Anamorphine porusza bardzo istotne tematy. Strata, depresja, czy uzależnienie od używek to rzeczy do których trzeba podejść na poważnie. Zwłaszcza, że choroba nie wybiera, a w przypadku depresji mówimy o schorzeniu, z którego bardzo trudno się wyleczyć i często bywa ono śmiertelne. Motyw jest więc wyjątkowo ciekawy i można przygotować o nim naprawdę dużo interesującej treści. Niestety, twórcy poszli inną drogą i postawili na narracyjny minimalizm.

Anamorphine #1

Oznacza to, że interpretacja poszczególnych scen to nasza broszka i na tekst nie macie co liczyć. Nie otrzymamy żadnych refleksji, z którymi moglibyśmy się skonfrontować. Zamiast tego, jesteśmy biernym obserwatorem otaczającego nas środowiska. Rozgrywki za wiele tutaj nie uświadczycie. Dość powiedzieć, że sprowadza się ona do eksploracji i rozglądania po niewielkich pomieszczeniach. Pod tym względem interaktywność jest wręcz prostacka i niemalże nie istnieje.

Anamorphine jest tradycyjnym symulatorem chodzenia, gdzie odpalamy jeden skrypt za drugim i po około dwóch godzinach następują napisy końcowe. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie przerost formy nad treścią. Odkrywając kolejne wspomnienia skaczemy po różnych lokacjach układając sobie prostą i niemą historię cierpiącej kobiety. Poznajemy przy tym fragmenty z różnych etapów jej życia i stopniowe popadanie w coraz większą bezsilność.

Anamorphine #2

Pomysł brzmi całkiem ciekawie, ale odniosłem wrażenie, że twórcom zabrakło najważniejszego, czyli myśli przewodniej, którą mogliby przekazać innym. Tytuł w żaden sposób nie sprowokował mnie do zastanowienia się nad istotą poruszanej problematyki. Czułem, że autorzy zapomnieli o opowiedzeniu swojej idei. Pod tym względem dużo lepiej wspominam równie mocno depresyjne Actual Sunlight i Little Red Lie.

Należy też zaznaczyć, że warstwa techniczna Anamorphine jest tragiczna. Gra nie dość, że wygląda wyjątkowo brzydko, to ma straszne problemy z utrzymaniem płynności. Częste ścinki potrafią irytować, a do tego dochodzą bardzo długie ekrany wczytywania. Osoby odpowiedzialne za optymalizację mocno spieprzyły swoją robotę. Szkoda. Zwłaszcza, że oprawa - delikatnie mówiąc - nie imponuje.

Anamorphine #3

Do tego dochodzą błędy i problemy. Niejednokrotnie produkcja wysypała mi się do menu konsoli i skasowała mój zapis. Twórcy po paru dniach wypuścili łatkę, ale całość nadal sprawia wrażenie mocno niedopracowanego produktu. Rzuca się to w oczy, bo zwykłej rozgrywki tu praktycznie nie ma. Całość jest niemalże statyczna, a i tak wiele elementów wykonano po prostu źle.

Niejednokrotnie trafimy na sceny, które powinny płynnie zmienić się w kadr lub zdjęcie, a nas przenieść do innej lokacji. Dzieje się to jednak z widocznymi i wspomnianymi wcześniej spadkami płynności. Nie zabraknie surrealistycznych wycieczek po sennych wizualizacjach, ale i one są wyjątkowo nijakie, a ich rola sprowadza się do wydłużenia rozgrywki poprzez kolejne minuty trzymania wychylonego analoga.

Anamorphine #4

Ostatecznie trudno znaleźć jakiś istotny pozytyw czy cechę potrafiącą przyciągnąć do Anamorphine. Jeśli jesteście miłośnikami symulatorów chodzenia i macie ochotę na subtelnie podaną opowieść, do której sami sobie dopowiecie znaczną część fabuły, to w gruncie rzeczy możecie sprawdzić ten tytuł na jakiejś przecenie. Nie nastawiajcie się jednak na artystyczne lub głębokie przeżycie, bo traficie na srogie rozczarowanie.

Grę do recenzji dostarczył wydawca.