Przygoda Deacona St. Johna zaczyna się w 2 lata po wybuchu epidemii, która zdziesiątkowała populację i zamieniła ludzi w krwiożercze bestie. Jestem pełen podziwu dla autorów scenariusza, gdyż główny bohater to osoba z krwi i kości. Były żołnierz i członek gangu motocyklowego, który jednak porzucił wszystko dla kobiety, będącej jego zupełnym przeciwieństwem. Apokalipsa brutalnie ich rozdzieliła i teraz targają nim emocje, atakuje go przeszłość i gwarantuję Wam, że losy Deacona szybko przestaną być dla Was obojętne. Dzięki jego tajemniczości i charyzmie, nie da się go zwyczajnie nie lubić (pomimo, że nie jest on postacią pozytywną). Cały wątek główny tej trzecioosobowej gry akcji, rozpisany jest zaskakująco dobrze. Każda kolejna misja to świetne dialogi, które dzięki swojej naturalności, bez trudu wprowadzają w ten zagadkowy świat. W wielu miejscach potrafią także rozbawić. To, co urzekło mnie od strony narracyjnej, to fakt, że twórcy nie spieszą się z popychaniem fabuły czy prezentowaniem nowych mechanik i miejscówek. Początkowo wszystko wybrzmiewa dosyć melancholijnie, czego świadectwem może być np. brak wątku głównego. Jesteśmy włóczęgą – dbamy o rzeczy doczesne, przyjmujemy zlecenia od obozu i stopniowo poznajemy głównego bohatera i jego otoczenie. Dopiero z czasem zaczynają pojawiać się bardziej poważne wątki, jednak tak naprawdę do samego końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to się wszystko potoczy . Skupienie na z pozoru zwyczajnej opowieści jest więc wielkim plusem i należą się brawa za tak odważny ruch. To, że nacisk położono tutaj na fabułę - i to, jak ją przeżywamy - widać także w momentach, w których twórcy odbierają nam kontrolę nad padem, załączają cudowną ścieżkę dźwiękową i zostawiają nas samych ze swoimi myślami.

Ride the broken road

Gra to jednak medium interaktywne i nie samą fabułą stoi. Od strony rozgrywki Days Gone prezentuje się naprawdę solidnie. Brutalne wykończenia, walka wręcz różnymi typami oręża, crafting i zbieractwo, oraz główne dania, czyli jazda motocyklem i strzelanie. O te dwa ostatnie aspekty najbardziej martwiłem się przed premierą, gdyż na wszystkich pokazach wyglądały dość sztywno. Przełożenie daty premiery okazało się jednak dobrą decyzją, ponieważ Bend dowiozło gameplay najwyższej jakości. W każdym strzale czuć siłę odrzutu, bronie zachowują się różnie i początkowo trudno będzie nam w coś trafić, a dłuższa seria najprawdopodobniej poleci w niebo. Dopiero kolejne ulepszenia uczynią z nas maszynkę do mielenia mięsa, jednak czuć tutaj inspiracje soczystością strzelania z Uncharted 4. Jazda motocyklem także przypada do gustu. Z początku trudno tego potwora okiełznać i wydawać się może, że każde drzewo lubi bliskie spotkania z naszą twarzą, jednak każdy ślizg, każdy dopalacz i każdy wyskok dają dużo frajdy. Ulepszeń naszej maszyny jest całkiem sporo i różnicę w jej prowadzeniu odczujemy natychmiastowo. Motocykl jako główny środek transportu spisał się więc rewelacyjnie – nie irytuje, jest dosyć szybki i jednocześnie klimatyczny i mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że obok Deacona jest on niemym (chociaż warczy) protagonistą tej opowieści. Sam model jazdy sprawiał mi ogromną przyjemność, lecz zdaję sobie sprawę, że może się on nie podobać, ale na pewno nie będzie nam niczego utrudniał.

Farewell wilderness

Aspekt audiowizualny imponuje od pierwszej styczności z tytułem i nie odpuszcza do samego końca. Niesamowite widoki, dbałość o szczegóły i pełen realizm. Brud przykleja się do nas niemiłosiernie, woda wsiąka w ubrania, a pełny cykl dnia i nocy masuje nasze zmysły piękną grą świateł. Oregon ukazany w Days Gone to malownicze, lecz brutalne miejsce. Idealnie udało się wyważyć momenty, w których dzikość i pierwotność środowiska sprawiają wrażenie, jakby nic się nie wydarzyło, z tymi pokazującymi apokalipsę np. miasteczko, gdzie widzimy ślady walk, opuszczone posterunki i hordy zarażonych. Soundtrack zasługuje na wspomnienie, gdyż idealnie współgra z tym, co widzimy na ekranie. Kawałki skomponowane przez Nathana Whiteheada budują nastrój niepokoju, zagrożenia, samotności i niepewności o jutro. Twórca nie bał się łagodnych dźwięków fortepianu i skrzypiec, które w odpowiednich momentach przechodzą w psychodeliczne, cięższe brzmienia. Muzyka przywołuje w wyobraźni momenty z gry, co świadczy o tym, że zwyczajnie spełniła swoją rolę. Na deser dostaliśmy takie genialne numery jak np. Days Gone Quiet w wykonaniu Lewisa Capaldiego, czy Soldier’s Eyes Jacka Savorettiego.

Ani grafika, ani muzyka nie reklamowały jednak produktu studia Bend.  Główne skrzypce grają tu zainfekowani. Całe hordy zainfekowanych. To one są właśnie głównym atutem gry i w dużej mierze wpływają na rozgrywkę i nasz odbiór tytułu. W całym świecie jest ich naprawdę sporo (liczą od 50 do 500 osobników) i każda z nich ma swoje własne żerowisko, wodopój i miejsce hibernacji. Dodatkowo horda porusza się nieprzewidywalnie między tymi obszarami i zgarnia po drodze samotnie chadzające osobniki, uzupełniając tym samym braki w „stanie osobowym” po wcześniejszym spotkaniu z naszą postacią. Arsenał bogaty w miny, ładunki wybuchowe, granaty, wabiki itp. umożliwia rozprawienie się z tą martwą masą na wiele różnych sposobów (nasłanie ich na wrogi obóz to przemiły widok). Dodatkowo twórcy upiększyli wiele z miejscówek, w których toczymy pojedynki z hordą, co owocuje wykorzystaniem środowiska i emocjonującymi ucieczkami przed zarażonymi. Na początku gry rój wiele razy napluje Wam krwi i zwyczajnie zadepcze. A nie jest on jedynym zagrożeniem w tym wrogim świecie.

Dni, które przeminęły

Nie ma jednak róży bez kolców i twórcom wyraźnie zabrakło czasu/pieniędzy/chęci na tworzenie ciekawych zadań pobocznych. Misje otrzymujemy zazwyczaj w ten sam sposób, a towarzysząca temu rozmowa jest nudna, sztywna i powtarzalna. Oczyść obóz, znajdź i zabij kogoś, śledź naukowców itp. Po Wiedźminie 3 wszyscy spodziewamy się czegoś więcej (sytuacje ratują tutaj nieprzewidywalne sytuacje w świecie gry, jak np. pułapka w postaci linki rozwieszonej między drzewami czy toczący się w dół zbocza, płonący samochód). Mała jest także rozmaitość wrogów, a sztuczna inteligencja ludzkich przeciwników to poziom mięsa armatniego. Niestety nie obyło się też bez błędów technicznych. Na podstawowym PS4 nadal zdarzają się zacinki i spadki animacji. O dziwo występują one tylko w czasie podróży motocyklem. Walki z wielką hordą zazwyczaj przebiegają bardzo stabilnie (o ile można tak powiedzieć :D). Czasy wczytywania są naprawdę krótkie jak na taki poziom grafiki. Gra nie jest też tak bogata w detale i dopracowane animacje, chociaż piszę to tylko ze względu na porównanie Days Gone z innymi tytułami ekskluzywnymi Sony. Pamiętajmy, że takie molochy jak God of War czy The Last of Us, to jednak gry korytarzowe i tworzone przez większy zespół. Mając to na uwadze, nie mogę zarzucić opowieści Deacona nic poważniejszego, aczkolwiek przy bardziej szczegółowej analizie, odstaje on jakością od góry stawki.

Koniec końców, Days Gone to udana gra i naprawdę świetny ex w portfolio Japończyków. Wątek główny to majstersztyk, podejmujący tematy przetrwania, straty, motywacji, służby, nauki, eksperymentów, i tak naprawdę jest tam mieszanka wszystkiego, co przyjdzie Wam na myśl, gdy pomyślicie: „dojrzała opowieść o zombie w otwartym świecie”. Wszystko to doprawione solidną rozgrywką i przepiękną grafiką. Polski dubbing zrealizowany jest bardzo dobrze, jednak nie na takim poziomie, abym został z nim na dłużej. Nie jest to najlepsza gra na PS4, ale osoby nie posiadające tej konsoli, mają kolejny powód do zazdrości. Czekamy na Days Gone 2.

P.S.

Polecam zagrać w wypuszczony po premierze tryb wyzwań. To 12 różnych misji, zaliczanych na punkty, gdzie odblokowujemy nowe skórki postaci, perki i malowania na motocykl. Jazda na czas, przetrwanie przed hordą, jak najszybsze pozbycie się zarażonych czy nawet zabawa w taksówkarza (melexem – a jakże!). Oprócz tego wyższe poziomy trudności i nowa gra+.