Prosta odpowiedź? Spytajcie setek fanów, albo chociaż zerknijcie na YouTube’a albo Twitcha. Ta bardziej złożona? Lecimy. Twierdza Cieni jest najnowszym dużym rozszerzeniem dla Destiny 2 i zarazem pierwszym opublikowanym całkowicie niezależnie przez Bungie. Wolni od umowy wiążącej ich z Activision, twórcy takich hitów jak Myth, Halo czy właśnie Destiny, twierdzą, że mają długofalowy plan na rozwój produkcji, idąc raczej drogą innych gier jako usług (np. Warframe), co najprawdopodobniej oznacza odłożenie wydania obiecanej trzeciej części serii na bliżej nieokreśloną przyszłość. Twierdza Cieni przynosi więc szereg bardzo istotnych zmian przygotowujących graczy na bezustanną ewolucję uniwersum, choć trzeba zaznaczyć, że nie robi tego w idealny sposób.

Destiny 2 Twierdza Cieni recenzja 4

Destiny 2 Twierdza Cieni recenzja 1

Destiny 2: Twierdza Cieni - Kolebka zła

Strażnicy zostają ponownie wezwani na ziemski Księżyc, gdzie pozostawiony samopas Rój uwił sobie niezłe gniazdko – owianą grozą szkarłatnoczerwoną twierdzę. Robimy więc brzydkim stworom wjazd na chatę, przy okazji spotykając się ze znaną z Destiny 1 Eris Morn. Już pierwsza, dość efektowna misja zdradza nam o wiele groźniejszą siłę czającą się w czeluściach Księżyca, niestety jednak zgodnie z serialowymi prawidłami (na które twórcy D2 wyraźnie się zapatrzyli), z końcem kampanii nie idzie konkluzja, a jedynie zapowiedź „kolejnego odcinka”. Początkowo może to zostawić niesmak, zwłaszcza że sama część fabularna jest dość krótka (pęka w 4-5 godzin) i oparta na znanych z części pierwszej miejscach na Księżycu oraz zrecyklingowanych bossach z przeszłych przygód. Inna sprawa, że srebrny glob otrzymał potężny lifting. Jest teraz bardziej mrocznie, ponuro i groźnie. Choć zwiedzamy znane lokacje, designerzy z Bungie wzbogacili je o wiele wspaniałych detali – ziejące tajemniczą zieloną poświatą pęknięcia w skorupie satelity czy zdezelowany krążownik Upadłych górujący nad krajobrazem nakręcają klimat i tak już świetnie zaprojektowanej miejscówki. To miła odmiana po godzinach spędzonych w delirycznie kolorowym Śniącym Mieście z rozszerzenia Porzuceni. 

Tym bardziej, że zaraz po skończeniu kampanii wpadamy w ciąg endgame’owych aktywności. Tu ponownie Bungie nie zawodzi – wprawdzie dwóm nowym Szturmom daleko od tych najlepszych w historii serii, to jednak masa sekretów oraz aktywności dostępnych na Księżycu sprawia, że trudno oderwać się od ekranu telewizora. Co więcej, tydzień po premierze twórcy uruchomili nowe wydarzenia w grze – bardzo efektowny szturm Vexów na srebrnym globie w akompaniamencie osobnego trybu o nazwie Inwazja. To z kolei nieco bardziej „kompaktowy” odpowiednik znanej już z „dwójki” Menażerii, w trakcie której loot sypie się na lewo i prawo. Właśnie! Loot! Tego w Twierdzy Cieni uświadczymy wręcz w nadmiarze!

Destiny 2 Twierdza Cieni recenzja 1

Destiny 2: Twierdza Cieni - Nieskończona zabawa

Wraz z nowym sezonem przemodelowano w grze wiele rzeczy, w tym nieco podkręcono system zdobywania przedmiotów i zaliczania zadań. Nie ma dosłownie chwili, żebyśmy czegoś nie zdobywali, zaliczali, wygrywali. Developerzy, wzorem takich gier jak Fortnite czy Apex legends, wprowadzili też do gry nagrody sezonowe (wraz z dodatkowymi, dostępnymi po zakupieniu specjalnej przepustki). Tym samym zdobywanie poziomów dostępnych w sezonie zastąpiło tradycyjnie zaliczanie poziomów doświadczenia. To wszystko to wyraźny ukłon w stronę nowych graczy, ale na tyle rozsądny ruch, że dla hardkorowców Bungie zachowało nagrody za najbardziej wymagające aktywności (w tym nowy, szalenie efektowny i pomysłowy Najazd). To bardzo miłe i – trzeba przyznać – uzależniające uczucie. Do tego dochodzą zmiany w ekonomii gry (np. nowe przedmioty do ulepszania sprzętu, wyższy limit gromadzonej waluty etc.) i multum większych lub mniejszych poprawek całego ekosystemu. Czuć tu spójność, pomimo dość dużego stopnia skomplikowania.

Ważniejsze jednak od ekonomii gry, są zmiany w systemie pancerzy Strażników, tzw. Armor 2.0. Statystyki fatałaszków zostały rozszerzone o nowe kategorie wpływające na szereg czynników. Ponadto można owe stroje ulepszać i wkładać w nie zupełnie nowe modyfikacje. Mody są zresztą kolejnym przemodelowanym aspektem rozgrywki – nie są już jednorazowe, a ich właściwości mają o wiele wyraźniejsze przełożenie na zdolności naszej postaci. Choć sama broń w grze nie przeszła tak rewolucyjnych zmian jak pancerze, to jednak wprowadzenie nowych modów ma również istotny wpływ na nasze pukawki. Bardzo dobrze ze sobą to wszystko (póki co) współgra i zachęca to tworzenia własnych buildów postaci, czyli czegoś, o co od dawna zabiegali hardkorowi fani, a co wraz z premierą Destiny 2 niemal 3 lata temu zostało im niemal całkowicie odebrane. To wszystko sprawia, że gracze znów cierpią na syndrom „jeszcze jednego razu”. Jeszcze jednego questa do zaliczenia, jeszcze jednego Wydarzenia Publicznego, jeszcze jednej broni, misji.... słowem, nieustanna zabawa! 

Warto też wspomnieć o tym, że modyfikacji uległy playlisty Szturmów i Tygla. W tych pierwszych zawitały Nocne Szturmy w nowej wersji – podzielone na poziomy trudności z nowymi, ciekawymi modyfikatorami, w tym specjalnymi typami osłon u przeciwników, które można zdjąć tylko bronią z odpowiednim modem. W części PvP, czyli Tyglu, doszło jeszcze do bardziej poważnych zmian. Oczywiście zawitały doń nowe playlisty, ale zmieniono też sposób dystrybuowania ciężkiej amunicji. Wreszcie zebranie pakietu przez jednego gracza wiąże się z tym, że uzyskają go gracze z drużyny znajdujący się nieopodal, ponadto przyspieszono czas pojawiania się na mapie pakietów. To akurat zmiana, która z nowym hotfiksem szybko została przebalansowana, jednak ogólnie feeling płynący obecnie z rozgrywki w PvP jest jeszcze lepszy.

Destiny 2: Twierdza Cieni - Świetlana przyszłość

Brzmi to wszystko jak spory kawał do przetrawienia, prawda? I tak jest w rzeczywistości, bo choć Twierdza Cienia nie może się równać z maestrią oraz skalą zeszłorocznego rozszerzenia Porzuceni, to nadal przynosi ze sobą bardzo wiele i przygotowuje na naprawdę ciekawą przyszłość. Do tego warto dodać, że oprócz wspomnianych Porzuconych i Twierdzy Cieni, Destiny 2 jest teraz dostępne w darmowym wariancie o nazwie New Light. Nigdy nie było więc lepszego momentu, żeby zacząć przygodę w uniwersum Destiny.

Destiny 2 Twierdza Cieni recenzja 2

Destiny 2 Twierdza Cieni recenzja 3

Twierdza Cieni nie jest jednak dla graczy zupełnie mlekiem i miodem płynącą krainą. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że nie wszystko się Bungie udało. Niestety w samej kampanii czuć momentami zbyt często uczucie deja-vu. Księżyc się wprawdzie zmienił, ale to wciąż lokacja wyciągnięta wprost z pierwszej części serii. Może to doskwierać przede wszystkim doświadczonym weteranom serii, choć żółtodziób dalej będzie się cieszył jak dziecko w lunaparku. Mimo zmian w ekosystemie i balansie przyznawania nagród, Bungie nawet nie tknęło nieco przestarzałego już i bardzo powolnego interfejsu. Lawirowanie w estetycznie wykonanych, ale mało użytecznych menusach gry z roku na rok staje się coraz bardziej kłopotliwe i najwyższy czas, żeby twórcy coś z tym zrobili.

Największy grzech Twierdzy Cieni oraz nowego sezonu to ciche usunięcie możliwości współdzielenia kontentu pomiędzy wszystkie konta na konsoli. Dotychczas grające rodziny i przyjaciele, kupując DLC do Destiny 2, mogli wspólnie cieszyć się zabawą. Teraz jest to niemożliwe i konieczny jest zakup przepustki i rozszerzenia dla każdego konta z osobna. Już teraz gracze protestują na Reddicie i oficjalnym forum gry, ale Bungie jest niewzruszone. To niestety wady, które oddzielają Twierdzę Cieni od świetności, jaką swego czasu pochwalić się mogli Porzuceni. Mimo wszystko, jest to wciąż rozszerzenie godne polecenia i zapewniające masę zabawy. Tak, to nowy rozdział w tej wielkiej, kosmicznej przygodzie. Warto się w nim – mimo kilku słabszych momentów – zatracić bez pamięci!

Recenzja: Agnieszka Saracyn