Mam wrażenie, że druga w nocy to idealna pora do rozpoczęcia pisania recenzji Travis Strikes Again: No More Heroes. Bo czy może być lepsza godzina? Człowiek jest od 6 na nogach, za 4 godziny musi wstać, ledwo kontaktuje i w zasadzie to nawet nie do końca jest świadomy tego co robi. Czuję się dokładnie tak samo jak podczas rozgrywki w najnowszą grę Suda51, grę tak dziwaczną, pokręconą, że na dobrą sprawę dziwię się, że potrafiłem ją przetrawić na trzeźwo i przy tym nie zwariować. A może jednak trochę oszalałem? W końcu zaczynam ten tekst o 2 w nocy i cholera wie kiedy go skończę. Niech cię szlag, Travisie Touchdown. 

Przeklęta konsola

7 lat minęło od wydarzeń z No More Heroes 2. Travis postanowił wyjechać na totalne zadupie, zaszył się w lesie w swoim kamperze i wiódł spokojny żywot grając w Hotline Miami. Pech chciał jednak, że odnalazł go Bad Man - ojciec Bad Girl, bossa z pierwszej części NMH. Gdy Ci wdali się w bójkę, konsola Travisa, Death Drive MK II uaktywniła się i wessała ich oboje do świata gry. 
Pokręcone? Jak najbardziej, a to przecież zaledwie minutowe intro gry. Jak się dowiadujemy chwilę później, Bad Man’owi nie zależy najbardziej na śmierci Travisa, a na jego konsoli właśnie. Miejska legenda mówi, że jeśli ktoś ukończy sześć gier na tej nigdy nie wydanej konsoli, jego życzenie zostanie spełnione. Marzenie Bad Man’a? Przywrócić jego córkę do życia. I w sumie z grubsza niewyjaśnionego powodu, Travis postanawia mu w tym pomóc. Aha, gry na Death Drive są niezwykle rzadkie, trzeba więc je najpierw odnaleźć, mają kształt dziwnej kuli, a gracz zostaje wessany do świata ogrywanej właśnie pozycji.

Klimat

Dobra, skoro wiemy już co jest naszym celem, to jak właściwie zamierzamy te gry odnaleźć? Proste, wsiadamy na nasz motocykl i wyruszamy przed siebie, licząc na to, że coś po drodze się napatoczy. I jakimś cudem zawsze nam się udaje uzyskać jedną grę. Serio, jak? Historie opowiedziane podczas ich zdobywania są tak kuriozalne i chwilami tak pozbawione sensu, że zastanawiałem się co ten Suda51 ćpał przy tworzeniu fabuły tej gry. Po zdobyciu kulki z nową pozycją wracamy do kampera, odpalamy ją na Death Drive MK II i przechodzimy. Powtórzyć cykl kilka razy i mamy napisy końcowe.

Poważnie jednak mówiąc, Travis Strikes Again: No More Heroes można określić jako kogel mogel gatunków growych. Każda jedna gra w którą przyjdzie nam zagrać jest w zasadzie osobnym bytem, rządzącym się swoimi zasadami i rozgrywką. Każda z nich ma oczywiście jakiś punkt wspólny (o tym za chwilkę) ale jedna z nich wyróżnia się najmocniej. Mowa o Travis Strikes Back, “przygodowym” trybie gry, który odpala się właśnie po wejściu na motocykl. Jest to wzorowana na stare, DOSowe gry visual novelka w której będziemy się przeklikiwać przez tonę przebijania czwartej ściany, fury puszczania oczka do fanów innych gier Sudy, tony żarcików i garść czarno-zielonych grafik Ani to ładne, ani funkcjonalne, ba, nawet sam Travis żartuje sobie, że gracz nie po to kupił grę akcji, żeby czytać nudne dialogi, ale muszę przyznać, że klimat jaki bije z tej gry wewnątrz gry jest ogromny. Zresztą, klimat to coś co definiuje TSA. Prosto z mostu: gra jest słaba, gry w które przyjdzie nam zagrać są raczej nudne i powtarzalne, grafika nie powala, muzyka jest okej. Ale Klimat…. Klimat przez duże “K” wylewa się z ekranu i to on jest głównym motorem napędowym tej pozycji. No bo jak tu nie można się zakochać w pozycji, w której głupi ekran bootowania Death Drive MK II wygląda jakby był nagrany na starym VHS ? I jeszcze przy starcie wypowiadana jest nazwa konsoli “Death Drive” identycznie do dżingla “SEGA”...

A teraz dodajmy odrobinę machania mieczem...

Skupmy się na chwilę na samych grach, czyli mięsku Travis Strikes Again. Zagramy tu w grę logiczną z przestawianiem budynków i dróg celem odblokowania sobie drogi, platformówkę z elementami przygodówki, wyścigi VR odpalane wewnątrz innej gry(tak, grocepcja jak się patrzy) i w przede wszystkim hack & slasha. Dlaczego przede wszystkim? Bo wszystkie te gry łączy właśnie jeden element wspólny: latanie po mapie i czyszczenie pokoi z kolejnych przeciwników. Nie byłoby to aż tak bardzo złe, gdyby nie fakt, że jest cholernie powtarzalne i niewiele wnosi do samej rozgrywki. Ot, biegamy po mapie w rzucie izometrycznym, używamy słabego i silnego ataku, czasem zrobimy unik, czasem skoczymy i w sumie tyle. No, nie do końca tyle bo w grę wchodzą jeszcze zdobywane co jakiś czas chipy ze specjalnymi umiejętnościami które mają swój cooldown, co by to wprowadzić odrobinę taktyki do rozgrywki. Dodatkowo nasza postać (bo możemy wybrać czy gramy Travisem czy Bad Manem) zdobywa punkty doświadczenia i możemy jej zwiększyć poziom.

Elektryczny miecz Travisa przy każdym szlagu traci energię, więc co chwila będziemy musieli też, ekhm, trzepać Joy-Conem (albo konsolą lub pro controllerem, aczkolwiek przy Joy-Conie najlepsza wczówka hehe) by go naładować. Do dyspozycji mamy jeszcze dodatkowy mocarny atak po naładowaniu paska, trzeba jednać brać pod uwagę to, że gdy otrzymamy obrażenia, pasek ten się zmniejszy. I to tyle w sumie jeśli chodzi o główny trzon rozgrywki. Aha, gra wspiera również lokalnego co-opa na 2 graczy. Pozostałe części składowych są albo w porządku albo po prostu średnie. Zdecydowanie najmniej podobała mi się wspomniana gra przygodowo-platformowa w której co rusz lataliśmy od drzwi do drzwi celem znalezienia tych odpowiednich i ukończenia etapu platformowego. Najlepiej wspominam wyścigi VR a’la TRON, ale tych znowu było szalenie mało… Doceniam pomysł jaki stał za tymi grami, po prostu wykonanie jest raczej średnie.

Klimat (znowu)

Znowu muszę wrócić do zachwycania się klimatem, sorry, taki mamy klimat. Jest fantastycznie. Do gier dołączane są krótkie artykuły z gazety, ze screenami i kodami do użycia w odpowiednich miejscach, są opisy i mini recenzje. Podczas przechodzenia poszczególnych gier będziemy zbierać całą masę monet do wykorzystania potem w sklepie internetowym z koszulkami z motywami z innych gier indie. Będziemy mogli kupić koszulki np. z nadrukiem Hollow Knight, Dead Cells, Hotline Miami, SUPERHOT i wiele wiele więcej. Malutka rzecz, ale niezwykle cieszy. No i mimo wszystko trzeba przyznać, że te różnorodne gry ze swoimi unikalnymi intro (raz nagrane, pastiszowe wideo, raz staroświecki render rodem z początków ery 3D, innym razem porządny pre-render), pomysłami na siebie, dialogami i bossami również robią robotę. I naprawdę żal, że graficznie gra prezentuje się raczej słabo, a ścieżka audio nie powala jakoś specjalnie. Dodatkowo wszystkie dialogi w grze, poza intro i outro nie są mówione. 

Konkluzja 

Travis Strikes Again: No More Heroes to twór niezwykle dziwny. Z jednej strony jest to po prostu średnia gra która nie ma prawa zachwycać, a z drugiej strony jest to gra która ocieka klimatem. Gdyby dopracować poszczególne elementy, gdyby wszystko dopieścić, to byłaby to naprawdę porządna gra. A tak… Cóż, może w sumie o to chodziło autorowi? Kto go tam wie…