Teraz przyszła pora na produkt właściwy. I jeśli TLH był swego rodzaju hołdem dla twórczości Guya Ritchiego, to Blood & Truth kłania się w pas takim kultowym akcyjniakom, jak "Szklana pułapka" czy "John Wick".

"Welcome to the party, pal!"

Nie przesadzam. Naprawdę chwilami możesz poczuć się, jak uzbrojony po zęby twardziel. Ba, są tu sekwencje, które poprzez połączenie epickości i osadzenie gracza w centrum wydarzeń dzięki VR-owi, potrafiły wywołać u mnie prawdziwe ciarki na plecach. Ale zacznijmy od początku... Nazywasz się Ryan Marks, jesteś operatorem SAS i właśnie odbijasz kumpla w akcji na Bliskim Wschodzie. A mówiąc językiem gracza - właśnie zacząłeś strzelaninę "na szynach", jakiej PS VR jeszcze nie widział. Pierwszy, krótki level jest swoistym tutorialem i sprawdza się w tej roli świetnie, przekazując meandry sterowania i zawiązując fabułę. W trybie pilnym zostajesz ściągnięty ze wschodu do Londynu na... pogrzeb ojca. Tatusiowi się zeszło, jest okazja do spotkania w gronie najbliższych - gdy nagle okazuje się, że dobrze prosperujący, rodzinny biznes, jest celem wrogiego przejęcia przez londyński gang. Szybko (i dość brutalnie) poznajesz swój cel numer jeden, ale dotarcie do niego zajmie Ci trochę czasu. Nie będę ściemniał - pierwsza godzina z kawałkiem jest mocno przegadana, jak gdyby twórcy chcieli na siłę zachwycić mnie swoją technologią, mo-capem, choreografią scenek i "realizmem" postaci. Fakt - jak na produkcję VR, pewne detale potrafią zaimponować. Bohaterowie wyglądają i zachowują się świetnie, często mają z Tobą kontakt wzrokowy (czasami dosłownie twarzą w twarz), mimika robi wrażenie, a chociaż Twoja rola ogranicza się do pary rąk na ekranie, niektóre Twoje gesty i ogólna aktywność podczas przydługich konwersacji bywają śledzone przez ruchy gałek ocznych rozmówców. Nieźle.

Wróćmy jednak do sedna. Poznałeś osoby dramatu, poznałeś cele i finalną decyzję: rodzinka nie zamierza siedzieć bezczynnie. Tym bardziej, że Twoja mama to dziarska babka, brat jest narwanym pozerem, a siostra specjalistką od grzebania w internecie. Jak nie Wy ich, to oni Was, więc innego wyjścia nie ma - jako spec z SAS przewodzisz operacji likwidacji gangu. Większość wydarzeń (i do czasu) poznajesz w formie wspomnień, przesłuchiwany przez agenta CIA Carsona (w tej roli świetny Colin Salmon w swej cyfrowej wersji). Tyle znajomości historii wystarczy - w fabule nie znajdziesz ani specjalnej głębi, ani szalonych twistów, ani zadumy nad losem ludzkości. Bo i po co? Jest dokładnie tyle, ile potrzeba, aby przemierzać kolejne miejscówki i kłaść trupem dziesiątki gangoli.

Jak wspomniałem, gra jest shooterem "na szynach", typowym "celowniczkiem" w stylu The London Heist czy Until Dawn: Rush of Blood. Co więcej, połączenie specyficznej mechaniki i przeczesywania lokacji nieustannie przywodziło mi na myśl kultowe Time Crisis czy Die Hard Trilogy (gdyby ktoś w latach 90. pokazał mi Blood & Truth, padłbym trupem z wrażenia). Skąd to skojarzenie? Głównie stąd, że nie masz typowego dla FPS-ów schematu kontroli i wolności poruszania się po lokacjach, a raczej pół-automatycznie przeczesujesz je, eliminując wrogów. Pół-automatycznie, bo sam ustalasz tempo (kamera Cię nie goni, jak we wspomnianych hitach), przechodząc od markera do markera. Miejsca możliwych "przystanków" są oznaczone ikonami i od jednej osłony do drugiej przemieszczasz się, wciskając przycisk. Nie przesz też wyłącznie do przodu, bo bardzo często (np. przy wejściach, skrzynkach na placu, samochodach na ulicy) możesz poruszać się między przeszkodami lewo-prawo (swoiste strafe'owanie), zmieniając pozycje dla zmylenia przeciwnika czy uzyskania lepszego pola widzenia i kąta ataku. Na początku byłem zawiedziony takim rozwiązaniem, ale szybko dotarło do mnie, że tylko taki schemat pozwalał twórcom na odpowiednią kontrolę tempa gry, scen akcji, pewnych epickich wydarzeń i niespodzianek dozowanych graczowi. I finalnie sprawdza się to świetnie.

"Now I have a machine gun. Ho-ho-ho."

Ciemne uliczki, kasyno, lotnisko, teren budowy, magazyny czy nieodzowne dla oldschoolowego filmu akcji przeczesywanie korytarzy i pokojów biurowca. Lokacje są urozmaicone, pomysłowo zaprojektowane, często wielopoziomowe (tak jak wymiany ognia w takich sytuacjach) i świetnie sprawdzają się w ferworze walk. Czasami droga potrafi się rozgałęziać i mamy możliwość wyboru (cel jest finalnie ten sam). Do kontroli najlepiej sprawdza się para różdżek PS Move, które dają niezależność każdej z rąk - a uwierz mi, że to połowa efektu "WOW" w tej grze. Gdybym miał podać jedno słowo, które najlepiej opisuje mechanikę tej gry (i jedną z większych zalet), byłaby to "fizyczność". Mało, że jesteś w centrum wydarzeń dzięki VR-owi, to jeszcze genialnie podbito immersję, dodając "fizyczność" do wszelkich czynności, które w typowych FPS-ach są prozaicznym wciśnięciem przycisku. Gra oferuje mnóstwo sekwencji operowania wytrychem, śrubokrętem, podkładania ładunków wybuchowych, przeszukiwania szafek, wspinania się, podciągania czy czołgania w szybach wentylacyjnych. A dzięki precyzji PS Move wszystko to robisz prawie tak, jak w realu - kręcisz śrubokrętem, wciskasz przyciski paluchami, wytrychami operujesz niezależnie każdą z dłoni, wspinasz się po drabinie, wyciągając ręce i zaciskając obie dłonie na przemian na prętach itd. Ba, aby przeładować broń, musisz jedną ręką sięgnąć do bandoliera na klatce piersiowej i wsunąć magazynek do broni w drugiej ręce. I powtórzyć to dla drugiej - bo oczywiście możesz niezależnie operować parą giwer! Obrzyn i rewolwer? Proszę bardzo. Dwa karabinki? Yippie-Ki-Yay, madafaka! Co więcej, bronie długie możesz trzymać drugą reką za uchwyt podlufowy (lub szynę), co znacząco wpływa na celność, a strzelba to "pompka", która wręcz wymaga aktywności drugiej ręki do każdego strzału. Pomyślano nawet o efekciarskim wyciąganiu zawleczek zębami, kręceniu bronią na palcu czy przeładowaniu poprzez podrzucenie magazynka w powietrze i podstawienie broni. A nieużywany arsenał odkładasz do kabur na udach (pistolety) lub odpowiednim gestem zawieszasz na plecach (broń długa). Groovy!

"Glass, who gives a shit about glass?"

Po przydługim wstępie, przedstawieniu postaci i miejsca akcji, zabawa rozkręca się z każdą godziną. Nabierasz wprawy w tańcu śmierci, a banan na Twojej twarzy proporcjonalnie rośnie. Wbijasz do przeszklonego biura, rozdając serie na lewo i prawo, szyby pękają w drobny mak, sypie się tynk ze ścian, kruszysz elementy wystroju wnętrza, a adrenalina śmiga po Twoich żyłach. Zza rogu wyskakuje para "garniaków" - strzelasz w gaśnicę tuż obok, która eksploduje i w pięknym slo-mo posyła obu frajerów w powietrze. Uruchomiony eksplozją bullet-time to dodatkowe cenne sekundy, aby sprzedać headshota ziomkowi, który właśnie pojawił się w wejściu. Tuż za nim wpada twardziel w kevlarze i hełmie - zamiast tracić na niego 2 magazynki, odpalasz własne slo-mo (tryb Precyzji, ograniczony cooldownem) i strzelasz w 3 wrażliwe punkty, które pojawiają się na jego ciele. Takie swoiste "strzelankowe QTE" w VR... Sceny jak powyżej szybko stają się tutaj standardem, a wcale nie są najbardziej efekciarskimi momentami (których nie zamierzam ofkoz spoilować). Nie nudzą się aż do końca, podobnie jak wspinaczki po ścianach budynków czy pokonywanie rozpadlin, gdy w dole zieje przepaść. Momentami czułem się, jakbym grał w Uncharted w FPP...

A propos - pochwalić trzeba różnorodność rozgrywki. Niektóre miejsca zachęcają do podejścia stealth (na co pozwala wspomniana możliwość przeskakiwania między osłonami, fajnie budując napięcie), jest okazja pobawić się w hakera, śledzić cel na kamerach CCTV czy "przetrzepać" komuś biurko. Nie samą demolką gra stoi (momentami akcja zwalnia aż zanadto), ale nie brakuje też sekwencji "samochodowych", ostrzeliwania się podczas ucieczki, szarżujących motorów, SUV-ów czy helikopterów. Jednocześnie przy scenach największych akcji i emocji, gdzie tempo i celność mają znaczenie, najłatwiej o błędy w ruchach rąk i wynikające z nich problemy (np. z przeładowaniem), co prowadzi do tanich zgonów. Okazjonalnie zawodzi też detekcja ruchów (np. rzucanie granatów) czy dwóch PS Move blisko siebie (np. broń długa, celowanie, przeładowywanie strzelby), a gdy od tego zależy sukces misji, łatwo o frustrację. Gra obsługuje tradycyjnego pada, ale nie polecam - wtedy lewa i prawa ręka (chwytanie) to odpowiednio L2 i R2. Gra zostaje pozbawiona całej tej "fizyczności", wynikającej z niezależnego ruchu rąk (to samo ze strzelaniem, obie giwery celują w ten sam punkt, a przeładowanie to zwykłe wciśnięcie przycisku). Na spadający poziom dubbingu narzekamy od jakiegoś czasu i tutaj nie ma niestety wyjątku - polscy aktorzy grają zbyt teatralnie, a emfaza wychodzi poza skalę (aby uzyskać wersję oryginalną, trzeba zmienić region w konsoli). Cieszą poukrywane znajdźki i sekrety (do znalezienia lub odstrzelenia), przy okazji odblokowują one dodatki do broni (celownik, tłumik itp.), a chęć znalezienia wszystkich czy szlifowanie wybranych misji na maksymalną ocenę może stanowić zachętę do powrotu do gry. Bo niestety zabawa do najdłuższych nie należy i po 5h oglądałem napisy końcowe (i to w trybie Normalnym - bo łatwiejszy tryb Filmowy daje nieśmiertelność i laserowe celowniki do wszystkich broni). Póki co jedyny bonus czekający w menu to "strzelnice" rozgrywane na czas na mapach z gry, ale mają pojawić się też kolejne dodatki.

Blood & Truth to odpowiednik gry AAA dla PS VR i tak ją trzeba oceniać. Wizualnie jest bardzo dobrze (choć, tradycyjnie dla VR, czasami umownie + aliasing potrafi zaboleć), a warstwa dźwiękowa dziarsko dotrzymuje kroku akcji. Interaktywny soundtrack reaguje na wydarzenia, eksplozje i wymiany ognia atakują uszy, a są i chwile na popowe rytmy. Najważniejsze jednak, że nie zawodzi rozgrywka, a sianie zadymy i destrukcji to czysta satysfakcja. Jasne, całościowo nie jest to poziom geniuszu Astro Bota czy Beat Sabera, ale nie o to przecież tutaj chodziło. Jeśli natomiast chcesz poczuć się jak bohater filmu akcji, odstawiając widowiskowe balety w epickich scenach, sprzedając headshoty i kolorując otoczenie juchą wrogów - nie mogłeś trafić lepiej. Na pewno nie na PS VR.