Myśląc o serii Pokemon, mamy na myśli turowe walki i próbę złapania wszystkich stworków do kolekcji, ale na przestrzeni lat otrzymaliśmy całą masę rozmaitych spin-offów. Od karcianki na konsoli GameBoy Color, po Pokemon TCG Online, od pinballi i robienia zdjęć w Pokemon Snapie, po bijatykę w Pokkenie, połącz-trzy Pokemon Shuffle (300+ godzin, nie jestem z tego dumny), Pokemon Picross czy w końcu smartfonowe Pokemon GO – marka jest wyjątkowo silna i tak wyszło, że jakoś nie mogę sobie odmówić każdego kolejnego eksperymentu tego typu. Teraz dostaliśmy nowy, zupełnie zaskakujący swoimi założeniami twór – managera free-to-play.

Pokémon Quest #1

Od Pokemon Quest absurdalnie łatwo się odbić. A to oprawa nie taka, a to model free-to-play, a to niemal brak interakcji w trakcie walki… bez tak silnej marki produkcja nigdy nie zdobyłaby jakiejkolwiek popularności. Jest to jednak ciekawy pomysł, ale przede wszystkim wyjątkowa laurka dla starszych fanów Poksów, którzy gustują w grach typu manager. Jeśli taki rodzaj rozgrywki Wam nie pasuje, to Was nie przekonam, ale postaram się wyjaśnić, dlaczego wszystkie przytoczone „wady” są nieistotne, a niekiedy stanowią wręcz o sile tytułu.

Podstawowe założenia są nietypowe – puszczamy drużynę trzech pokemonów praktycznie samopas na misje, gdzie walczą z dzikimi stworkami i zdobywają składniki dań. Po powrocie z misji możemy wrzucić zebrane grzybki do gara i po kilku turach (kolejnych wyprawach) taka potrawa przyciągnie nowego pokemona na naszą polanę. Z grubsza to tyle – wysyłamy poki na misje i liczymy, że nasze danie sprowadzi interesujący nas okaz. Celem jest pokonanie ostatniej planszy z bossem i wypełnienie całego Pokedeksa.

Pokémon Quest #2

Podstawowe założenia mogą nie brzmieć interesująco, szczególnie że podczas walki pokemony same chodzą od przeciwnika do przeciwnika, a my możemy tylko zlecić im chwilową ucieczkę albo wybrać interesujący nas atak specjalny. Do tego mamy tryb auto, gdzie wszystko odbywa się samoistnie. Czyli co – gra, w którą nie trzeba grać? Tutaj wchodzi moje (może nieidealne, ale oddające sens) porównanie do managera – najważniejszym jest odpowiednie dobranie, wytrenowanie i przygotowanie drużyny na każdą ewentualność.

Gra trafiła właśnie na smartfony i tablety, przy czym nie ma możliwości przeniesienia konta ze Switcha, także uważajcie przy wyborze platformy! Z tą wersją miałem, rzecz jasna, krótki kontakt, ale wszystko wydaje się śmigać jak należy i jedyną znaczącą zmianą jest możliwość przestawienia godziny w telefonie, by przyspieszyć regeneracje energii, ale zostanie to pewnie zaraz załatane. Na moim wysłużonym LG G2 sprzed kilku lat (Android 4.2) gra nie sprawiała najmniejszych problemów.

Zdobywanie poziomów, przydzielanie kamieni zwiększających statystyki życia i ataku (z dodatkowymi bonusami) czy losowanie odpowiedniego ataku i przydzielanie mu wybranych modyfikacji – tu tkwi cała radość z zabawy. Ponadto warto szukać innych okazów już posiadanych poków, bo przy treningu wykorzystujemy je do zwiększenia poziomu naszego podopiecznego poza misjami i przelosowania ataku specjalnego. Same wyprawy to tylko efekt naszych przygotowań i niewielka interakcja tu zupełnie nie boli (chyba że oczekiwaliście czegoś w stylu Pokemon Rumble – to po prostu zupełnie inny zamysł na zabawę).

Oprócz samej rozgrywki, Pokemon Quest to niewiarygodnie przyjemna laurka dla wieloletnich fanów. Dostajemy pierwsze 151 pokemonów, które wydają swoje okrzyki niczym w oryginalnym Pokemon Red/Blue, a znane ataki ciekawie przeniesiono do tutejszej rozgrywki. Hydro Pump wysyła potężne pociski wodne, Substitute tworzy odwracającą uwagę lalkę, a Blizzard wywołuje prawdziwą zamieć i zamraża przeciwników. To może nie brzmieć jak coś wspaniałego, ale ciepło robi się na sercu, widząc, jak pomysłowo wykorzystano ataki sprzed ponad 20 lat, które GameBoy pokazywał wyjątkowo oszczędnie i to w zupełnie innym rodzaju zabawy.

Pokémon Quest #3

Z grą spędziłem dwa tygodnie, osiągnąłem praktycznie wszystko, co się dało, i teraz endgame’owo testuje sobie różne alternatywne ekipy. Mało tego, stopniowo kupowałem rozszerzenia (płatne dodatki), więc znam produkcję od każdej możliwej strony. Najważniejsze jest to, że można grać za darmo i niczego się nie traci. Możliwość gotowania jednej potrawy naraz spowolni wypełnianie Pokedeksa i rozwój drużyny, ale na pewno wszystko da się osiągnąć bez wyciągania portfela, zresztą codziennie dostajemy sporo specjalnej waluty, by kupować dekoracja dla naszej polany i w ten sposób ułatwiać rozmaite elementy zabawy.

Płacimy więc jedynie za przyspieszenie wszystkiego – dłuższy pasek energii (standardowe 5 segmentów ładuje się 2,5 godziny), więcej garów do gotowania czy więcej składników potraw z misji. Dość szybko kupiłem najtańszy z trzech dodatków (~20 zł) i z drugim garem było zdecydowanie przyjemniej. Po tygodniu wciąż chciało mi się grać, więc dokupiłem resztę DLC (łącznie – 120 zł) i nie żałuję, tym bardziej że gra mnie do tego nie zmuszała. Sprawdziłem ich pomysł na zabawę, przypadł mi do gustu i uznałem, że tytuł jest warty tej ceny. Po dwóch tygodniach mam jednak kilka obaw.

Pokémon Quest #4

Zestaw podstawowych misji przeszedłem dość szybko, w parę dni. Po pokonaniu ostatniego bossa otwiera się dodatkowy świat, gdzie skok trudności jest ogromny, ale też jest to motywacja do kombinowania. Obecnie moja drużyna jest w stanie załatwiać endgame’owego bossa na autopilocie i po około półtora tygodnia czułem, że wyciągnąłem już z produkcji wszystko. Teraz luźno się bawię z doskoku, czekając na aktualizacje i kolejne setki pokemonów do zdobycia, lecz nie mamy jakiegokolwiek potwierdzenia, że to nastąpi. Co więcej, jest to gra offline, więc nie ma tu żadnych dziennych wyzwań ani częstych aktualizacji zawartości, podstawy normalnych tytułów free-to-play. Wciąż czekamy na informacje dotyczące popremierowego wsparcia.

Inna sprawa to wybór platformy. Jest to tytuł robiony z myślą o urządzeniach mobilnych i wszystko da się załatwić dotykowo, ale na Switchu jest też opcja korzystania z grzybków na joy-conach jako kursora. Problem w tym, że w trybie handheldowym najmniejsze przypadkowe poruszenie analogiem czy wciśnięcie jakiegoś przycisku wyłącza ekran dotykowy na parę sekund. Jeśli manualnie wspieracie swoje poki i nie korzystacie z funkcji auto, staje się to dość problematyczne, gdy nie możemy nagle odpalić ataku dotknięciem ikonki albo uciec przed obszarowym atakiem przeciwnika. Wkurza też to, że przechodzenie między menusami jest źle zaprojektowane i choć jest to kwestia dwóch-trzech sekund, niektóre podstawowe opcje ukryte są za trzema czy czterema takimi przejściami. Mały plusik – można postawić Switcha na nóżce i wysyłać pokemony na misje w tle, oglądając YouTube’a czy jakiś serial, co jest wygodniejsze niż na leżącym obok smartfonie.

Pokémon Quest #5

Pokemon Quest jest udanym eksperymentem, ale na pewno nie trafi do każdego ze względu na nietypowy gatunek. Fani pokemonów dostają kolejną grę, gdzie spróbują skompletować wszystkie stworki, a miłośnicy managerów otrzymują tabele z masą statystyk i będą mogli zadbać o każdy szczegół (chociaż bonusy do konkretnych atrybutów stworków czasem źle się sumują). Muzyka wpada w ucho, oprawa graficzna jest na swój sposób urocza (jeśli tylko akceptujecie takie karykaturalne modele poków)… może nie jest to coś, na co czekaliśmy w kwestii Pikachu i jego ziomków, ale w swoim (uproszczonym) gatunku – bardzo przyjemna darmowa produkcja.