Mimo, że produkcja Wargaming.net jest F2P pełną gębą, to nie liczcie, że zagracie w nią ot tak ładując się do dashboardu, wykonując kilka machnięć analogiem w połączeniu z wduszaniem "A" i siorbiąc herbat w oczekiwaniu aż Wasze łącze internetowe przetrawi te kilka GB, które waży World of Tanks. Gra standardowo działa w oparciu o infrastrukturę Xbox LIVE, co wiąże się z posiadaniem uprawniającej do zabawy online, złotej subskrypcji. To tak słowem wstępu, bo żadnej sensacji tu nie ma - sprawa znana jest od dłuższego czasu i wypada albo pogodzić się z polityką Microsoftu w tym temacie, albo po prostu dać sobie spokój. Kijem Wisły się nie zawróci. Wiem, bo Roger próbował.

Ile mam zapłacić, żeby wygrać?

Przy całym zamieszaniu powstałym wokół jawiącego się nierzadko jako Pay2Win, nie Free2Play systemu, World of Tanks postawić można za wzór, jeżeli chodzi o rozplanowanie mikrotransakcji. Te nie są w żaden sposób nachalne, ani niezbędne do czerpania pełnej przyjemności z rozgrywki. Jasne, wydając nieco pieniążków nabyć można złoto, którego zapas pozwala kupić m.in. czasowe bonusy (mocniejsza amunicja), dodatkowe sloty w garażu, obsadzić prowadzoną maszynę ekipą składającą się z wirtuozów pancernego pola bitwy, co wydatnie przekłada się na efektywność jednostki podczas właściwych batalii oraz sięgnąć po czołgi z segmentu Premium. Te wbrew pozorom nie są wcale niepokonanymi tytanami. Ich wartość przejawia się głównie w znacznym przyroście otrzymywanych w czasie gry punktów doświadczenia i kredytów. Wgryzając się nico głębiej w mechanizmy World of Tanks nietrudno zauważyć, że twórcy włożyli sporo pracy w wyważenie poszczególnych elementów tak, by gracze z pełnymi kieszeniami nie zaburzali balansu rozgrywki. Zaręczam, że poświęcając odpowiednią ilość czasu i nie będąc ostatnią ciamajdą za sterami stalowej puchy z dumnie sterczącą lufą dojść można do wszystkiego nie wydając ani złamanego grosza.

Czołgów tu jak w rosyjskim demobilu

Park dostępnych wirtualnym pancerniakom maszyn to ponad 60 klasyków, które wyprodukowały Stany Zjednoczone, Niemcy i Wielka Brytania pomiędzy latami 30. XX wieku a wojną koreańską. Szczerze powiedziawszy lekką ręką 90% nazw czołgów nic mi nie mówi, ale miłośnicy tematu na pewno spędzą "trochę" czasu na przeglądaniu dostępnych w grze modeli. Zwłaszcza, że deweloper chwali się nie tylko dokładnym ich przedstawieniem w formie wizualnej, ale także przywiązaniem uwagi do takich detali, jak szybkostrzelność i manewrowność w różnych warunkach terenowych.
 
Każde z państw, których reprezentantów zabrać możemy na przejażdżkę po co rusz zasypywanych ogniem mapach, ma osobne drzewo technologiczne, gdzie wydając kredyty i punkty doświadczenia ulepszamy poszczególne jednostki i sukcesywnie odblokowujemy coraz bardziej zabójcze cacka na gąsienicach. Zabawę zaczynamy od tzw. Tier 1, by wydając ciułane środki i punkty EXP na maksa rozbudowywać kolejne segmenty sprzętu aż w końcu dotrzemy do upragnionego Tier 10 i maszyn, które w starciach jeden na jednego bezwstydnie poniżają słabiej uzbrojonych i opancerzonych kolegów. No chyba, że akurat przeciwnik naprawdę z głową korzysta z przewagi, jaką daje większa zwrotność i prędkość "słabiaków", świadomie używając przy tym topografii terenu i elementów zapewniających kamuflaż. Albo po prostu działa w skoordynowanej grupie. Co ciekawe doświadczenie otrzymuje się dwojakiej postaci - punktów, które władować możemy wyłącznie w aktualnie prowadzony czołg i mniejszej ilości uniwersalnej "waluty" do rozdysponowania pomiędzy wszystkie posiadane czołgi.
 
Warto wspomnieć, że zarabiane podczas meczy kredyty nie idą wyłącznie na nasz fundusz majsterkowicza. Po każdej bitwie ponosimy koszty naprawy tej płonącej sterty stali, którą jeszcze przed chwilą śmigaliśmy w poszukiwaniu przeciwników, bulimy za uzupełnienie amunicji i wypłacamy należne załodze wynagrodzenie. Na szczęście to tylko gra wideo i o złodziejskim podatku VAT możemy zapomnieć.

Traf mnie, jeśli potrafisz

Zanim wskoczycie w wir sieciowych zmagań, warto zapoznać się z krótkim, acz treściwym tutorialem. Trening w dosłownie 10 minut wykłada podstawy prowadzenia czołgu i prowadzenia ognia. Resztę szlifów zdobywa się już w ogniu walki. Wargaming.net nie pokpiło sprawy sterowania w konsolowej wersji i nie ma mowy, by ścierać się z klawiszologią lub też rzucać w stronę telewizora całą gamą brzydkich i jeszcze brzydszych słów z powodu irracjonalnych reakcji na wstukiwane w pada komendy. Robota na medal.
 
Zdziwić za to można się już podczas jazdy testowej online, gdy nagle okazuje się, że zapomnieć można o szybkich "fragach", a całość przypomina bardziej szachy niż królujące w multi FPS-y, gdzie czasem aż wypada mieć ADHD. Skuteczność w World of Tanks nie jest wypadkową bezbłędnej celności i tego, jak szybko wciska się prawy trigger. Klucz do sukcesu leży w poznaniu mocnych i słabych stron danego czołgu, umiejętnym poruszaniu się po mapach, dyskretnym rekonesansie i przede wszystkim współpracy w obrębie 15 osobowej drużyny, by osiągnąć cel. Jaki? Anihilację wrogich sił lub przejęcie kontroli nad punktami przeciwnika. Pomykanie po otwartym terenie albo gnanie na złamanie karku, aby tylko ustrzelić oponenta to najszybsza droga do zakończenia gry i wycieczki do menu.

W World of Tanks nie istnieje pojęcie respawn - zniszczenie czołgu równa się zakończeniu danej potyczki. Wymusza to na grającym ostrożność i planowanie następnych akcji, jeżeli chce zdziałać coś więcej niż zaliczyć przejażdżkę pochłaniającym morze paliwa na 100 km blaszakiem. Zawsze przydatna jest też odrobina rozsądku i słuchanie rad podrzucanych przez grę. Przykładowo: nie ma sensu z pasją walić w front wrogich maszyn, gdzie pancerz jest najgrubszy, gdy posłanie kilku pocisków w boki i tył uroczo pustoszy ich wytrzymałość.

To dopiero początek, prawda?

Tradycyjnie na koniec przyszedł czas na narzekanie, wytykanie palcami i gadki w stylu "co to by nie było, gdyby". Zawodem na pewno jest oprawa graficzna, której nie można wprawdzie odmówić czytelności, ale już walorów estetycznych jak najbardziej. Same modele pancernych bohaterów World of Tanks nie budzą grymasu, ale już wykonanie map potrafi wykręcić pysk niczym mefedron. Niby nie chodzi tutaj o wizualne wodotryski i katowanie archaicznych już układów Xboksa 360, ale zdecydowanie można było popracować jeszcze nad do bólu przeciętną, żeby nie napisać słabą, grafiką. Muzyka? Słychać ambientowe dźwięki otoczenia, warkot silnika, wystrzały i ich rozrywające stalowe poszycia efekty. Nowe konsole nie potrafią odczytać plików mp3, to nie ma co wymagać od hełmofonów, by w ich wnętrzu dudnił zagrzewający do walki soundtrack.
 
Drugą sprawą jest uboga zawartość konsolowej wersji pecetowego fenomenu, który oferuje przytłaczająco więcej czołgów i dużo większy wybór map. Tutaj jednak trzeba dać Wargaming.net kredyt zaufania, bowiem sytuacja z kolejnymi aktualizacjami może się poprawiać. W zasadzie nawet bym o tym nie wspominał, ale wystarczy kilka minut w Google, żeby przekonać się z jak okrojoną wersją aktualnie mamy do czynienia.

Kategoria A, przydział do wojsk pancernych

Jeżeli już macie tego Golda, to nie wypada choćby nie sprawdzić darmowego w tym przypadku World of Tanks w akcji. Nie jest to tytuł kierowany do graczy nastawionych na szaleńczą jatkę, skłaniając się bardziej w stronę stonowanego tempa i współpracy pomiędzy spiętymi poprzez Xbox LIVE graczami. Przełknijcie słabą grafikę, nie dawajcie za wygraną po kilku pierwszych porażkach i całkiem możliwe, że zostaniecie z "Czołgami" na dłużej. Dużo dłużej niż pierwotnie zakładaliście. Niby tematyka mnie nie kręci, niby brakuje dynamiki, ale jednak wciąż zdarza mi się odpalić co jakiś czas mecz. Albo pięć. Podobnie chyba ma cała masa graczy, bo serwery aż tętnią "życiem".