Child of Light to kolejny odgrzewany kotlet który pojawił się na Switchu. Zastanawiam się, ile razy jeszcze będę to pisał? Nie, żebym narzekał, bo wydawcy mają na tyle honoru by odgrzewać te przynajmniej zjadliwe  kotlety, no ale jednak… W przypadku produkcji Ubisoft Montreal mamy do czynienia z ponad czteroletnim produktem, który zapewne każdy już dawno ograł bo gra wyszła na wiele różnych platform, jak choćby PS3, PS Vita czy Wii U, więc daruję sobie szczegółowy opis gry i skupię się na różnicach między wydaniem Switchowym Child of Light a innymi platformami.

A tych różnic… to w zasadzie w ogóle nie ma i mógłbym już teraz zakończyć recenzję. No i w gruncie rzeczy mógłbym to zrobić, bo Child of Light Ultimate Edition na Switcha to ta sama gra co oryginał sprzed paru lat, pomijając wbudowanie do gry dostępnych wcześniej osobno kilku drobnych dodatków w postaci dodatkowej misji, strojów dla głównej postaci i paru itemków ułatwiających start. 


Mimo to, że to ta sama gra, z przyjemnością wróciłem do świata Lemurii poznać na nową historię Aurory i jej poznanych po drodze towarzyszy. To unikatowe połączenie zręcznościowo-przygodowej gry z ciekawym systemem turowej walki nadal wydaje się być świeże i robi robotę. Dla przypomnienia: świat Lemurii zwiedzamy latając Aurorą gdzie nam się żywnie podoba, a przy kontakcie z przeciwnikiem, przechodzimy do walki turowej. Tu, na dole ekranu wyświetlany jest pasek postępu każdej postaci i po dojściu do odpowiedniego poziomu możemy wybrać akcję jaką chcemy wykonać. Tu następuje ostateczne “załadowanie się” ataku i o ile dana postać (obojętnie czy nasza, czy wroga) nie zostanie zaatakowana, wykona swój ruch. Jeśli jednak osobnik otrzyma obrażenia, jego akcja zostaje przerwana i znów musi czekać do załadowania paska. System jest bardzo prosty, ale wprowadza odpowiednią dozę głębi do walki. Dodatkowo możemy zwalniać przeciwników oślepiając ich Igniculusem, małym duszkiem towarzyszącym nam podczas podróży. I choć nadal chwilami gra ma problemy z wyważeniem poziomu trudności (a ten możemy zmienić w dowolnym momencie gry poza walką), a sam system walki nie jest przesadnie skomplikowany, jednak gra się nader przyjemnie i nie mogę się doczekać rozwinięcia pomysłów z “jedynki” w “dwójce”, którą autorzy teasowali przy okazji zapowiedzi wersji Pstrykowej pierwszej części. 

UbiArt Framework to fantastyczne narzędzie napędzające uwielbiane przeze mnie Rayman Origins i Legends. Silnik ten został również użyty do wykreowania świata I WŚ w Valliant Hearts i omawianego Child of Light i cóż mogę powiedzieć? Gra wygląda tak samo zjawiskowo jak na innych platformach. Nieważne czy w docku czy w handheldzie - palec często mimowolnie kierował się na przycisk do robienia screenshotów. Niestety jednak, w kilku lokacjach w grze płynność leciała na łeb na szyję, chodząc w prawdziwym slow-motion. Najczęsciej w obszarach gdzie było dużo efektów graficznych jak np. Fale gorącego powietrza, ale zdarzały też się spadki płynności wydawałoby się bez większego powodu. Nie przeszkadzało to w żaden sposób w rozgrywce bo akurat eksploracja świata nie jest szczególnie wymagająca, a podczas turowych potyczek podobnego problemu nie zauważyłem. 

Słowem podsumowania: jeśli graliście wcześniej w Child of Light to nie ma absolutnie żadnego powodu by do tytułu wrócić, chyba, że wam tęskno do baśniowego świata i rymowanych dialogów. Jeśli jednak nie graliście w Child of Light, zachęcam do spróbowania, nie jest to może tytuł idealny, ale dość przyjemny w odbiorze.