To co na tamte czasy przygotowało Capcom było nieosiągalne dla większości developerów: ta grafika, ten klimat, ta grywalność! RE2 bez najmniejszych problemów wskoczyło u mnie na 1 miejsce w osobistym rankingu gier, kończyłem je dziesiątki, jeżeli nie setki razy i dopiero Resident Evil z numerkiem "4" przejął palmę pierwszeństwa. Od tego momentu zacząłem się zastanawiać jakim sztosem byłaby gra łącząca najlepsze elementy tych dwóch produkcji, czyli klimat, eksplorację oraz fabułę RE2 z kamerą, mechaniką strzelania oraz dynamiką RE4. Teraz, kiedy remake drugiego Residenta w końcu wylądował nie muszę się już nad tym zastanawiać. W zasadzie to nie muszę się już nad niczym zastanawiać, bo gra roz*ebała mi totalnie głowę, a mózg rozsmarowała po ścianach w pokoju.

Ekipa z Capcom znowu tego dokonała, podobnie jak przeszło 20 lat temu, tak i teraz wypuścili na rynek survival horror daleko poza możliwościami konkurencji. Zapomnij o tanich zagrywkach znanych ze współczesnych horrorów, które bardziej przypominają symulator spacerowicza po creepy lokacjach niż pełnoprawną grę. Zapomnij o nudnym czajeniu się w trawie i nasłuchiwaniu niezrozumiałych odgłosów, o chowaniu się pod łóżkiem albo do szafki, o szukaniu baterii do latarki lub o braniu nóg za pas, bo twórcy nie dali Ci żadnej możliwości radzenia sobie z przeciwnikami. Zapomnij o oklepanych skryptach odpalanych co 5 minut i o grze "na jeden raz", bo przy kolejnym podejściu to samo już Cię nie zaskoczy. Wyjaśnijmy sobie jedno - RE2 nie jest grą jakoś niesamowicie przerażającą, ale ma swoje momenty i przestraszyć potrafi, a co najważniejsze: dążąc do bycia dobrym horrorem nie idzie na kompromisy w kwestii gameplay'u. Największą siłą tego remake'u jest to, że udaje mu się zachować tożsamość 20-letniego klasyka, ale jednocześnie mnóstwo rzeczy odświeża, dzięki czemu nawet weterani serii poczują się zaskoczeni. I przede wszystkim jest zajebiście grywalnym tytułem.

"Calm down, Chief. What happened?"

Ponownie mamy możliwość wcielenia się w dwójkę bohaterów. Leon Scott Kennedy to świeżo upieczony glina, który miał rozpocząć swój pierwszy dzień pracy w Raccoon City. Kolo ma dosyć silne poczucie sprawiedliwości, pogodne usposobienie i chciałby ratować wszystko oraz wszystkich (a najlepiej to pięknie i młode niewiasty), daje się go dosyć szybko polubić. Drugą postacią dramatu jest Claire Redfield poszukująca swojego brata Chrisa (głównego bohatera pierwszej części RE), krnąbrna fanka skórzanych kurtek i motocykli. Losy bohaterów tym razem krzyżują się jeszcze przed zawitaniem do miasta, co pokazuje, że śmiercionośny wirus zamieniający ludzi w zombie wydostał się już poza Raccoon City. Oraz to, że nasi bohaterzy są totalnymi idiotami. No bo przecież dlaczego by skorzystać z możliwości zawrócenia, skoro zamiast tego można władować się w sam środek zombie-apokalipsy? :olo: W każdym razie równie szybko co Leon i Claire się spotykają, tak samo szybko zostają rozdzieleni i rozpoczynają walkę o przetrwanie. Czy uda im się ujść z życiem? Czy Claire odnajdzie Chrisa? Czy Leon potarga sobie swoją piękną grzywkę? W jaki sposób w ogóle doszło zagłady miasta? Zapraszam do Raccoon, gdzie czekają wszystkie odpowiedzi. 

Scenariusz generalnie jak to w Residentach, zbyt ambitny nie jest, ale zainteresować potrafi. Mamy tu kilka enigmatycznych postaci, parę ciekawszych wątków, znalazło się nawet miejsce na co bardziej rozczulające sceny. Gorzej z zaskakiwaniem, bo to lepiej moim zdaniem robił oryginał. Weźmy na przykład skorumpowanego komendanta policji, Briana Ironsa, któremu włodarze Umbrelli (czyli firmy oficjalnie zajmującej się produkcją lekarstw, a w rzeczywistości tworzącej i sprzedającej na czarnym rynku mordercze wirusy) przelewali na konto sowite sumki, żeby przymykał oczy na ich niecne występki, a nawet pomagał w prowadzeniu działalności. W klasyku całkiem ciekawie go przedstawili i długo nie było wiadomo co jest z nim nie tak, natomiast remake stawia sprawę jasno od pierwszego spotkania. Podobnie ma się sprawa z Adą Wong, która nie jest już tak tajemnicza jak dawniej i znacznie łatwiej ją rozgryźć. Mniej intensywne są także emocje. Nie chcę mocno spoilerować, napiszę tylko, że jest pod koniec gry smutna, wręcz tragiczna scena śmierci jednej z postaci - te 20 lat temu naprawdę mocno ścięła mnie z nóg. W nowej wersji też jest smutna, ale już nie aż tak. Mniej emocjonalny dialog? Już nie aż tak rozczulająca muzyka? Pewnie też, ale bardziej stawiam na słabsze przywiązanie do bohaterów. W klasycznym RE2 lepiej pokazano rozwijające się więzi między postaciami, dzięki czemu gracz bardziej się do nich przywiązywał, a kiedy ktoś marnie kończył impakt był większy. Wiadomo, że i tak nie o fabułę czy postacie tutaj chodzi, ale mimo wszystko warto o tym wspomnieć. I... to byłby w zasadzie jedyny poważny zarzut w kierunku tej gry.

"Come and get it, I've got what you want! C'mon! Here, this is what your looking for, right?"

Capcom wiele razy zarzekało się, że to nie będzie zwykły remake i faktycznie słowa dotrzymało. Tutaj nie chodzi tylko o ulepszoną do współczesnych standardów grafikę czy dodanie paru nowych elementów. Oni kompletnie zburzyli starą ruderę, a na jej fundamentach zbudowali prawdziwy apartamentowiec. Już odświeżona wersja pierwszej części oferowała sporo zmian, ale tutaj twórcy poszli o kilka kroków dalej zmieniając od podstaw wszystko: od projektu lokacji, przez łamigłówki, nowe pukawki i przeciwników, aż po perspektywę. Największą zmianą bez dwóch zdań jest kamera a'la RE4 czyli standardowe TPP płynnie przechodzące w widok znad barku podczas celowania. Strzał w dychę, dzięki temu rozgrywka jest bardziej dynamiczna i dostosowana do żwawszej eksploracji oraz walki. Wiem, że niektórzy "hardkorowi" fani mają o to ból dupy, bo woleliby sztywne ujęcia zawieszone gdzieś w kątach lokacji, ale szczerze? Chciałbym zobaczyć jak by w takiej perspektywie oświetlali wybrane punkty latarką albo celowali w czułe miejsca na ciele przeciwników. To by po prostu nie przeszło, gra wymaga znacznie większej precyzji niż kiedyś. Jeszcze może niech ponarzekają, na brak przydługawej animacji otwierania drzwi podczas przechodzenia do kolejnego pomieszczenia :) 

Jedno jest pewne - ciężko tu znaleźć rzecz, która zostałaby zmieniona na gorsze, w zasadzie każda modyfikacja jest trafna i służy temu, żeby grało się przyjemniej niż kiedyś. Strzelanie mimo moich wstępnych obaw jednak ma powera. Fakt, początkowy handgun Leona śmiesznie sobie pierdyka niczym pistolet na kapiszony, ale po kilku dopałkach daje radę aż miło, że już nie wspomnę o shotgunie, magnumie czy karabinie, z kolei granatnik Claire sieje takie spustoszenie i zostawia po sobie tak zajebiście wyglądający ogień, że parę razy musiałem przecierać oczy ze zdumienia. Niemniej mimo, że walka jest bardzo przyjemna, to powinno się jej za wszelką cenę unikać. Przeciwników jest sporo, są cholernie wytrzymali (czasem i 5 czystych headshotów to za mało), kolejni potrafią wpadać przez wybite okna (można je barykadować znajdowanymi tu i ówdzie deskami), natomiast amunicja to towar deficytowy i należy ją traktować jak prawdziwy skarb. Czysty survival, jak za dawnych lat. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że gra oferuje trzy poziomy trudności i wszystkie są idealnie zbalansowane: na easy każdy powinien ukończyć grę bez najmniejszego problemu, normal oferuje niezłe wyzwanie, ale cały czas w granicach rozsądku, natomiast tryb hard to już zabawa dla masochistów, gdzie zmarnowanie nawet kilku pocisków może okazać się tragicznie w skutkach, a przy tym pięknie puszcza oczko w stronę fanów dając możliwość zapisywania stanu gry wyłącznie za pomocą specjalnych ribbonów. Finalnie każdy powinien tu znaleźć coś dla siebie i cieszyć się grą na swój sposób. 

Drugim istotnym elementem gameplay'u jest eksploracja. Raz, że jest co eksplorować, bo lokacje są nieźle zakręcone (późniejsze już mniej, ale komisariat czy ścieki to prawdziwe labirynty), a dwa że na każdym kroku jesteśmy do tego zachęcani. Jak już wspomniałem amunicji nie ma zbyt wiele, więc trzeba się za nią rozglądać wszędzie, podobnie jak za medykamentami, z kolei najlepsze skarby wymagają większego wysiłku, np. rozwiązania zagadki. Te na ogół nie są zbyt trudne, ale mózgownicą i tak trzeba przy nich ruszyć. Bardzo spodobał mi się motyw z ciemnią, w której wywołujemy fotki, w klasyku nie była aż tak przydatna, z kolei tutaj bardzo często okazuje się kluczem do rozwiązania niektórych łamigłówek. Nie ma też lekko ze znajdowaniem nowych broni oraz dopałek do nich. Chcesz zgarnąć magnuma lub jakąś istotną część do granatnika? Zapomnij, że będzie sobie leżeć gdzieś od tak na wyciągnięcie ręki. W takiej sytuacji na ogół trzeba przejść przez całą procedurę szukania kluczy, co czasem będzie się wiązać z odwiedzaniem pomieszczeń z naprawdę mocnymi przeciwnikami. Sprawia to, że gracz musi non stop kombinować i układać sobie w głowie ścieżkę, którą najbardziej będzie opłacało mu się przebyć, żeby dostać się do upragnionego itemka. W pewnym momencie komplikuje się to jeszcze bardziej, kiedy do zabawy wkracza wielka, łysa i potężna bestia, która nie spocznie dopóki nie wydusi z Ciebie całego życia.

"But there's something out there...I don't know what it is, but I saw it! Much larger than any of those Zombies and its coming after me!"    

Gra jest pełna przerażających stworów, a tym razem nawet standardowe zombie potrafią przerazić. Ich ryki, sposób poruszania się oraz fakt, że często tylko udają martwe może nieraz przyprawić o gęsią skórkę. Nie będzie chyba wielką przesadą, jeżeli napiszę że to najlepsze zombiaki jakie kiedykolwiek straszyły w grach wideo - po prostu widać ile pracy włożyło w nie Capcom. To już nie zwykłe, powolne przeszkadzajki, które można bez problemu ominąć, a cholernie wytrzymałe i agresywne zagrożenie. Kolejne mutanty stające nam na drodze są jeszcze bardziej przerażające: ślepe, ale mające doskonały słuch Lickery wesoło zasuwające po ścianach i kąsające długim jęzorem, biegające z prędkością światła dobermany, przed którymi nie sposób uciec, stwory w kanałach rzygające kwasem oraz całkowicie nowy typ wroga występujący pod koniec gry. No i oczywiście ON. Ponad dwu i pół metrowa maszyna do zabijania od której odbijają się wszystkie kule i której nie sposób zabić. Pan "X". O ile pozostali przeciwnicy w miarę trzymają się swoich lokacji (chociaż zombie potrafią czasem przejść przez drzwi), tak Mr.X będzie Cię ścigał praktycznie wszędzie. Myślisz, że jeżeli dzieli was ściana, a kolo błądzi gdzieś w pomieszczeniu obok, to jesteś bezpieczny? Nic bardziej mylnego, bowiem zburzenie ściany to dla niego pestka. Jedyna opcja kiedy go zobaczysz to brać nogi za pas, ewentualnie przyczaić się gdzieś i poczekać aż przejdzie dalej (namiastka skradania). Również wbrew temu, że nie potrafi biegać, a waży pewnie z pół tony nie znaczy to, że jest wolny, wręcz przeciwnie. I jeżeli na takiej samej zasadzie będzie funkcjonował Nemesis w RE3 remake, to niech bóg ma nas w swojej opiece :uff: Jeżeli zaś chodzi o starcia z bossami, to one również zostały trochę zmodyfikowane. Fakt, nieco brakuje tu finezji i w dalszym ciągu chodzi o ładowanie w nich znacznych ilości ołowiu, jednak tym razem walki są o wiele bardziej ekscytujące, a ze względu na bardzo mały rozmiar aren również trudniejsze. 

"And to think that taxidermy used to be my hobby..."

Gra naprawdę wiele rzeczy robi dobrze, ale chyba najlepiej wychodzi jej szczucie gracza na każdym kroku ciężkim klimatem. Już oryginał potrafił zdrowo zniszczyć psychikę, jednak tutaj każdy element działa na psychikę jeszcze mocniej. Przede wszystkim lokacje. Zapomnij o czystym i pachnącym komisariacie policji znanym z klasycznego RE2, ten w remake jest mroczny, zasyfiony i wygląda jakby przeszło przez niego tornado... takie rozszarpujące ludzi na kawałki tornado. Hol główny, w którym przyjmowano rannych wygląda teraz jak strefa kwarantanny, wszędzie walają się zakrwawione bandaże, jakieś kroplówki czy resztki po medykamentach; po prostu jeden wielki bajzel, w którym widać że umierali ludzie. Wiele korytarzy tonie teraz w mroku i często jedynym źródłem światła jest nasza latarka, niektóre są częściowo zalane wodą, inne zabarykadowane, natomiast te jaśniejsze miejsca straszą jeszcze ciepłą, spływającą po ścianach krwią. Atmosfera jak się patrzy. Sam posterunek kiedyś służył jako muzeum, dlatego w wielu pomieszczeniach można trafić na rożne klimatyczne eksponaty np. creepy posągi sprawiające wrażenie jakby Cię obserwowały lub... wypchane zwierzęta. Trzeba przyznać, że to idealna miejscówka na horror.

Gra nie szczypie się również w kwestii brutalności. Mijając kolejne zabryzgane juchą korytarze trafiamy na nieszczęśników pełniących feralnego dnia służbę: jednemu brakuje nóg, drugi ma totalnie zmasakrowaną szczękę, kolejny wisi na suficie z hakiem przebitym przez łeb. Wszystkich oczywiście łączy jedno - widać, że zginęli w potwornych męczarniach, a dzięki zaawansowanej grafice bez problemu można dojść w jakich konkretnie. Flaki dosłownie wylewają się z ciał, a mózgi zombie elegancko eksplodują po udanym headshocie. Kozacka jest możliwość dekapitowania stworów, nie ma na przykład żadnego problemu, żeby odstrzelić nieumarłemu nogę lub odciąć nożem ręce, trzeba tylko się upewnić, że jest martwy, bo nawet w kawałkach typek potrafi rzucić się nam do szyi. Jeżeli zaś chodzi o motywy typowo straszące, to na ogół są to jumpscare'y. Ot, czasem Mr.X wbije na wieczorną herbatkę burząc sąsiednią ścianę, czasem Licker spadnie Ci na łeb z sufitu (są bardzo ciche, więc możesz nawet nie zdawać sobie sprawy z ich obecności), a innym razem zombie spróbują wciągnąć przez rozbite okno. Nie jest to co prawda szczyt finezji, ale swoje zadanie spełnia - momentami idzie narobić w gacie.

"So...THIS is what everyone’s been dying for"

Oprawa A/V wgniata w fotel. Fakt, czasem trafią się mniej dopracowane lokacje, ale ogólny poziom grafiki jest bardzo wysoki. Swoje robią szczegóły, miejscówki wręcz toną w detalach, a postacie są wykonane z niesamowitą dbałością. Animacja również nie odstaje, wystarczy zobaczyć jak bezwładnie poruszają się zombiaki, jak kuśtykają na postrzelonej nodze albo jak nieporadnie próbują się doczołgać, kiedy są ich kompletnie pozbawione. Efekty światła i cienia dokładają swoją cegiełkę do tego spektaklu grozy, zwłaszcza widok po wystrzeleniu pocisku z granatnika - to chyba najbardziej dopracowany i realistyczny ogień w grach wideo. Ogromne wrażenie robią rany i to zarówno te otrzymywane przez bohaterów (widać na postaciach ślady zębów albo szponów!), jak i te zadawane stworom (podziwiać można każde cięcie nożem na skórze zombie, a trawiący żywą tkankę ogień to czysta POEZJA). Widać, że Capcom naprawdę postarało się w kwestii oprawy.

Udźwiękowienie również nie odstaje od całości. Bronie brzmią tak jak powinny (ten huk po wystrzeleniu granatu!), a przeciwnicy wyją jak opętani mrożąc nam przy tym krew w żyłach. Voice acting jest jak najbardziej poprawny, chociaż nie ukrywam, że wolałem kwestie w oryginalnym RE - mimo, że bardziej amatorskie, to jednak tam aktorzy wkładali znacznie więcej emocji w wypowiadane słowa. Tutaj tak naprawdę wyróżnia się jedynie kolo podkładający głos pod komendanta Ironsa. Muzyka? Wbrew ogólnej opinii uważam, że jest świetna. Może nie aż tak jak oryginalny soundtrack, ale swoje zadanie spełnia perfekcyjnie i zdecydowanie wpasowuje się w przedstawione wydarzenia. Kilka utworów ładnie wbija się pod czachę, np. motyw w save roomie lub ten podczas starcia ze zmutowanym Williamem Birkinem. Z kolei kawałek odpalany podczas ucieczki przed Mr.X będzie Ci szumiał w głowie jeszcze na długo po skończeniu gry. 

"Get that scum. MAKE HIM PAY!"

Napisałem wcześniej, że nieco za mało emocjonalny scenariusz, to tak naprawdę jedyna poważna wada gry. Niestety, nie oznacza to, że absolutnie wszystko inne zagrało perfekt, bowiem trafiają się i pomniejsze wady. Takie zgrzyty nie wpływające w ogólnym rozrachunku na werdykt, ani nie psujące zabawy, ale jednak zgrzyty. Dziwi mnie zwłaszcza wyrzucenie z RE2 niektórych ikonicznych przeciwników - nie zdradzę o jakich konkretnie chodzi, niemniej ich brak potrafi być odczuwalny. Podobnie jak odczuwalna może być przesadnie wolna animacja biegu postaci. Ok, w poprzednich częściach bohaterzy też potrafili ruszać się jak muchy w smole, ale chyba jeszcze nigdy do tego stopnia. Czyni to walki z niektórymi szybszymi przeciwnikami ciut uciążliwymi, a uciekanie przed dobermanami czy Lickerami to już w ogóle graniczy z cudem. Na minus uznaję sporadyczne segmenty z udziałem innych postaci - zapewne w ten sposób twórcy chcieli jakoś urozmaicić grę, jednak moim zdaniem za bardzo popłynęli. Zwłaszcza etap z Sherry pasuje do tej gry jak pięść do oka, na szczęście jest bardzo krótki. No i nie do końca rozumiem dlaczego przedmioty w inwentarzu nie kasują się automatycznie po spełnieniu swojego zadania, tylko gracz sam musi je wyrzucić. Skoro nie są już potrzebne, to dlaczego nie znikają jak w poprzednich częściach? Taka zagadka do rozwiązania :)

"You're right. This is just the beginning."

Co innego mogę napisać w słowach podsumowujących, jak nie to, że Capcom wystrzeliło na rynek prawdziwą petardę? Grę niby bazującą na znanych zasadach, a przy tym tak świeżą i zaskakującą? Produkcję dopracowaną w praktycznie każdym detalu, mogącą konkurować z najlepszymi tytułami obecnymi na rynku? Remake drugiego Residenta to przykład ogromnego szacunku do materiału źródłowego, ale również do samych graczy. Można było po prostu ulepszyć grafikę, dodać parę detali i wypuścić taką "bezpieczną" grę, ludziom i tak by się spodobało, a pieniążki by wpadły. Developer postanowił jednak pójść znacznie dalej tworząc wszystko od podstaw, jednak nie zatracając przy tym ducha oryginału. To w dalszym ciągu ten sam fenomenalny Resident Evil 2 co przed laty, genialna przygodówka jeżąca włosy na tyłku, ale dostosowana do współczesnych standardów. Może nieco krótka, ale zdecydowanie nadrabiająca żywotnością (4 alternatywne scenariusze, bonusowe tryby, możliwość masterowania ocen i kolejne darmowe DLC w drodze). Czuć władowany w tę grę budżet i wpompowany ogrom ciężkiej pracy, ale co chyba najważniejsze - przede wszystkim czuć, że włożono w nią również SERCE. Jako fan serii jestem zadowolony w 100%, ponieważ Capcom dostarczając ten tytuł spełniło jedno z moich największych marzeń. Na pewno nie jest to gra idealna, ale takich gier nigdy nie było i nigdy nie będzie, zawsze znajdą się jakieś drobne błędy. Stąd też z czystym sumieniem wystawiam pełną dychę i polecam RE2 każdemu, również graczom, którzy nigdy z serią nie mieli do czynienia. SZTOS.