Mój pierwszy Mortal Kombat - pamiętam jakby to było wczoraj. Demo Mortal Kombat 3 na PC u mojego kuzyna, prawdopodobnie z jakiejś płyty dodanej do Secret Service. Miałem siedem, może osiem lat. On Jax, ja Sheeva - potem zmiana. Nie pamiętam ile pojedynków wtedy stoczyliśmy, jedyne co pamiętam to że tamtego wieczoru smocza seria została wryta w mój mózg tak jak tabliczka mnożenia. Później poszło już z górki - zbieranie kapsli (słynnych dunkinów), wyrywanie kartek z ciosami specjalnymi z Kombat Korner, turnieje w Mortal Kombat: Trilogy, napieprzanie się z kolegami na podwórku. Raz podobno moi rodzice zostali wezwani do szkoły, bo na pytanie kim chce zostać kiedy dorosnę ryknąłem że chcę "zostać Mortal Kombat". Premiera każdej nowej części dostarczała mi wypieków na twarzy i nieważne czy gra była dobra czy zła, czy seria akurat zaliczała wzlot czy upadek - to wciąż było MK. 

Po reboocie w 2011 roku seria wróciła na właściwe tory - znowu brutalnie, są znane i lubiane postacie, nie ma zawirowań fabularnych. Mortal Kombat X również był solidną grą pomimo iż niektóre rzeczy mnie denerwowały, między innymi 'warianty walki' danej postaci to wprowadził parę fajnych postaci (Kotal Kahn, Erron Black) i znacząco rozbudował tryb fabularny. Obejrzałem pierwszy trailer jedenastej odsłony serii i już wiedziałem, że nie mam o co się martwić - znów czekałem podjarany jak gówniarz pod namiotem.

Kwiecień 2019 - przewijam zdjęcia na telefonie pokazując je rodzicom i nagle pojawia się zdjęcie pudełka Mortal Kombat 11. Ojciec uśmiecha się pod nosem i pyta: "Dalej z tego nie wyrosłeś?". Nie, nie wyrosłem - nigdy nie wyrosnę.


It Has Begun

Jak zwykle - odpalam grę, zbieram szczękę z podłogi, kilka walk w trybie Versus i od razu przechodzę do Story Mode. Ten o ile jest dłuższy od tych w poprzednich grach studia, tak fabularnie jest moim zdaniem najgorszy. Po pierwsze po raz kolejny twórcy wykorzystują podróże w czasie, tym razem za sprawą Kroniki - głównego złego w tej części. Kronika zakrzywia oś czasu i przenosi wojowników biorących udział w kończącym się drugim turnieju Mortal Kombat do teraźniejszości. Ot - po raz kolejny wracają uśmierceni w poprzednich częściach Kung Lao, Baraka, Shao Kahn oraz... Raiden. Co najlepsze gdy 'dobry' Raiden się pojawia ten skażony złymi mocami po prostu znika. Cała zabawa czasem może fajnie sprawdzała się w reboocie serii, jednak teraz mam wrażenie, że twórcy znaleźli sobie furtkę dzięki której co jakiś czas będą mogli sprowadzać niektóre - zabite wcześniej postacie. Pytanie brzmi - czy w Mortal Kombat ktoś naprawdę ginie?
Można to było poprowadzić nieco inaczej - 
cały potencjał Dark Raidena został zmarnowany - mógłby on być nowym bossem, przeszkodą dla ziemskich wojowników, przeciwnikiem dla jakże dawno niewidzianego w serii Fujina. Możliwości jest wiele, jednak tutaj w jednej chwili zły Bóg Piorunów zostaje dosłownie wymazany. Przez to cała fabuła aż śmierdzi Avengersami, Injustice czy innymi produkcjami z superbohaterami w rolach głównych. W dodatku zakończenie totalnie do mnie nie przemawia.

Wojownicy - tych mamy dostępnych 24 + dostępny jako DLC do zamówień przedpremierowych Shao Kahn. Powracają starzy znajomi z oryginalnej trylogii - Liu Kang, Kung Lao, Sonya, Jax, Raiden, Johnny Cage, Kano, Kitana, Noob Saibot, Baraka, Kabal, Jade oraz oczywiście Scorpion i Sub-Zero. Zdecydowano się dodać również paru znajomych z ostatnich dwóch gier serii - wraca Skarlet z MK9 oraz D'Vorah, Erron Black, Cassie Cage i Kotal Kahn z MKX. Cieszy również Frost, która zadebiutowała w 'Deadly Alliance'. Nowych wojowników mamy troje (nie liczę niegrywalnej Kroniki), ale jeżeli ktoś powie "jakość, nie ilość" to jak dla mnie będzie w błędzie. To najgorsza dodana ekipa wojowników w historii całej serii. Żaden z nich do mnie nie przemawia i wyglądają jak kopie innych postaci. Geras - ochroniarz Kroniki wygląda jak zmodyfikowany Jax, Cetrion to jedna ze Starszych Bogów, która dosłownie wygląda jak wyjęta z Heroes of Might & Magic w dodatku posiada ciosy żywiołów ziemi, wody wiec mam wrażenie że jest takim zlepkiem postaci Raina/Tremora z MKX, Kollector - 'najlepszy z najgorszych' to szescioręki sługus Shao Kahna, który jednak w przeciwieństwie do pozostałej dwójki jakoś się wyróżnia. 

Brakuje mi w tej ekipie paru postaci z ery 3D (MK4 - MK Armageddon). Wiem, że było tam dużo nieciekawych postaci, ale było również parę, których w nowo pisanej osi czasu można by dać szanse - Kai, odświeżony Havik czy Nitara, Fujin. Po raz kolejny jednak dostajemy 'znanych i lubianych' wojowników z pierwszej trylogii. Powoli staje się to nudne.


You're Mine!

Graficznie gra wygląda kapitalnie. Postacie są świetnie zrobione, zachwycają swoim wyglądem - wreszcie nie przypominają plastikowych lalek tylko żywe istoty - z krwi i kości. Każda z nich ma własne unikatowe wejściówki i dialogi, które często nawiązują do popkultury. Zresztą nie tylko wtedy widać, że twórcy puszczają oczko do gracza. Tu zobaczymy kubek kawy z napisem Mokap, tu z worka wypadnie obcięta głowa Hsu Hao, innym razem Liu Kang i Sub-Zero polecą cytatem wyciętym wprost z MK: The Movie. Bardzo fajnie jest wyłapać takie smaczki. Areny na których przyjdzie nam toczyć boje są bogate w szczegóły i wyglądają obłędnie (Shirai Ryu Fire Garden!). Chociaż kilka z nich to po prostu zmodyfikowane areny z MKX to jako całość nie psują ogólnego wrażenia. Psuje je za to muzyka. Może inaczej - w każdej z poprzedniej części potrafiłbym wskazać jeden utwór który podoba mi się najbardziej. Tutaj nie potrafię - ścieżka dźwiękowa jest mdła, nijaka. Gra sobie z tyłu, w tle niewyróżniając się. Tym razem Dan Forden się nie popisał.

Gameplay uległ pewnym zmianom w stosunku do MKX. Rozgrywka jest wolniejsza niż w poprzedniej części, jednak gra działa bardziej płynnie. Usunięto, wprowadzone w MK9 ciosy X-Ray, zamiast tego wprowadzając ich zamiennik - Fatal Blow. Cios ten można zastosować tylko raz na rundę, gdy wskaźnik naszej energii spadnie poniżej 25%. Wtedy podobnie jak we wcześniejszych odsłonach odpalamy R2+L2, a nasza postać zadaje brutalne ciosy - łamiąc kości, przebijając przeciwnika bronią - wszystko to w efektownym trybie slow-motion. Chociaż nie jestem fanem dwu przyciskowych kombinacji, dzięki którym kompletny laik może przypadkiem wygrać z bardziej doświadczonym graczem to z dwojga złego bardziej skłaniam się ku Fatal Blow. Koniec ze 'zbieraniem ciosów' tylko po to żeby po chwili odpalić X-RAY i zabrać przeciwnikowi pół energii, jak to miało miejsce w MK9 czy MKX. Fatal Blow możesz użyć tylko raz i tylko w krytycznej sytuacji - jeżeli przestrzelisz, jesteś zdany na siebie. Sama rozgrywka przez to stała się lepsza - jest więcej akcji, ponownie występuje syndrom jeszcze jednej walki.

Twórcy zdecydowanie starają się zrobić z MK11 grę turniejową, ale również przystępną dla każdego gracza. Łączenie kombosów, doskonałe bloki, przerywanie kombinacji specjalami, idealne kontry - tego wszystkiego lub przynajmniej części nauczymy się z Samouczka. Tryb ten, chociaż nie bez wad, pokaże zupełnemu nowicjuszowi podstawy gry, a bardziej doświadczonym graczom różne strategie jak - anatomia ruchu (liczenie klatek) czy przewaga przy blokowaniu. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Powraca znane z MK3 wykończenie 'Mercy', czyli przywrócenie przeciwnikowi odrobiny energii by mógł dalej walczyć. Ponownie można wykończyć przeciwnika Brutality oraz oczywiście wizytówką serii - Fatality. Tu oczywiście nie zaszły żadne zmiany - dalej jest krwiście, brutalnie. Postacie są siekane, rozrywane, rozbijane na części, chociaż wygląda to w niektórych przypadkach komicznie. Albo może ja się starzeje i nie robi to już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś. W każdym razie Fatale Johnnego Cage'a rządzą! :)


Your Soul Is Mine


Krypta to dla mnie najlepszy tryb w całej grze, jednak również ma swoje minusy. Przede wszystkim umiejscowienie jej na zniszczonej wyspie Shang Tsunga to strzał w dziesiątkę. W dodatku już na samym początku przygody wita nas jej gospodarz, któremu głosu i wyglądu użycza Cary-Hyrouki Tagawa, czyli aktor który wcielał się w postać czarnoksiężnika w Mortal Kombat The Movie! Taki ukłon w stronę fanów to ja rozumiem. O ile jednak wyspa i zagadki naprawdę zachwycają o tyle jej zawartość już nie. Każda skrzynia to właściwie 'przedmioty jednorazowego użytku' do wież, kolejna zmiana koloru tej samej skórki czy rożne ikonki itp. Gdzie się podziały rysunki koncepcyjne, jakieś nieznane zdjęcia z poprzednich gier, historie postaci tak jak to wyglądało we wcześniejszych grach z serii. 

Modyfikacje - podobnie jak pisałem już w relacji z wersji BETA, to zmieniać u każdej postaci możemy dosłownie wszystko - począwszy od wejścia na arenę, zwycięskiej pozy, maski, ubrań na ciosach specjalnych kończąc. Specjale możemy dobrać i dostosować do własnego stylu walki. Przykładowo gracze preferujący różne juggle na pewno wybiorą jakiś cios specjalny, który ogłuszy przeciwnika, co da mu odpowiednio dużo czasu by rozpocząć atak, a następnie kontynuować kombo w powietrzu. Na specjale mamy trzy miejsca, przy czym trzeba pamiętać, że niektóre, mocniejsze ataki zabierają od razu dwa sloty. Skórek jest naprawdę dużo i chociaż niektóre mają po kilka wariacji na temat koloru, to trzeba przyznać, że jest ich znacznie więcej niż w poprzednich częściach. Na każdą postać przypada po około 5 nowych strojów. Te można oczywiście odblokować w innych trybach - Krypta, Wieże Czasu, Bitwa SI, albo kupić. Celowo ucinam tu już wszelkie oskarżenia do twórców o wprowadzenie mikropłatności. Wszystko kupujemy za zdobyte w walkach żetony, dusze czy serca. Jedyna waluta którą możemy kupić w sklepie za prawdziwe pieniądze to kryształy czasu, ale również je można odblokować podczas normalnej rozgrywki by później wykupić dostępne za nie nowe skórki. Odblokowanie Frost to również dziwny zabieg - można ją oczywiście kupić w Store, ale mija się to z celem gdyż można ją odblokować przechodząc 'Story Mode'. W dodatku gdy spróbujemy najechać na zablokowaną Frost, pojawia się okienko, które informuje nas w jaki sposób możemy ją zdobyć. Nikt tu nie próbuje nikogo oszukać.


I Challenge You!

Tryb Online wreszcie można z czystym sumieniem polecić wszystkim graczom. Gra nie ścina, animacja nie zalicza spadków. Ma się wrażenie, że toczymy walkę z kimś kto siedzi na kanapie obok, a nie na drugim końcu świata. Właśnie tak to powinno wyglądać! Z nowości mamy skopiowaną z 'Injustice' Bitwę SI. Jest to tryb w którym wybieramy trójkę wojowników i wysyłamy ich do walki przeciw innym graczom. Na tym nasz udział się kończy. Nie pytajcie mnie - kompletnie nie rozumiem tego trybu, ani co w nim fajnego. Jest bo jest - ani mnie on grzeje, ani ziębi. Powracają oczywiście Władca Igrzysk oraz klasyczny online 1vs1. Niedługo ma wystartować również Liga Kombat.
Wieże Czasu to kolejna rzecz którą znamy już z poprzednika. Tutaj nieco zmodyfikowane - oczywiście dalej mamy wieże dzienną, jak i te które zmieniają się co kilka godzin. Nowością są wieże postaci - te przywołujemy grając wcześniej wybranym wojownikiem. Po ukończeniu zostajemy obdarowani skórkami i różnymi modyfikacjami dedykowanymi danej postaci. 

 

Flawless Victory

Mortal Kombat 11 pomimo kilku wad już na starcie bije swojego poprzednika. Zachwyca grafiką i niesamowitym, wciągającym gameplayem - zawsze masz ochotę na jeszcze jeden pojedynek. Twórcy jeszcze przed premierą zapowiadali, że będą wspierać MK11 przez kilka kolejnych lat - już zapowiedziano pierwszy Kombat Pack (Shang Tsung!!), a Ed Boon nawet nie ukrywa że będą kolejne. Fanom bijatyk i serii Mortal Kombat nową grę oczywiście polecam - nie zawiedziecie się!

 

petanorech, 2019
Zakaz kopiowania bez zgody autora.
Zapraszam na bloga:
https://ultimatemk.blogspot.com/