Słowo New w nazwie gry jest dość przewrotne, bo ta podseria tak naprawdę nie podąża za nowościami jak główne odsłony cyklu z Super Mario Odyssey na Switcha na czele. Ona wręcz kultywuje miłość do starego, dwuwymiarowego Mariana. W czasach, gdy wysokobudżetowe platformówki 2D to melodia przeszłości a niszę zagospodarowały przede wszystkim indyki, jest to dla fanów gatunku nie lada cukierek. Jasne, skoro wytykamy wydawcom odgrzewanie kotletów z PS3 i X360 na nowe systemy, to samo należałoby wytknąć Nintendo w przypadku masowego przerzucania gier z WiiU na Switcha. Tyle tylko, że te gry praktycznie nic nie straciły na grywalności i byłoby grzechem zostawić je na WiiU, konsoli, która nie zawojowała rynku i wielu graczy ją po prostu ominęło.

Przyjemne deja vu

New Super Mario Bros. Deluxe U na Switcha jest więc niemalże tym samym tytułem co ponad 6-letni New Super Mario Bros. U na WiiU. Niemalże, bo dostaliśmy też wyższą rozdzielczość (1080p), nowe grywalne postacie (o nich za chwilę) i garść kosmetycznych zmian na poziomach do wyłapania dla ortodoksyjnych fanów. Grę dopakowano też o wszystkie dodatki i rozszerzenia zamykając w jednym, zgrabnym pudełku. Mowa tu przede wszystkim o dodatku New Super Luigi U z pakietem zremiksowanych poziomów, w którym bohaterem jest zgodnie z nazwą mniej znany i zwrotny z braci a poziom trudności wyciska nas tu jak cytrynę. Łącznie daje to 164 levele wypełnione masą ukrytych przejść prowadzących do opcjonalnych mini-gierek, monet i sekretów.

Owszem, tak jak w pierwowzorze dostępny jest kontrowersyjny tryb Super Guide, który w przypadku zacięcia się automatycznie ukończy za nas poziom, jednak wówczas zapomnijcie o jego wymasterowaniu. To musimy już zrobić bez pomocy konsoli, a gwarantuję Wam, że przy niektórych znajdźkach trzeba będzie się sporo namęczyć. Wspomniałem na początku o nowych postaciach, choć żeby być precyzyjnym nowa jest tylko jedna - Toadetta - dostępna od samego początku. Dziewczyna ułatwia mocno zabawę i docieranie do trudno dostępnych miejsc zwłaszcza po przemianie w Peachettę. Drugą z grywalnych postaci, z którą życie staje się jeszcze prostsze jest Nabbit - „nietykalny” dla wrogów. Z usług typka możemy skorzystać teraz we wszystkich poziomach w przeciwieństwie do wersji na WiiU, gdzie z tego co pamiętam zasuwał tylko w levelach z DLC. 

Marian pełną gębą

Co poza tym? Jest tu wszystko za co pokochaliśmy dwuwymiarowego, klasycznego Mariana i masa nowych rozwiązań urozmaicających zabawę. Checkpointy, liniowe poziomy, łykanie setek monet, wciskanie się w rury, charakterystyczne sample dźwiękowe (tutaj wjeżdża pamiętna muzyczka z Pegasusa, słyszycie ją teraz w myślach?), specyficzne walki z bossami, poziomy podwodne, zabawa percepcją, łykanie kwiatków, grzybków i innych używek, jazda na grzbiecie Yoshiego (czy możliwość skorzystania z pomocy jego dzieciaków), strój wiewiórki pozwalający na czepianie się ścian i wiele, wiele więcej. Każdy świat jest na swój sposób wyjątkowy, ze zróżnicowaną paletą barw i znanymi przeciwnikami w uwspółcześnionej wersji. Design poziomów to po prostu metka Nintendo, z którą ciężko dyskutować. Nie uważam, że jest to najlepsza „dwuwymiarowa" platformówka na rynku, bo scena indie przez te 6 lat od premiery poszła mocno do przodu, ale jest to znakomity przykład tego jak można unowocześnić i podać w złotej zastawie starą formułę. 

W przeciwieństwie do czasów świetności Pegasusa, zabawę możemy uskuteczniać łącznie we cztery osoby, choć chaos jest wówczas nieprzeciętny. Ale właśnie w tym celu mamy specjalne tryby zmieniające ciężar zabawy - Coin Battle, Boost Rush oraz Challenge. W tym pierwszym cztery osoby rywalizują o to, by zebrać jak największą ilość monet, w drugim trzeba jak najszybciej ukończyć plansze borykając się ze spowolnionym scrollingiem ekranu trzeci zaś to cały kubeł wariacji rozgrywki gwarantujący masę radości. Skakanie po głowach przeciwników bez dotykania ziemi to tylko jeden z przykładów. Dodam, że kompaktowe rozmiary Switcha to dla tej gry błogosławieństwo. Gdy w pociągu TLK na dwóch Joy-Conach łykamy monetki czas leci jak w Pendolino.  

Osobom, które nie miały z grą kontaktu na WiiU trochę zazdroszczę. Skopanie kolejny raz tyłka Bowserowi to już niemalże obowiązek każdego szanującego się gracza, a "Brzoskwinka" sama się nie uratuje, prawda? Mimo iż ograłem dość solidnie pierwowzór do gry wróciłem z nieskrywaną radością, chociaż nie da się ukryć, że nowości jest zdecydowanie za mało, by zadowolić kogoś, kto na pierwowzorze zjadł wszystkie zęby.