Wchodzimy za 3...2...1...

Witamy naszych wiernych fanów w relacji na gorąco z pola walki. Jesteśmy świadkami starcia dzielnych sił E.D.F. z bezlitosnym wrogiem, który pustoszył nasze piękne ulice siedem lat temu (w świecie gry). Uzbrojeni po zęby żołnierze muszą być gotowi na wszystko. Mówiąc „wszystko” mam na myśli „wszystko”, czyli gigantyczne mrówki, gigantyczne pająki, gigantyczne smoki, gigantyczne pszczoły oraz równie gigantyczne roboty i pojazdy mechaniczne. Jak donoszą nasi donosiciele, w ogniu walki znalazło się wielu cywili. Powinni szybko przebierać nogami, bo na polu walki pociski latają w sposób mało skoordynowany. Oto wrażenia naocznego świadka.

 

 

To już 7 lat

Chikyū Bōeigun 4 powitało mnie ekranem wyboru trybu. Mission Mode - klasyczny single player (możecie zaprosić do zabawy drugiego gracza i korzystać z dobrodziejstwa podzielonego ekranu), Online Mission Mode – czyli tryb rozgrywki wieloosobowej (do czterech graczy) oraz Versus Mode – jak nazwa wskazuje jest to pojedynek jeden na jeden. Następnie należy wybrać sobie klasę postaci. Cztery dostępne opcje to Ranger (uniwersalny żołnierz piechoty), Wing Diver (kobieta wyposażona w plecak odrzutowy oraz broń laserową), Air Rider (klasa wspierająca wojaków apteczkami, pojazdami czy nalotami...choć tym to akurat zabija wrogów), Fencer (ciężki wojownik, mogący dzierżyć broń w każdej dłoni). Plusem dzieła Sandlot jest arsenał jaki możecie zdobywać na polu walki – wypada z wrogów. Od karabinów, przez strzelby, po snajperki, wyrzutni rakiet, granaty, tzw. gatling gun, laserowe cudeńka, osłony i wiele innych. Minusem fakt, że korzystanie z nowych zabawek następuje dopiero w kolejnej misji. Uzupełnienie stanowią pojazdy lądowe i powietrzne oraz minimechy. Co najwygodniejsze - amunicja ulega samoregeneracji. Prawda jest jednak taka, że większość gry można ukończyć jedynie w skórze Rangera z bazooką i wyrzutnią granatów w plecaku. Po bojowej konfiguracji - włącznie z kolorem pancerza - możecie zdecydować się na jeden z pięciu trybów męczarni...to jest trudności. Zmiana na wyższy powoduje, że przeciwnicy są znacznie odporniejsi na obrażenia i to w zasadzie tyle.

 


Gdy ekran ładowania w końcu postanowił zniknąć, poczułem się jak osoba wyrwana z kontinuum czasoprzestrzennego. Moim oczom ukazał się obraz sprzed siedmiu lat, gdy tak prezentowały się tytuły z końca szóstej generacji lub początku siódmej. Tym co zabiło wszelkie emocje w mojej osobie była – po pierwsze – powtarzalność. Sama rozgrywka to ciągle to samo. Lądujecie w danej lokacji, strzelacie do wszystkiego co się rusza (w tym ludzi i kompanów, bo jakoś nie narzekają) i możecie zbierać pakunki ze zdrowiem, pancerzem lub bronią. Po usunięciu wszystkich insektów następuje koniec misji. I-TO-WSZYSTKO! Żadnych urozmaiceń – poza dobieganiem do kolejnej chmary wrogów. Całość przypomina wycięty tryb hordy z FPS'a, ale i tak zrobicie sobie większy prezent kupując kilkuletni tytuł z gatunku. Oczywiście, grafika nie jest najważniejszym elementem gier. Gorzej, że w tym przypadku nic nie pełni funkcji zastępczej. Akcję obserwujecie zza pleców bohatera – a dokładniej w planie amerykańskim (do kolan). Animacje prezentują się średnio (a to już komplement). Cywile znikają podczas biegu i oczywiście, gdy umierają. Wrogowie blokują się w ścianach. A budynki w przyszłości będą tworzone w taki sposób, że po „urazie” będą rozpadać się na duże klocki, a następnie ulegać przyśpieszonemu rozkładowi i roztapiać się na oczach widzów. Muszę przyznać, że rozwalanie wieżowców sprawiało mi frajdę...przez jakieś trzy i pół minuty. Najlepszy moment nastąpił, gdy zbliżyłem się do parterowego domu i spojrzałem na szybę. Roztoczył się przede mną piękny widok na...osiedle widziane z góry.

 



To jeszcze nie wszystko. Rozumiem, że w fabułę miały wprowadzić mnie komentarze wojaków i dowództwa, bo żadnego filmowego prologu nie uświadczycie. Nie rozumiem za to, po co, co kilka minut w trakcie pierwszej misji nachalnie przypominano mi, że...od ostatniego ataku insektów minęło siedem lat...i tak w kółko. Jeszcze lepiej wypadają kwestie cywili, którzy krzyczą co jakiś czas dokładnie to samo i co najlepsze – te same kwestie, padają w tym samym momencie, z ust różnych postaci. Jakość pozostałych odgłosów i muzyki sprawiła, że po trzech misjach zrezygnowałem z używania głośników w telewizorze.

Zapewne – w założeniu – siłą gry miał być tryb rozgrywki wieloosobowej. Chciałbym powiedzieć, że to prawda i podczas internetowej potyczki dojrzałem potencjał produkcji Sandlot. Może i tak by się stało, gdyby serwery nie świeciły pustkami jak studencka lodówka pod koniec miesiąca. Przeczucie mówi mi, ze stan ten nie ulegnie drastycznej poprawie po dzisiejszej premierze gry.

 

 

Giń potworze

A wszystko to przez bardzo dobre gry, które podnoszą moje wymagania względem innych przedstawicieli tego medium. I to dlatego, po pierwszych dziesięciu minutach w świecie gry, w głowie rozbrzmiał mi utwór zespołu Bee Gees pod tytułem Tragedy. Na poważnie, z ręką na sumieniu - gdziekolwiek aktualnie jest - muszę przyznać, że to najgorszy produkt z jakim miałem styczność podczas bycia cząstką PPE. Gdybym dostał ten tytuł od kogoś z rodziny, z miejsca zerwałbym wszelkie kontakty. Rozumiem miłość Japończyków do tego typu produkcji, ale ten przypadek jest bardzo słaby i współczuję każdemu kto go nabędzie. Jednocześnie zazdroszczę osobom, które będą w stanie czerpać przyjemność z gry. Czujcie się ostrzeżeni i omijajcie wszelkie supermegahiperultramaksi okazje, bo Wasze pieniądze znajdą lepsze zastosowanie, np. origami. Najlepszą częścią E.D.F 2025 jest plakat, który znalazł się na ostatniej stronie 197 numeru PSX Extreme oraz poniższy zwiastun.