Trzy warianty, jedno wydanie

Wprawdzie marka Yo-Kai Watch nie posiada wprawdzie takiej popularności jak Pokemony, ale gry na niej oparte i tak robią furorę wśród posiadaczy konsolek Nintendo 3DS. Przymilne, śmieszne i czasem łobuzerskie stworki, nie licząc spin-offów, przyjdzie nam oswajać po raz trzeci. To nic, że od premiery japońskiej minęło niemal trzy lata, Level 5 wciąż pokazuje, że ich tytuły się nie starzeją, nawet jeśli sam handheld jest już wiekowy. Wielbiciele serii trzymający rękę na pulsie pewnie spodziewali się, podobne jak w Japonii wydania tytułu w trzech wariantach: Tempura, Sushi i Sukiyaki. Na szczęście w Europie dystrybutor poszedł nam na rękę i upchnął całą zawartość w jednym wydaniu, więc nic nas nie ogranicza w łapaniu wszystkich dostępnych yo-kai. Czas więc wyruszyć do Ameryki, by sprawdzić jak tam się sprawy mają, jeśli chodzi o bogactwo gatunkowe naszych stworków.

Dlaczego do Ameryki, a dokładniej do parodiującego ją kraju zwanego BBQ? Ano dlatego, że tym razem dostaliśmy dwudzielną historię, ale bez obaw Japonii – Springdale również nie opuścimy. Znany z poprzednich odsłon chłopiec imieniem Nate wraz rodzicami, a także swoimi yo-kai – Jibanyanem i Whisperem przeprowadza się do wspomnianego BBQ, a dokładniej miasta St. Peanutsburg (Orzeszkowo, heh). Niestety dawne medaliony już nie działają, więc przyjdzie mu eksplorować zastaną mieścinę w poszukiwaniu nowych, śmiesznych potworków. Przy okazji wplątuje się w aferę związaną z katastrofą UFO oraz tajnymi agentami Archiwum Y.  W Springdale natomiast kierujemy losami Harley – dziewczyny mającej fioła na punkcie ulubionego anime. Właśnie poluje na figurkę ulubionej bohaterki, ale w zamian wpada jej w ręce tytułowy zegarek – Yo-Kai Watch wraz królikopodobnym zwierzakiem. W zamian za pomoc w odnalezieniu opiekuna obiecuje on niespecjalnie lotnej nastolatce nagrodę w postaci wspomnianej figurki ulubionej idolki.

Jak widać opowieść do specjalnie rozbudowanych nie należy ani pod względem wątków ani długości, jednak oferuje to czego fani oczekiwali, czyli sporo humoru i absurdalnych sytuacji. Rozśmieszyły mnie zwłaszcza nawiązania do serialu „Z archiwum X” oraz nieco zwieśniaczona, charakterystyczna dla południowych stanów USA wersja języka angielskiego, używana przez mieszkańców St. Peanutsburg.

Przeprowadzka do Orzeszkowa

Nowe miasto to oczywiście nowe yo-kai, jedne bardziej, inne mniej zabawne, ale wszystkie warte oswojenia. W każdym razie losy obydwojga bohaterów śledziłem z przyjemnością, aczkolwiek widać tu pewną asymetrię, bowiem scenariusz Nate’a bardziej przyciąga uwagę niż dziewczyny, z drugiej strony, kto się przyzna, iż lubi wcielać się w rolę głupiutkiej, geekowej gimnazjalistki?

Jeśli chodzi o rozgrywkę nie zmieniło się aż tak wiele od poprzednich odsłon, jak można by się na pierwszy rzut oka spodziewać. Owszem nowe miasto oferuje nowe lokacje i nowych rezydentów, oraz nieco drobnych ulepszeń, ale rozgrywka wciąż polega na eksploracji, braniu udziału w minigrach (często związanych z jedzeniem) i co najważniejsze walkach, by zwerbować kolejne stworki do naszej gromadki. Szukamy ich przy pomocy radaru, lecz nim jeszcze dojdzie do walki musimy takiego delikwenta osłabić przy pomocy nawet wciągającej, pomimo swojej prostoty, minigierki. Dopiero później oswajamy go poprzez pojedynek z nim, który toczymy w stylu dającym się grubsza określić jako taktyczno-zręcznościowy, no bo owszem nasze stworki same młócą oponentów, ale my dzierżąc stylus dowolnie przesuwamy je po planszy i wydajemy proste rozkazy. Element zręcznościowy natomiast oparty został o QTE, więc jeśli jesteśmy wystarczająco szybcy, aktywujemy widowiskowe ataki specjalne.

Pewnym interesującym novum jest wspieranie się trójki naszych wojaków. Na planszy 3x3 możemy na przykład ustawić 3 medaliony obok siebie, bądź jeden za drugim i uzyskiwać różnorodne efekty. Wliczając w to fakt, iż da radę zwerbować ponad 600 yo-kai, mamy na czym eksperymentować. Zbierając to wszystko do kupy otrzymujemy obraz świetnej zabawy ze sporą głębią pomimo stosunkowo prostych założeń. Ponadto poziom trudności poszedł nieco w górę, więc zdarzają się pojedynki mogące napsuć krwi, lecz zależy to od tego jakim składem walczymy. Rzecz jasna, jak przystało na jRPG-owy tytuł nasze chowańce zdobywają punkty doświadczenia stając się coraz potężniejsze.

Stare, ale jare

Jak na Nintendo 3DS i pomimo kilku lat na karku oprawa wizualna prezentuje się wyśmienicie. Cel-shadingowa grafika jest w miarę ostra, szczegółowa i pełna barw, modele postaci natomiast są duże, chociaż lekko karykaturalne, wszystko przypomina nieco taki tytuł jak Inazuma Eleven. Natomiast sama animacja jest płynna i nie przycina nawet w trakcie. W sukurs grafice przychodzi muzyka pełna wesołych brzmień z rozkładającym na łopatki utworem tytułowym. Niestety łyżkę dziegciu stanowi angielski dubbing, jest go zbyt mało i pojawia się nieregularnie. Poza tym zgrzytem jednak pełen profesjonalizm.

Chociaż wielu pewnie z utęsknieniem wyczekuje już Yo-Kai Watch 4 na Nintendo Switch warto umilić sobie czas grając w trójkę. Stanowi ona znakomity powód, by znów na jakiś czas odkurzyć sobie Nintendo 3DS i być może znowu zapałać miłością do tej konsolki. Setki yo-kai już z niecierpliwością czekają, by ktoś się nimi zaopiekował.