Yakuza 6 to bezpośrednia kontynuacja "piątki", więc punktem wyjściowym jest emocjonalny finał poprzedniczki. Przygotowana opowieść nie bez powodu reklamowana jest jako pożegnanie kultowego protagonisty i ostatnia przygoda Kazumy Kiryu. Zwieńczenie jego legendy trafi najmocniej do największych fanów, którzy śledzą jego życie od początku istnienia marki. Nie martwcie się jednak, jeśli nie możecie nadrobić zaległości. Yakuza 6 broni się bardzo dobrze jako pierwszy kontakt z serią. Przygotowano dla nas zgrabne streszczenie istotnych wydarzeń, a powracający bohaterowie i znane twarze to w gruncie rzeczy mocno epizodyczne role, bez większego wpływu na główny przebieg historii. A ta, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, pełni rolę samodzielnie opowiedzianej fabuły.

Yakuza 6: The Song of Life #1

Jeśli więc z jakiegoś powodu nie chcecie lub nie macie możliwości poznania poprzednich rozdziałów z życia Kazumy Kiryu, to bez większych obaw możecie rzucić się na głęboką wodę i zacząć od gry Yakuza 6. Oczywiście stracicie w ten sposób ciężar emocjonalny i wartość sentymentalną kilku scen, ale ogólną historię i jej przekaz oraz motywacje postaci zrozumiecie bez jakichkolwiek problemów czy niejasności. Warto to poznać, nawet pomimo niewątpliwie słabszych stron scenariusza. Świetnie spisują się za to nowi bohaterowie, w tym cała rodzina Hirose, któremu wizerunku użyczył znany Takeshi Kitano. Udany występ zaliczył też Tatsuya Fujiwara kojarzony chociażby z japońskiej ekranizacji Death Note’a.

Faktyczne wydarzenia rozpoczynają się trzy lata po poprzedniczce. Kazuma Kiryu odsiaduje wyrok za nielegalne wtargnięcie i napaść. Przynajmniej oficjalnie, bo jak się szybko okazuje, nasz bohater został po prostu kozłem ofiarnym w politycznej intrydze podziemnego świata Japonii. Jest to jednak szansa na odkupienie jego win i zamierza to wykorzystać, aby wrócić do społeczeństwa z uniesioną głową. Trzy lata to długi okres i sporo się zmieniło w trakcie nieobecności legendarnego Smoka Dojimy. Haruka, będąca dla naszego bohatera niczym córka, zostaje potrąca przez samochód i zapada w śpiączkę. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dowiadujemy się o jej dziecku. Kiryu nie ma wyjścia – musi dowiedzieć się, kto jest ojcem niemowlaka, oraz poznać tajemnicę stojącą za wypadkiem jego podopiecznej. Początkowa chęć dokonania zemsty na nieznanych oprawcach ma jednak drugie, znacznie głębsze dno.

Yakuza 6: The Song of Life #2

Tym razem tematyka krąży wokół rodziny i rodzicielstwa, zahaczając na każdym kroku o więzi między ojcem a dzieckiem. Mamy tu ciężar oczekiwań, pragnienie bycia docenionym w oczach ojca i zyskania jego szacunku oraz, przede wszystkim, bezinteresowną miłość oraz skomplikowane relacje będące wynikiem nieszczęśliwego splotu losu czy nawet destrukcyjne trzymanie się tradycji. Nie zabrakło też poczucia winy czy zawodu i rozczarowań. Są to motywy znane już poprzedniczek, ale nigdy nie eksponowane na taką skalę jak w przypadku Yakuzy 6. Niemal każdy wykreowany bohater wnosi coś od siebie do przedstawionej tematyki i przedstawia inne spojrzenie na ojcowską relację.

Fundament opowieści jest niezwykle osobisty i bardziej przyziemny. Spodobało mi się to i przez większość czasu śledziłem wydarzenia na ekranie z autentycznym zaciekawieniem, nie mogąc oderwać się od ekranu. Spokojniejsza narracja nie oznacza jednak braku efektownych scen czy rezygnacji z politycznych intryg. Problem pojawia się przy końcowych etapach – twórcy wpadli w zastawioną przez siebie pułapkę. Przez większość gry pompują balonik oczekiwań, by ostatecznie je zawieźć. O ile sam finał historii był niemalże dokładnie tym, czego się spodziewałem, tak droga do niego w ostatnich momentach strasznie zawodzi i rozczarowuje.

Yakuza 6: The Song of Life #3

Zabrakło wyrazistego przeciwnika, który mógłby stanowić godne wyzwanie dla Kiryu. Wielka tajemnica, o której mowa przez całą fabułę, pęka niczym mydlana bańka, a my nie czujemy ciężaru jej znaczenia. Historia wciąga, dopóki nie poznamy miałkich odpowiedzi na trapiące nas pytania, bo później jest już tylko równia pochyła. Druga połowa scenariusza po prostu mnie rozczarowała. Zwłaszcza jako pożegnanie z bohaterem, którego losy śledziłem przez wiele długich lat i był częścią mojego dzieciństwa. Zawodzi też czas gry, bo i całość ukończymy w około 15 godzin, co stanowi wynik znacznie poniżej standardów serii.

Po względem technologicznym Yakuza 6 zalicza ogromny skok jakościowy, który zostawia daleko w tyle poprzednie odsłony. Nowe narzędzie w postaci Dragon Engine zostało w pełni opracowane z myślą o znanej rozgrywce. Poprzez umiejętne ustanowienie priorytetów twórcy w przemyślany sposób wyeliminowali wszystkie najważniejsze archaizmy do niedawna kojarzone z całym cyklem. Należy nadmienić, że dokonano tego przy dysponowaniu nadal stosunkowo niskim budżetem i zachowaniu niemalże corocznego cyklu wydawania kolejnych części serii. Zadanie nie należało więc do najłatwiejszych.

Yakuza 6: The Song of Life #4

Warstwa wizualna to zupełnie nowy poziom. Najnowsze przygody Kiryu bardzo zbliżyły się do przepięknych renderowanych scenek w poprzednich odsłonach. Całość została gruntownie przemodelowana. Zupełnie zmieniono system oświetlenia, opracowując dynamiczną grę świateł, widocznie zwiększono ilość detali całego otoczenia oraz stworzono bardziej skomplikowane refleksy powierzchni. Przyłożono się także do elementów drugiego planu, które do tej pory wykonane były po macoszemu. Wprowadzono też zaawansowaną fizykę i wyeliminowano niemal wszystkie ekrany wczytywania. Ilość zmian jest po prostu ogromna i bez obaw można mówić o pełnoprawnym skoku generacyjnym.

Pierwsze, co rzuciło się w moje oczy, to właśnie oświetlenie i refleksy. Ulice Kamurocho nigdy nie wyglądały tak pięknie, sugestywnie. Ilość detali i pięknie wykonanych neonów potrafi zachwycić, zwłaszcza gdy ich promienie odbijają się od sklepowych witryn i mokrych ulic. Twórcy zachwycają też przywiązaniem do detali jak np. widoczna faktura materiału, z którego uszyto garnitur głównego bohatera, czy szczegółowo wykonane twarze z widocznymi porami skóry. Wirtualny odpowiednik rzeczywistego Kabuchiko zyskał jeszcze bardziej na wiarygodności i zachwyca atmosferą jak nigdy wcześniej. Yakuza już nie tylko wygląda przyzwoicie, ale i pod wieloma względami jest naprawdę ładną grą, która nie ma się czego wstydzić na tle konkurencji.

Yakuza 6: The Song of Life #5

Nie jest jednak idealnie. Ograniczony budżet wymaga niestety kompromisów, więc często trafimy na słabsze tekstury. W oczy rzuca się paskudny aliasing, a gra w pewnych momentach ma widoczny problem z mikroprzycięciami, które wybijają z rytmu. Technicznie jest jeszcze dużo do poprawy, o czym w przeszłości wspominało samo studio, twierdząc, że silnik graficzny stworzono z myślą o dopracowaniu na przestrzeni trzech kolejnych gier. Pod pewnymi aspektami faktycznie to widać.

Nierówna oprawa wizualna schodzi na dalszy plan, bo tak jak wspomniałem – pomimo wad, potrafi mocno zachwycić, zwłaszcza jeśli lubicie japońskie klimaty i pałacie sympatią do Kraju Kwitnącej Wiśni. W takim wypadku trudno nie być oczarowanym. Szczególnie, gdy opuścimy dobrze znany fanom miejski krajobraz Tokio na rzecz prefektury Hiroshima i portowego miasteczka Onomichi. Atmosfera i naturalne piękno krajobrazu Japonii potrafi wprawić w osłupienie – a przynajmniej mnie wprawiło i nie miałem najmniejszej ochoty opuszczać tej lokacji, nawet pomimo niewielkiego rozmiaru miejsca akcji. Najchętniej spędziłbym w nim kolejne kilkanaście godzin.

Yakuza 6: The Song of Life #6

Ogromnie spodobała mi się zaawansowana fizyka. Przeciwnicy w końcu reagują w bardziej naturalny sposób na nasze uderzenia. Czuć siłę naszych ciosów, a środowisko przestało być w końcu takie sterylne. Przeciwnik rzucony w witrynę sklepową wybije szybę, a starcie przeniesie się do środka, gdzie znów w trakcie pojedynku będziemy nieumyślnie niszczyć regały, podziwiając bogate elementy cząsteczkowe. Niestety, zarówno uszkodzone przedmioty, jak i pokonani przeciwnicy znikają niemal natychmiastowo, co bardzo rzuca się w oczy. Takich umowności jest więcej.

Yakuza 6 wykonuje kilka kroków wstecz, aby postawić dwa znaczące naprzód. Z nowym silnikiem graficznym przychodzą kolejne minigry i aktywności. Część z kolei wyrzucono, ale nie uważam tego koniecznie za wadę. Tym razem główną atrakcją poboczną jest tryb prostej gry strategicznej, gdzie tworzymy własny klan i werbujemy do niego członków. Zabawa nie jest nazbyt skomplikowana, ale posiada obowiązkowy wątek fabularny. Świetnym rozwiązaniem jest też pełna wersja Virtua Fighter 5 z poprzedniej generacji. Zadbano nawet o tryb dla dwóch graczy! Wymaksowanie wszystkich atrakcji zajmie nam około 20 godzin, ale bez przeszkód możemy z nimi spędzić znacznie więcej czasu.

Yakuza 6: The Song of Life #7

Jakie jest ostatecznie Yakuza 6? To bez dwóch zdań najbardziej zaawansowana i najpiękniejsza odsłona serii. Odbiło się to jednak negatywnie na zawartości, której nie sposób porównać do molochów pokroju Yakuzy 5 czy Yakuzy 0. Ostatecznie zawiódł mnie też scenariusz, który może nie jest najgorszy w serii, ale nie potrafił mnie usatysfakcjonować i po napisach końcowych czułem po prostu rozczarowanie. To kolejny dobry rozdział cyklu stanowiący jednocześnie bardzo obiecujący fundament dla następnych części. Nie sprawdza się zaś w swoim założeniu jako zamknięcie pewnego okresu, który towarzyszył fanom od 13 lat. Pod tym względem miałem znacznie większe oczekiwania i być może sam jestem sobie winien. Niezależnie od jakości historii, możecie liczyć na co najmniej kilkanaście godzin wciągającej rozgrywki i filmową narrację, która na długo przykuje Was do ekranu.

Grę do recenzji dostarczyła nam firma Cenega.