Deweloperzy z Panache Digital Games mieli bardzo ambitną wizję gry, w której będziemy mogli zapoznać się z naszą najdawniejszą historią i dowiedzieć się, skąd tak naprawdę pochodzimy i czemu, a raczej komu, zawdzięczać możemy to, kim jako ludzie jesteśmy dziś. 

O, jagoda, można jeść!

Główną ideą stojąca Ancestors: The Humankind Odyssey jest zasymulowanie tego w jakich warunkach musieli żyć i rozwijać się nasi przodkowie te 10 milionów lat temu, kiedy zaczęła się droga ewolucyjna naszego gatunku. Oczywiście nigdy nie będziemy w 100% mogli poczuć się jak oni, bo wszystko oparte jest wyłącznie na domysłach archeologów i ich badaniach skamielin, lecz mniej więcej możemy uznać, że dzieło wydane przez Private Division nieźle oddaje rzeczony klimat.

Swoją podróż po antropogenezie człowieka zaczynamy od wcielenia się w najstarszych znanych nam Hominidów, czyli istot uznanych za przedstawicieli rodziny człowiekowatych, którzy posiadali już cechy rozwojowe pozwalające na zakwalifikowanie ich do praprzodków ludzi. W trakcie kampanii Ancestors naszym zadaniem jest doprowadzić naczelnych od etapu kompletnych kretynów do fazy Australopithecus africanus, od których wywodzą się pierwsi przedstawiciele gatunku Homo, czyli Homo gautengensis.

Przez pierwsze kilka godzin będziecie się zatem uczyć takich podstaw, jak przekładanie rzeczy z ręki do ręki tego, że wodę można pić, że wiele owoców nadaje się do jedzenia, a inne mogą nas zatruć, układania leża z liści, czy też skrobania zerwanego patyka, aby zrobić z niego zaostrzony badyl. Najprościej rzecz ujmując, absolutne podstawy podstaw, jakie możemy poczuć wręcz intuicyjnie.

Widzisz coś nieznanego? Podejdź, dotknij, weź do ręki i obwąchaj - to takie proste. Chociaż tylko z pozoru, albowiem sielankowe początki szybko zamieniają się w istną walkę o przetrwanie. Żeby rozwinąć nasz gatunek musimy poznawać jak najwięcej rzeczy, aby nasze neurony pracowały i mogły się z pokolenia na pokolenie jakoś rozwijać - w tym celu trzeba wyruszyć w nieznane tereny dzikiego buszu.

Augh, atak paniki!

Deweloperzy zadbali o to, aby wszystko co dzieje się w Ancestors było w miarę naturalne i odzwierciedlało to jak ówcześnie mogli czuć się Hominidzi odkrywający otaczający ich świat. Dlatego też pierwszy kontakt z okoliczną fauną bywa zarówno dla nas jak i kontrolowanych przez nas postaci wielkim szokiem - mnie w pierwszym momencie zaatakował dzik, ale na szczęście udało mi się uciec na najbliższe drzewo i krzykami odstraszyć zwierzę. Jednak tak jak to bywa w prawdziwym życiu, nie zawsze wszystko może nam się udać.

W późniejszym fragmencie zabawy, już na nowej mapce, wyruszyłem ze swoim klanem na poszukiwanie wielkiego drzewa nadającego się na nowe siedlisko i gdy byliśmy już prawie u celu, trafiliśmy w krzyżowy "ogień" ze strony tygrysa szablastozębnego oraz gigantycznego węża. Niestety z 5 podróżników przetrwał tylko jeden samiec, a życie uratowało mu to, że wąż udusił i zeżarł wspomnianego tygrysa. 

Tutaj muszę przyznać, że próba odbudowania swojej gatunkowej linii w takim momencie jest diabelnie trudna, a ruszenie z nią w dalszą ewolucyjną podróż wyzwaniem godnym Herkulesa. Kontynuować swoją przygodę możemy wyłącznie gdy w naszym klanie jest co najmniej jedno dziecko, co jest kwestią jak najbardziej logiczną i słuszną. Problematyczne jednak jest to, że znalezienie płodnej samicy w całej okolicy jest naprawdę ciężkie. Sam musiałem odnaleźć 6 samic, zanim którakolwiek z nich okazała się być zdolna do urodzenia dzieciaka.

Na szczęście po udanym nawiązaniu więzi i owocnej kopulacji, możemy za pomocą jednego przycisku przeskoczyć o 15 miesięcy do przodu, gdy następuje poród młodego osobnika - co ciekawe, według gry dzieci Hominidów nie miały określonej płci, zanim nie weszły w dorosłość.

Ekstremalnie nudna ewolucja

Panache Digital Games obiecało nam fascynującą podróż po dziejach człowieka, która będzie nie tylko bardzo pouczającą przygodą, ale także dostarczy nam mnóstwo emocji. Niestety finalnie okazuje się, że przeprowadzenie skutecznej ewolucji jest, że tak to ujmę, zbyt realistyczne.

Aby dokonać tak zwanego skoku ewolucyjnego, jaki przenosi nas w przyszłość o kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat, musimy spełnić ściśle określone warunki, czyli posiadać dziecko, odkryć kilka ważnych czynności, przedmiotów lub stworzeń, a na dodatek mieć wystarczającą ilość punktów rozwoju neuronowego, aby odblokować nowe umiejętności dla naszych postaci.

O ile gra się ostrożnie, waży absolutnie każdy krok i nie ryzykuje spotkań z drapieżnikami, wszystko idzie gładko i nawet przyjemnie. Jeśli jednak zdarzy się tak, że stracicie potomstwo, albo jedyne płodne samice, będziecie gigantycznie udupieni i spędzicie zbyt dużo czasu na ratowaniu się z opresji. Najgorszym etapem jest teoretycznie sama końcówka, gdy musimy zabierać ze sobą dzieciaki na wszystkie wyprawy, aby wraz z nami uczyły się poznawać świat - natrafienie wtedy na tygrysa, węża, jakiegoś ptaka czy inne groźne zwierze, daje mocno w kość.

I szczerze przyznam, że wysiłek ten byłby w miarę łatwy do przełknięcia, gdyby nie to, że pierwsze skoki ewolucyjne są cholernie... nudne. Pójście do przodu o 500 czy 600 tysięcy lat za jednym zamachem nie zmienia w rozgrywce praktycznie nic, a wymaga od nas 2-3 godzin powtarzalnych czynności. Prawdziwą różnicę można poczuć dopiero po wielu takich skokach, kiedy to zaczynamy poruszać się tylko na 2 kończynach, trafiamy w nowe środowisko, czy też mamy dostęp do przełomowych narzędzi pokroju ognia czy jakiejś prostej broni.

Niespełniona ambicja

W okolicach pecetowej premiery gry, deweloperzy głośno zaczęli skarżyć się na to, że gracze i recenzenci nie rozumieją ich intencji i że jako konsumenci mamy zbyt wybujałe oczekiwania od zespołu liczącego zaledwie 35 osób. A z racji tego, że sam też pracuję w zespole o podobnej wielkości (jest nas około 30 osób), Roger przekazał mi konsolową wersję gry, abym jako tako zerknął na to okiem człowieka znającego temat. 

Niestety Panache Digital Games przeliczyło się ze swoimi możliwościami i w tak relatywnie małej ekipie chciało zrobić zbyt wiele za jednym zamachem. Gdyby bardziej skupiono się na dopracowaniu najważniejszych elementów rozgrywki i podzielono Ancestors: The Humankind Odyssey na mniej, ale za to większych kawałków, mogłaby to być jedna z najciekawszych gier 2019 rok.

Jednakże próba upchnięcia 8 milionów lat ewolucji w zaledwie kilku chaotycznie zaprojektowanych lokacjach i dziesiątkach niepotrzebnych mechanik, okazała się być pomysłem niezwykle chybionym. Dodatkową bolączką tytułu jest kiepsko przemyślany system zadań - te teoretycznie mają nas kierować w odpowiednie miejsca i pomagać w ewolucji gatunkowej. W praktyce jest jednak tak, że po drugim skoku ewolucyjnym stawiane przed nami cele są tak odległe, że wydają się być wręcz nierealne do spełnienia przy jednym posiedzeniu przy konsoli.

Samo dotarcie do wielkiego drzewa w drugiej lokacji zajęło mi ze 2 dni i 3 skoki ewolucyjne, a był to zaledwie początkowy cel dla tej lokacji. Jeśli zatem macie w sobie na tyle duże pokłady cierpliwości i samozaparcia, aby przetrwać tę przygodę, śmiało możecie dać jej szansę, gdy będzie na jakiejś większej promocji.