Gdy po raz pierwszy usłyszałem o OlliOlli z góry nastawiłem się, że będzie to popierdółka, w którą pogram dziesięć minut i szybko o niej zapomnę. Wspomniane 10 minut wystarczyło, by w grze zatracić się na kilka godzin. Ale zacznijmy od początku. OlliOlli to prosta z pozoru produkcja, w której Skater pokonuje kolejne dwuwymiarowe plansze poruszając się od lewej do prawej strony ekranu. W tym czasie gracz ma za zadanie zdobyć jak największą ilość punktów i dojechać do mety nie gubiąc po drodze deski (czytaj - nie zaryć czerepem o beton), bo to z miejsca cofa nas na początek danego etapu.




 
Przyznam się szczerze, iż początkowo sterowanie kompletnie do mnie nie przemówiło. Przyzwyczajony do tego, że X przypisany jest zazwyczaj do skoku, nie mogłem się przestawić, że deskę podbijamy do góry poruszając gałką. Nią zresztą kręcimy też kółka, ćwierćkółka i wychylamy w różne strony, chcąc wykonać różnego rodzaju triki i zwiekszyć mnożnik punktów. W ten sposób grindujemy również po murkach, płotkach, dachach budynków, helikopterach itp. Gdy dodatkowo wykonamy "ślizg" w idealnym momencie zaliczymy tzw. Perfect Grind zdobywając rzecz jasna więcej punktów. Do czego więc służy X? Do odpychania się i lądowania. Tak jak wspomniałem timing jest tu ogromnie ważny i po wykonaniu łączonego combosa składającego się z kilku/kilkunastu trików trzeba jeszcze dobrze wylądować. Jeśli zapomnimy o "telemarku" i przykleimy deskę do ziemi jak ostatnia sierota uzbierane na trikach punkty przepadną bądź zostaną mocno okrojone.
 
Trików i grindów możliwych do wykonania jest łącznie kilkadziesiąt, bowiem dochodzą do tego jeszcze spusty, dzięki którym możemy obracać skaterem wokół własnej osi. Gra jest przy tym bardzo dynamiczna, a łączenie kolejnych trików w combosy daje masę radochy. Deskorolkowy balet  najlepiej rozpocząć w trybie kariery, gdzie czeka na ukończenie 25 plansz. Co ciekawe na każdej z nich możemy dodatkowo zaliczać rożnego rodzaju zadania. Część wymaga po prostu uzbierania określonej liczby punktów, ale są i takie, gdzie musimy kolekcjonować po drodze puszki z farbą, wykonać 5 idealnych grindów czy wysoko punktowany trik w określonym miejscu. To jednak wciąż nie wszystko. Jeśli na danym etapie zaliczymy wszystkie zadania otwiera się przed nami jego alternatywna wersja z dopiskiem Pro. A to jak zapewne się domyślacie oznacza, że dostępne tam zadania są jeszcze bardziej hardkorowe. Oprócz trybu kariery dostępny jest też prosty trening pełniący rolę tutorialu oraz 50 spotów (czyli swoistych miejscówek), w których naszym zadaniem jest nabicie jak największej ilości punktów w trakcie jednego combosa.   Na koniec zostawiłem sobie Daily Grind, czyli wyzwania sieciowe zmieniające się codziennie, w których to rywalizujemy z graczami z całego świata. Bo choć w OlliOlli nie oświadczycie tradycyjnego multiplayera, to nasze wyniki możemy porównywać z internetową społecznością. 





Najsłabszym elementem gry jest stylizowana na retro grafika. Wprawdzie co jakiś czas zmieniają się scenerię (dostępnych jest 5 tematycznych miejscówek - blokowisko, złomowisko, port, rosyjska baza wojskowa oraz neonowa metropolia), a wszystko śmiga w 60 klatkach na sekundę, to momentami bieda aż piszczy. Przez wszędobylską pikselozę ciężko rozpoznać poszczególne triki, które wyglądają bardzo podobnie. Niemniej jednak nie zapominajmy, że to gra indie, a gameplay w tym konkretnym wypadku broni się sam i szybko pozwala zapomnieć o technicznych aspektach. To wymagająca produkcja - świetna zarówno na szybkie sesje na kibelku, jak i dłuższe posiedzenie. Mnie osobiście kupiła.