W skład wymienionej we wstępie składanki wchodzą remastery trzech tytułów, wydanych pierwotnie na PS3 (a później, z pewnymi poprawkami, także na PS Vicie), czyli Atelier Rorona DX, Atelier Totori DX oraz Atelier Meruru DX. Odnośnie Rorony mamy tutaj do czynienia z odnowioną wersją rozbudowanej i poprawionej edycji „Plus”, a nie pierwszego, dość surowego pod względem mechaniki wydania z „chlebaka”. Można zadać sobie pytanie, czy był większy sens ponownego wypuszczenia na rynek tych tytułów? Był, ponieważ niedługo do sklepów trafi czwarta część cyklu  Arland – Atelier Lulua, więc zamiast trylogii będziemy mieć tetralogię i przyszłym kupującym, których arlandzkie przygody jakoś ominęły warto przekazać co stracili, a przy okazji okrutnie obedrzeć ich z pieniędzy.

Atelier Meruru The Apprentice of Arland DX PS4 #1

Skoro wszystkie trzy gry są do siebie podobne, fabuła cały czas związana jest w mniejszym bądź większym stopniu z królestwem/republiką Arland, a losy głównych bohaterek ostatecznie krzyżują się ze sobą, postanowiłem zrecenzować cały pakiet zamiast pojedynczych części. Owszem występują  pewne różnice w mechanice rozgrywki: Atelier Roronie bliżej tytułom dungeon-crawlerowym, Atelier Totori mocno stawia na eksplorację rozległego świata, a Atelier Meruru oferuje pewną nutkę zarządzania, ale sedno zabawy pozostaje wciąż takie same.

Nie musisz być uroczą dziewczynką, by studiować alchemię, ale to pomaga.

Scenariusz każdej odsłony prezentuje nam losy jednej z uroczych dziewczątek, chcących parać się trudnym rzemiosłem alchemicznym. Zaczynamy od niezdarnej i niespecjalnie bystrej Rololiny Frixel zwanej Roroną, praktykującej u swojej mistrzyni Astrid. Niestety Astrid jest leniwa, przez co pracownia cienko przędzie i wisi nad nią groźba zamknięcia, więc na barki niedoświadczonej Rorony zrzuca ona zadanie uratowanie całego interesu oraz własnej skóry. Ma bowiem przez 3 lata realizować zamówienia zlecane przez króla, a jeśli zawiedzie obie panny zostaną wygnane z Arlandu. Następnie przyglądamy się poczynaniom młodziutkiej Totoorii (Totori) Helmold z nadmorskiej wioski Alanya, która zainspirowana umiejętnościami Rorony również chce rozwijać swoje zainteresowania alchemiczne. Dzięki wymuszonej zgodzie najbliższych wyrusza w świat zdobywać wiedzę, a także poszukiwać prawdy o dawno zaginionej matce.

Atelier Meruru The Apprentice of Arland DX PS4 #2

Jako już młoda kobieta Totori ostatecznie osiedla się w królestwie Arls, gdzie zostaje mentorką nastoletniej księżniczki Merurulince (Meruru) Rede Arls, której państwo ma wkrótce zjednoczyć się z republiką Arlandu. Księżniczka dając przykład mądrego patriotyzmu, (albo, gdy jest się Polakiem, zdrady narodowej), chce tak rozwinąć gospodarczo swój kraj, by Arls weszło do unii jako pełnoprawny partner, a nie jako zapyziała prowincja. Jak jednak tego dokonać, gdy państwo biedne i w całkowitej ruinie? Oczywiście przy pomocy alchemii, ale najpierw trzeba przełamać opory własnego ojca.

Jeśli miałbym wybierać, która z tych historii jest najciekawsza to są to zdecydowanie przygody Totori, ponieważ dużo w niej interesujących wątków i spora liczba zakończeń pomimo mało wyrazistego początku. Sama Totori jest też najlepiej napisaną bohaterką z całej trójki, zachowuje się bardziej naturalnie, mniejsza z niej niezdara niż z Rorony i bardziej dojrzała niż Meruru. Nie oznacza to oczywiście, że pozostałą dwójkę dziewcząt należy spisać na straty, bowiem perypetie obu panien śledziłem z zainteresowaniem często parskając śmiechem. A co do treściwości samej fabuły, trzeba niestety przyznać, że w Atelier Rorona dostaliśmy jej najmniej, w pozostałych częściach jest nieco lepiej, jednak jak wiadomo gry z serii Atelier rzadko kiedy posiadały rozbudowaną historię. Mimo to w trakcie grania spotykamy sporą plejadę ciekawych i śmiesznych bohaterów pobocznych, w tym kilka postaci mocno rozpoznawalnych przez fanów jak Sterk, Cordelia, Esty, Pamela czy Mimi.

Atelier Rorona  The Alchemist of Arland DX #1

W każdym razie każda część może pochwalić się przyjemną historią pełną humoru i czasem lekkiego fanserwisu, a także treści, które dzisiaj ciężko by przeszły jak na przykład pędzenie alkoholu przez nasze nieletnie dzierlatki. Z drugiej strony to nic niezwykłego na tle zamierzchłego początku cyklu, gdzie główna bohaterka zagłuszała stres winem i zażywała środki wspomagające.

Życie alchemiczki to sama radość, nawet jeśli czasem coś wybuchnie nam prosto w twarz

Wprawdzie pod względem mechaniki rozgrywki poszczególne tytuły trochę różnią się między sobą, o czym już pisałem. ale sednem zabawy wciąż pozostaje tworzenie nowych przedmiotów, zbieranie składników i walka z potworkami stającymi nam na drodze. Wszystko to, chociaż wygląda dość prostacko jak na nasze czasy, okazało się szalenie wciągające, o wiele bardziej niż przekombinowane najnowsze odsłony cyklu. Posiadamy kocioł, do którego według przepisu wrzucamy potrzebne składniki, by otrzymać żądany przedmiot i jedynie czym musimy się przejmować to szansami powodzenia, zależnymi od poziomu rzemiosła danej dziewczyny oraz ilości jej punktów MP.

Niestety tak jak w przypadku oryginalnych wersji wciąż nie ma tu opcji wrzucania do gara losowych ingrediencji i czekania, co z tego wyniknie, lecz z nawiązką wynagradza tą niedogodność ustalanie właściwości danego przedmiotu, dzięki czemu zmieniamy jego parametry. Ma to znaczenie, zwłaszcza gdy majstrujemy przy bombach, środkach leczących, czy komponentach do wyrobu broni/zbroi oraz także przy wykonywaniu zadań pobocznych posiadających dodatkowe warunki. Praktycznie wszystko musimy tutaj osiągnąć pracą własnych rąk, ale dzięki  przejrzystym zasadom szybko nabieramy wprawy w rzemiośle alchemicznym dającym wiele satysfakcji. Owszem, ktoś powie, że to sentyment, ale już wcześniej taka formuła się sprawdzała, ale o dziwo sprawdza i teraz.

Atelier Rorona  The Alchemist of Arland DX #2

Wracając do sprawy zbieractwa i walki. Nasze ślicznotki potrzebują dużej ilości różnorakich składników. Niestety w mieście można znaleźć tylko niewielki ich asortyment, nie ma więc rady - trzeba wybrać się na dłuższe wyjście w teren. Mimo iż dziewczyny są dosyć zręczne w boju, to grasujące na polach, w lasach, jaskiniach itp. dzikie zwierzęta stanowią dla nich śmiertelne zagrożenie. Początkowo nawet samotne odwiedzenie pobliskiego zagajnika to proszenie się o szybkie zejście z tego świata, więc pomoc przyjaciół wciąż bywa kluczowa dla  przetrwania. W Atelier Rorona wprawdzie trzeba było zapłacić za taką przysługę, ale później zrezygnowano z tego elementu, co się chwali. Najważniejsze jednak, iż każdy wojak posiada indywidualny styl walki, umiejętności oraz ekwipunek, więc chociażby z ciekawości (i scenek przerywnikowych) warto systematycznie zmieniać członków drużyny.

Nadal jednak, pomimo pewnej poprawy, drażnią spore różnice w wyszkoleniu bojowym naszych towarzyszy, bowiem zdarza się, że niektórzy na dalszym etapach rozgrywki są zbyt słabi, by brać ich ze sobą. Można wprawdzie próbować forsownym treningiem zniwelować tą przepaść, lecz nie zawsze przynosi to efekty, więc należy przypuszczać, że to celowy zabieg twórców, z którego jakoś nie chcą się wycofać. Cóż taki już urok tej trylogii, chociaż prawdopodobnie chciano nie dopuścić, by starcia stały się banalne.

Atelier Totori  The Adventurer of Arland  DX #1

Mimo tych starań same bitwy trudno zaliczyć do wymagających, jeśli tylko nasza alchemiczka niesie w koszyku odpowiednią ilość niespodzianek, a dwójka jej ochroniarzy posiada przyzwoitą broń. Wszystko odbywa się w tradycyjnym trybie turowym, przy akompaniamencie rzucanych bomb, szczęku broni i błysków ataków oraz strojenia śmiesznych min oraz wesołych bitewnych póz. Po nabiciu odpowiedniego paska wzywamy poza kolejką któregoś przyjaciół jako ochronę bądź asystę i to właściwie wszystko. Trzeba niestety przyznać, że starcia chociaż posiadają swój staroświecki urok, dzisiaj niektórym graczom mogą wydać się archaiczne i nazbyt uproszczone, aczkolwiek przewija się kilka nadprogramowych bossów (m.in. smoki) potrafiących napsuć krwi, na których bez specjalnych przygotowań lepiej nie wyruszać. Jednak miejscowa flora i fauna nie są naszymi największymi wrogami, ale czas. Wprawdzie jeśli chodzi o Atelier Roronę nie trzeba się nim specjalnie przejmować, ale później musimy kalkulować nasze poczynania, bo niemal każda  czynność powoduje jego upływ, czy to będzie alchemia, zbieractwo czy walka.

Chcąc zobaczyć najlepsze zakończenia, opcjonalne scenki albo splatynować daną grę trzeba planować z wyprzedzeniem i liczyć się z tym, że nagłe wydarzenie może popsuć nam szyki. Mnie osobiście presja czasu nie przeszkadzała, bowiem nadaje głębi rozgrywce, lecz jeśli ktoś nie lubi ścigać się z kalendarzem będzie miał pod górkę. Rozwój postaci zachodzi jak standardowy jRPG przystało automatycznie, dzięki zdobywanym punktom doświadczenia. Niestety odnowione wersje gier nie oferują żadnej dodatkowej zawartości ponad to, co już było obecne na PS3/PS Vicie podobnie jak bonusów z Atelier Rorony dostępnej na Nintendo 3DS. Szkoda.

Dobrze wykonane zadanie i wszyscy zadowoleni

Jako że mamy do czynienia z remasterami, największe, a właściwie jedyne zmiany w stosunku do oryginałów widać po oprawie graficznej. W sumie twórcy okazali się dość leniwi i podkręcili jedynie rozdzielczość do Full HD i 60 klatek. Nadal jednak oglądamy ładne i ze smakiem zaprojektowane kolorowe awatary postaci, którzy podobnie jak bohaterowie niezależni bądź nasi przeciwnicy wciąż prezentują się świetnie pomimo upływu lat. Również ulice miast i wnętrza budynków pod względem wizualnym nadal przyciągają oko nadające grom bajkowy, przygodowy klimat dzięki komiksowej/animowanej kresce. Ciut gorzej bywa z plenerami, jaskiniami  ruinami i tym podobnymi lokacjami, które często straszą pustkami w wystroju, chociaż są od tej reguły chlubne wyjątki.

Atelier Totori  The Adventurer of Arland  DX #2

Bardzo dobre wrażenie natomiast sprawiają dwuwymiarowe pełne szczegółów sylwetki bohaterów oraz tła oglądane podczas dialogów, przy czym wydają się zawierać w sobie więcej życia niż modele 3D obecne w najnowszych Atelierach. Rzecz jasna nie ma róży bez kolców, bowiem zdarzają się sporadyczne przekłamania graficzne, a niektóre elementy oprawy jak chociażby plansze treningowe po podniesieniu rozdzielczości są po prostu brzydkie, lecz to tylko szczegóły. Na wesołą atmosferę w grach mocno wpływają znakomite ścieżki dźwiękowe, chociaż różne od siebie, ale szybko wpadające w ucho i wywołujące uśmiech na twarzy. Szkoda tylko, że nie zniwelowano różnic między dubbingiem angielskim i głosami japońskimi, pierwszemu wprawdzie ciężko coś zarzucić, ale wybierając drugą opcję mamy więcej tekstów mówionych, zwłaszcza w Atelier Meruru.

Trzeba przyznać, że studio Gust przy remasterowaniu alchemicznej trylogii Arland poszło po najmniejszej linii oporu odświeżając jedynie oprawę wizualną, nie dodając właściwie nic nowego. Tym niemniej tytuły te nawet po latach wciąż stanowią niezłą gratkę dla wielbicieli rzemiosła alchemicznego, a obcowanie z nimi nadal sprawia sporo radości i satysfakcji. Polecałbym jednak zakup pakietu raczej osobom, które ze wspomnianą trylogią nie miały jeszcze styczności. Naprawdę warto to zrobić nim pojawi się Atelier Lulua, ale wydanie naraz niemal czterech stówek potrafi mocno zaboleć.