie jednym ciosem. To już na wstępie brzmi jak coś, czego realizacja nie może być prosta. Cóż, tak rzeczywiście jest. Choć trzeba przyznać, że twórcom udało się wycisnąć wyjątkowo dużo z takiego projektu, przynajmniej do pewnego stopnia. Pomysł bez wątpienia był, rozmachu też nie zabrakło. 

Gdzie różnorodność?!

Głównym trybem dostępnym w grze jest Story Mode. Kampania fabularna pozwala nam stworzyć swojego, spersonalizowanego bohatera (choć opcji jest tyle, co kot napłakał- nawet zdobywając kolejne gadżety wraz z postępem fabuły) i wejść nim do świata znanego z anime. Ustawiamy fryz, ciuchy i gabaryty, a potem rozpoczynamy swoją przygodę jako bohater rangi C. 

Ah, właśnie, nie wspomniałem wcześniej, a to całkiem znaczące. W serii, gdy uda się dostać do Stowarzyszenia Bohaterów, zostaje nam przydzielony odpowiedni poziom i kolejno, od najgorszego, są to: C, B, A oraz S. My, jak wspomniałem, zaczynamy na najniższym i awansujemy za wykonywanie misji dla rzeczonego Stowarzyszenia. System banalny, ale działa. Muszę przyznać, że skutecznie zachęcał mnie do stawiania czoła kolejnym, powtarzalnym zadaniom, aby tylko pasek postępu rangi rósł w oczach. 

Przeżyjmy to jeszcze raz!

Fabuła bardzo przypomina mi tę, która dostaliśmy przy okazji innej gry na podstawie anime- Dragon Ball: Xenoverse. Jesteśmy postacią, która wpada do wykreowanego uniwersum, aby brać czynny udział w wydarzeniach znanych z oryginalnej historii. Jest to bez wątpienia ciekawa opcja, ale fani pierwowzorów nie uświadczą zbyt wielu nowości, a pojedyncze wstawki to zdecydowanie za mało. No i niewiele wnoszą do całości. 

Sam świat gry jest mały i w zasadzie, nawet gdy z czasem udaje nam się odblokować kolejne rejony, wciąż nie robi on wrażenia- nie w 2020 roku. Właściwie wygląda jak przerośnięty HUB. Nie jest jednak tak, że nie ma tam nic do roboty. Możliwości jest dość sporo, choć w dużej mierze tylko pozornie. I niestety jest to minus, bo jak długo można robić to samo?

Misja, walka, misja, walka, przynieś, podaj, pozamiataj, walka

Rzeczywiście, zadań jest bardzo dużo. Dostajemy je od dwóch organizacji, a także od pojedynczych NPC spotykanych w świecie gry- zarówno bohaterów, jak i szarych mieszkańców. Za robienie ich dla stowarzyszeń otrzymujemy specjalne punkty rozwoju, pieniądze oraz wzrost rankingu, a za pomoc konkretnym personom- poprawienie relacji z nimi, które warto budować. 

Nie mam wątpliwości, że wszystko to brzmi bardzo fajnie. Jest tylko jeden, znaczący problem- powtarzalność. Misje prawie się nie różnią. Właściwie mógłbym je podzielić na trzy kategorie: 

•    Walcz i pokonaj przeciwnika; 
•    Walcz i wytrzymaj X czasu z przeciwnikiem;
•    Zanieś ważny dokument z miejsca Y do Z, a po drodze... walcz.

Już mniej atrakcyjnie, prawda? A jednak, pomimo tego, spędziłem w grze długie godziny i właściwie nie robiłem tego z przymusu. Powód jest dość prozaiczny i bez wątpienia właśnie na to czekała duża część z Was, Drodzy Czytelnicy, creme de la creme...

System walk daje radę!

Serio, jest naprawdę dobrze. Pojedynki są niezwykle spektakularne i dają masę frajdy. Dosłownie czuć siłę ciosów, a co za tym idzie, satysfakcja z każdego uderzenia przepełnia całego gracza. Warto wspomnieć, że prócz samych starć fabularnych, mamy też tryb „VS”. Bohaterów do użytku jest sporo, a większość posiada wyjątkowe i rozmaite umiejętności, które mogą się przydać w walce. 

Dużo zróżnicowania daje też system nazwany „Hero Arrival”. Polega on na tym, iż po pewnym czasie, dołączają do nas pomocnicy (jeden, lub dwóch), którzy mogą włączyć się do walki i nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmienić naszego pierwszego bohatera na innego, który właśnie przybył. Większość postaci może być ustawiona w każdym ze slotów (jako początkowy, dobiegający jako pierwszy i ostatni na polu), ale samego głównego bohatera jesteśmy w stanie wybrać tylko na ostatnie miejsce. Nic w tym dziwnego, niewiele byłoby bowiem frajdy z ciągłego wygrywania przez zadanie jednego ciosu...:)

Jakby tego było mało, walki urozmaicane są licznymi wydarzeniami losowymi, na które trzeba uważać. Raz rozpęta się deszcz meteorytów, innym razem gigant będzie przechodził przez arenę, a jeszcze kiedyś bohaterowie rangi S przypadkiem wlecą na nasze pole walki i mogą zasiać niezłe spustoszenie. Sprawia to, że nie ma opcji się całkowicie wyłączyć i naciskać ślepo guzika odpowiedzialnego za ciosy. To nie zda egzaminu. 

Reasumując

Mam mały problem z oceną tej gry. Choć w dużej mierze uderza jej powtarzalność, to ostatecznie najważniejszy tryb i sam główny element produkcji - walki - cechuje ogromna różnorodność. To zakrawa na paradoks. W konsekwencji nie mogę ocenić tej pozycji negatywnie, przecież spędziłem w niej te wszystkie godziny i choć w tle zawsze słuchałem jakiegoś podcastu, bo samo bieganie po mapie stało się nawykiem, to czerpałem z całości sporo radości. 

Bez wątpienia nie jest to gra dla wszystkich. Powiem więcej- nie byłbym w stanie z czystym sercem polecić jej osobom, które nie gustują w japońskiej animacji i nie miały do czynienia z pierwowzorem One Punch-Mana. Mogą czuć zagubienie i odczuwać więcej zażenowania niż rozbawienia. Jeśli chodzi jednak o fanów przygód od ONE’a, ci powinni odnaleźć się w produkcji bardzo dobrze.

Zagranie w nią nie jest bynajmniej obowiązkiem, ale jeśli tęskno Wam do tego świata, a drugi sezon nie spełnił pokładanych nadziei- warto skorzystać z tego typu rozwiązania. W końcu nie każda gra musi być idealna, dokładnie tak, jak nie każdy bohater nosi pelerynę.