Historia gry bazuje na powstrzymaniu śmiercionośnej rakiety V2 przez amerykańskiego snajpera Karla Fairburne'a w czasach II wojny światowej, kiedy to Armia Czerwonych okupuje Berlin w 1945 roku. W powietrzu czuć wolno opadający pył zrujnowanych budowli, zniszczonych przez toczącą się wojnę, czy wszechobecną pustkę zapełnioną ludzkimi tragediami. Wizja wojennych realiów przedstawiona jest tu w sugestywnych przyblakłych barwach, a na samą myśl o wcieleniu się w zawodowego strzelca z karabinem snajperskim może zrobić się przyjemnie. Zasiadając przed "V-dwójką'' miałem w głowie niemal wszystkie snajperskie klisze, jakie dane mi było przeżyć podczas filmowego seansu, czy wirtualnej rozgrywki, i wielka szkoda, że gra idzie po linii najmniejszego oporu, dając nam w sumie strzelankę z iluzorycznym wyborem na taktyczne działania.

Strzał w czachę

W skład kampanii głównej wchodzi szereg misji, które (tak, zgadliście) polegają na przedostaniu się w konkretne miejsce i wyeliminowaniu ważnej osobistości, od czasu do czasu uzupełniając nasze niekoniecznie ciche harce, podkładanym ładunkiem wybuchowym, czy spotkaniem w cztery oczy z równie bojowo nastawionym co my, czołgiem.
Gra bazuje na niewielkim otwartym terenie działań, prostej mechanice pamiętającej czasy pierwszej Mafii, ze sztywnością ruchów bohatera i błędami sztucznej inteligencji wrogów na każdej płaszczyźnie — z tą różnicą, że do naszej dyspozycji oddano snajperkę. Feeling ze strzelania przez lunetę w oddalony o kilkaset metrów cel jest tu niewyobrażalnie smaczny, podany sosem wolno płynącego pocisku z efektownymi przebiciami przez czaszkę, kości, płuco, w rentgenowskim X-Ray Kill Cam. To wisienka na torcie każdej odsłony Elite. Odpowiednia pozycja, znajomość praw rządzącymi balistyką, poprawka na wiatr, wstrzymanie oddechu, pociągnięcie za spust... I ta satysfakcja, kiedy widzimy, jak pocisk przelatuje autostradę powietrzną, przez różnorakie konstrukcje, okiennice, aż w końcu rozłupuję czaszkę gościa, który nas nękał po drugiej stronie mapy. Bezcenne!

Sniper Elite V2 Remastered #1

Po latach rozgrywka nadal może bawić, co jest nie tylko zasługą wyżej wymienionego aspektu, ale i świetnie skonstruowanych terenów działań, wojennego klimatu i dźwięków rodem ze starych filmów dokumentalnych puszczanych na Discovery Historia. Labirynty zrujnowanych budynków z walącymi się wszędzie cegłami, niemieccy żołnierze krzyczący achtung, oddalone bombowce zrzucające śmiercionośne "piguły'', czy odgłosy zbliżających się gąsienic czołgu. To wszystko tworzy świetną kompozycję wizualno-dźwiękową, z którą rozgrywką umożliwia zestrzelenie granatu przy spodniach żołdaka, podczas gdy ten biegnie, czy zatrzymania konwoju pojazdów za sprawą celnego pocisku w kierunku wlotu zbiornika paliwowego wielkości orzecha włoskiego z odległości 150 metrów.

Życie snajpera

"V2'' z pewnością dostarcza zacięte pojedynki ze zwykłymi szeregowymi, jak i zabawę w ciuciubabkę w alei snajperów. Dostarcza również pewne naleciałości gier z dawnych lat, a niekiedy błędne decyzje autorów, przez co prezentowany tytuł jako całość jest tylko poprawna. Na pierwszy ogień idzie durna inteligencja przeciwników, która przypomina niemal wszystkie ułomności cechujące się w grach wideo.  Głuchota na zabijanego kompana parę kroków dalej to tylko pierwsze z brzegu. Dalej mamy zacięte ostrzeliwanie "ducha'' protagonisty, który ma na celu poinformowanie nas o ostatnio zaobserwowanej pozycji przez wroga, heroiczne bieganie od punktu do punktu, wchodzenie pod lufę, czy luźny spacerek przed ścianą w celu poszukiwania naszej skromnej osoby. No głową muru nie przebijesz, panie! Kolejnym strzałem w stopę jest wykonanie sekwencji typowych dla skradanek, a w sumie zniszczenie ów aspektu w samym jego zalążku. Można powiedzieć, że niejako powinno to być osią rozgrywki, uzupełniająca snajperskie podboje. Co z tego, skoro gościu przed CKM-em jest w stanie zauważyć naszą sylwetkę z kilometra, a sama czynność podduszenia, czy przenoszenia ciała przydaję się...może z kilka razy na całą grę. Już sam brak samouczka o przenoszeniu martwego truchła mógł zwiastować pokpienie tego aspektu przez twórców, więc w sumie byłem ostrzeżony.  

Sniper Elite V2 Remastered #2

Ciężko tu przemykać się między strażnikami, ciężko nawet o jakiekolwiek planowanie pomimo możliwości zaznaczenia pozycji każdego dzięki wykorzystaniu lornetki. Zakres pola widzenia żołnierzy jest zbyt rozległy, pistolet z tłumikiem mało precyzyjny, o samym namierzeniu snajpera, który skrywa się między szczelinami połączenia mebli domowych, nie wspominając. Plus w tym wszystkim jest taki, że gra wymusza na nas precyzyjną celność, soczyste headshoty, a niekiedy rozmyślne podejście wyłączające natarcie na Rambo. Klimat budowany przez strzeliste kościoły, teren rozświetlany piorunami, czy hipnotyzujące potyczki z innymi snajperami pomagają w odbiorze całości jako poprawnej, i tylko poprawnej produkcji nastawionej na klasyczne podejście do snajperskiego rzemiosła — bez zbędnych wodotrysków. Rebellion przy tym postawił na wybrany kierunek, bez zakładanego ghillie suita i chowania się po krzakach, bez deszczowej nocnej aury ze 100% stealth, i bez zdejmowania 5 celów jednym strzałem. Można to cenić, a można ganić. Podpinam to pod indywidualny odbiór.    

Remasterowa bieda

Doszliśmy do najważniejszego pytania z punktu widzenia zarówno świeżego odbiorcy, jak i wielbiciela serii, który chce odświeżyć klasykę na nowym sprzęcie. Czy znaczek "remastered'' zmienia tylko napis na pudełku sklepowym, czy dodaje więcej, niż można było się tego spodziewać? Mówiąc wprost, remaster V2 nie wprowadza zbyt wiele, jednak dalekie jest to od całkowitej fuszery. Oprócz podbitej rozdzielczości dostajemy powrót multiplayera, tryb fotograficzny, dodatkową grywalną postać i pakiet DLC. Z wiadomych przyczyn wersja ta wyciągnięta jest z PC-towego pierwowzoru, więc dla kogoś, kto ogrywał prezentowaną pozycję na swoim blaszaku, nie zauważy wielkich zmian w samych wizualiach. Dlatego też remaster ten w większym stopniu skierowany jest do nowych narybków i  ludzi ogrywających tylko podstawową wersję na konsolach siódmej generacji.

Sniper Elite V2 Remastered #3

Poprawiona grafika to między innymi lepsze cieniowanie, wraz z oświetleniem. Przedzierające się promienie słoneczne, ciepła poświata wytworzona przez ogień, ostry jak brzytwa cień podążający za bohaterem. Twórcy udekorowali mapy, czy to większą ilością cegieł na drodze, czy bujającą się na wietrze roślinnością. Samochody zyskały tablice rejestracyjne, ekwipunek został wypolerowany, a niekiedy natrafimy na podmiankę kolorów, na przykład szary pomnik został przemalowany na brudny zielony. Wydaje się, że większą różnicę zrobiłoby zmodyfikowanie różnych tekstur, zwłaszcza tych tworzących podłoże, otulające budynki. Po tylu latach w oczy rzucają się płaskie powierzchnie i rozpaćkane tekstury przy nawet nie tyle zbliżeniu kamery, ile podejściu do nich. Poprawione zostały efekty trafień pocisków o powierzchnię, wystrzałów, dodatkowo w opcjach jest możliwość włączenia HDR. Mam wrażenie, że największą zmianę dostajemy w postaci...trybu fotograficznego. Pomimo braku możliwości poruszania kamerą w dowolnym kierunku jak na dzisiejsze standardy, to cała reszta (kilkanaście filtrów, ramek, barw) pozwala na odrobinę zabawy w tworzeniu własnej pocztówki z gry. Sytuacji nie poprawia powrót multiplayera. Raz, że graczy nie jest za dużo, to jak na złość nie ma tutaj czynnika motywacyjnego. Brak jakichkolwiek rang, czy rzeczy do odblokowania sprawiają wrażenie trybu, który polega tylko i wyłącznie na "strzelaniu do schowanych kaczek''.

Sniper Elite V2 Remastered #4

Jako gra prezentuje się poprawnie za sprawą mięsistego strzelania z karabinu snajperskiego i lokacjami ociekającymi klimatem. Parę sytuacji jest godnych zapamiętania, jednak grze bliżej strzelaniny ze snajperką w roli głównej, niż wykreowanej na kilku płaszczyznach filmowej otoczki znanej z przeróżnych medialnych źródeł. Bo nie oszukujmy się...wyciągnięcie wersji PC-towej, poprawienie kilku detali i dodanie zawartości dodatkowej, wraz z nudnawym multiplayerem, nie jest niczym jak tylko sprzedawaniem tego samego produktu po "nierozsądnej'' cenie. Z drugiej strony nie jest to również bezczelne podwyższenie rozdziałki, w roli jedynej poczynionej zmiany. Dlatego "pół oczka'' dorzucę dla zachęty, przypominając przy tym, że ocena finalna to w większym stopniu aspekt odzwierciedlający zakres poczynionych prac nad odświeżeniem omawianego starocia, niż dotycząca samej gry, która zasługuje na więcej.