SKLEP
2990V

Recenzja: Call of Duty: WW2 (PS4)

Call of Duty: WW2. Powrót do korzeni serii. Boots on the ground. Klasyczne starcia, niezwykła historia... Przed premierą gry słyszeliśmy mnóstwo marketingowych haseł mających nas przekonać, że powrót do drugiej wojny światowej będzie udany. Jest? Po części tak, chociaż liczyłem na coś więcej.

Do marketingu Activision i zapowiedzi Sledgehammer Games podchodziłem jak zawsze w mojej pracy – z dystansem. Powrotem do korzeni w moim odczuciu byłoby stworzenie nowego Call of Duty 2 z grafiką odpowiadającą dzisiejszej technologii. Ale z punktu widzenia rynku – taki ruch byłby samobójstwem, bo mało kto chciałby grać w gry tak stare pod względem mechaniki. Czekałem więc na kolejnego CoD-a, ale tym razem bez skakania po ścianach i latania jakby postać najadła się amfetaminy. Grę dostałem, singla skończyłem w sześć godzin, pograłem w trybie dla wielu graczy i zanurkowałem w pierwszą mapę z kampanii Zombie. I co? Źle nie jest.

Do kampanii podchodziłem, mimo wszystko, z pewnym entuzjazmem. Ze wszystkich odsłon w serii, najlepiej grało mi się w te, które osadzone były w czasach właśnie tej wojny (no, dodając to tego wspaniałą kampanię z Black Ops). Widowiskowe akcje podnoszące ciśnienie stały się wręcz synonimem historii opowiadanych przez Call of Duty. Tutaj tego... nie ma. Tak po prostu. Sledgehammer Games zrobiło sobie swoją wersję czegoś pokroju Kompanii Braci, ale to im niestety nie wyszło. Gramy Ronaldem "Redem" Danielsem, który wraz ze swoimi kumplami z Akademii trafia na front podczas desantu na plażę Omaha. Podobnie jak w starszych odsłonach – non stop towarzyszy nam oddział, który tym razem miał mieć więcej duszy, przez to nasi przyjaciele są często z nami i oferują unikatowe umiejętności (podrzucanie nam apteczek, amunicji czy granatów). O ile ich funkcja w samej rozgrywce wypada sensownie (no, umownie), tak fabularnie nie wiem, po co oni w ogóle w grze są. Tak, przyjaźń, wojna i te sprawy, ale każdy z bohaterów jest tak mdły i bezpłciowy, że gdyby zamiast nich w scenkach występowały drewniane manekiny, nie zrobiłoby mi to większej różnicy. Scenarzyści bardzo chcieli, byśmy się zżyli z kumplami Reda, ale... no nie da się. Gdy pod koniec gry pewne wydarzenia na linii Red-Zussman przybrały niespodziewanego obrotu – wzruszyłem ramionami. Zussman, Aielo czy Stiles znaczyli dla mnie tyle samo co losowy szeregowiec z oddziału.

Inni bohaterowie wypadają ciutkę lepiej, ale są tak stereotypowi, że pozostawało mi wzruszyć ramionami. Niestety, odbiór kampanii psuła też polska wersja. Nie tyle co same tłumaczenie czy głosy dubbingujących (bo te wypadają po prostu ok, bez fajerwerków, ale aktorów dobrano z sensem), lecz to, jak dźwięk zmiksowano. Normą jest, że w polskich filmach dialogi są za cicho. Ale ta plaga chyba zaczyna atakować gry. Miks głosów w Call of Duty: WW2 jest fatalny. Postać stojąca metr od nas mówi tak cicho, że kompletnie jej nie słychać i bez napisów nie zrozumiemy niczego. Za to gość stojący parę metrów dalej wrzeszczy jakby mówił przez megafon. I co (niestety) zabawne – głośność dialogów jest kompletnie losowa, więc nie da się tego podkręcić lub ściszyć w opcjach.

Kampania jako całość? Deweloper chciał tutaj zaczerpnąć z najlepszych wzorców gatunkowych, ale coś nie do końca wyszło. Misje, gdzie po prostu celem jest strzelanie, wyglądają jak luźno powiązane zadania z listy do zrobienia zamiast stanowić sensowny ciąg wydarzeń. Wyjątkowo standardowe misje rozbijane są jednak przez te, w których się skradamy lub musimy eksplorować nazistowski posterunek, co od razu przypomniało mi świetną misję z Medal of Honor i słynne papieren bitte. Gra czasami zmienia nam grywalnego bohatera, wrzuca też za stery myśliwca na kilka minut. Szkoda, że takie momenty to mały wycinek całości. I nawet epilog, który w założeniu miał nas poruszyć i nami wstrząsnąć, nie potrafi tego zrobić. No, chyba że należymy do grona ignorantów historycznych i nie mamy pojęcia o okropieństwach, jakie wyrządzały niemieckie armie podczas drugiej wojny światowej.

Ale kto kupuje CoD-a dla kampanii! Najważniejszy jest multiplayer. Takie głosy pojawiają się co roku. Pomijając już fakt, że znam mnóstwo osób, które CoD-y kupują tylko dla kampanii (więc opinia o tym trybie jest dla nich najważniejsza), to ostatnie odsłony dryfowały w takim kierunku, że singiel był jedyną zjadliwą częścią. Call of Duty: WW2 na szczęście ze swoim powrotem do normalności (zero plecaków odrzutowych, zero biegania po ścianach, ślizgów długich na kilka metrów) sprawia, że momentalnie w sieciowych trybach gra się przyjemniej. Tak, nadal gra jest szybka, a mapy niezbyt rozległe, ale dużo łatwiej je opanować, gdy martwimy się o wrogów na jednej płaszczyźnie.

Tak, multiplayer w Call of Duty: WW2 nadal jest typowy dla tej serii, co dla weteranów jest świetną informacją, a dla zajadłych przeciwników – złą. Sledgehammer nie kombinowało za bardzo i po prostu cofnęło się w czasie o kilka pozycji serii do tyłu, dorzucając od siebie dwie rzeczy – Sztab oraz tryb Wojny. Sztab w założeniu ma pełnić rolę społecznościowego, żyjącego aktywnością innych graczy huba. Ale z powodu problemów z serwerami od dnia premiery – Sztab jest pusty. Więc nie za bardzo jest tutaj co omawiać. Możemy sprawdzić sobie broń na strzelnicy, przetestować różne killstreaki, oraz posiedzieć w kinie oglądając filmy i (w przyszłości) transmisje z gier. Sprawny Sztab ma tez pozwolić na wyzywanie graczy 1 na 1, ale na razie to działa tylko wtedy, gdy sobie zrobimy skład ze znajomymi.

Wojna to zupełnie inna para kaloszy. Ciężko uciec od porównań do rozległych Operacji z konkurencyjnego Battlefielda. Tutaj, z uwagi na szybką rozgrywkę i niezbyt duże mapy, rundy podzielone są na 3-4 etapy z pięciominutowym limitem czasowym. Mapy są trzy, co niestety szybko zaczniemy odczuwać. Mnie lekkie znudzenie dało się w znaki jeszcze szybciej, bo mapa obecna także w becie kompletnie mi nie leży i gdy mam w nią grać, to choruję. Tyle dobrze, że mnóstwo graczy nie wie, że można głosować na zmianę mapy podczas siedzenia w lobby (czemu? Nie wiem...). Nie jest jednak tak, że któraś z map jest uniwersalnie zła, bo wszystko rozbija się o preferencje. Mi na przykład lądowanie na Omaha się podoba, ale Tomkowi (który będzie pisał dla Was osobny tekst o multiplayerze) już nie za bardzo i generalnie w trakcie wczorajszej gry sporo na mapę narzekał.

Pozostałe tryby nie odstają od poprzedniczek. Zmniejszono za to liczbę map do dziewięciu, co wielu zaboli. Ja tego osobiście nie odczuwam za mocno, bo mam tendencję do przywiązywania się do kilku map, które mi się podobają i grania tylko na nich. Ale wiem z kilku rozmów, że weterani serii raczej niezbyt dobrze odebrali takie cięcia w zawartości gry. A co ze skrzynkami? No są, na razie dostępne jedynie jako losowa nagroda po rozegranej rundzie. W nich – unikatowe przedmioty kosmetyczne, które składają się na komplet unikalnej skórki broni z małymi bonusami. Na dniach ma jednak pojawić się wirtualna waluta pozwalająca na kupowanie skrzynek (ciekawe, dlaczego nie w dniu premiery tylko kilka dni po, gdy większość recenzji zostanie przygotowana, hm...?). Podejrzewam, że nie będzie to jakoś znacząco wpływać na balans gry, który i tak będzie za jakiś czas poprawiany, bo już teraz widzę mnóstwo głosów, że BAR jest OP.

Całość gry dopełnia tryb Zombie, który jest tak popularny, że wyparł pozostałe inicjatywy Infinity Ward i Sledgehammer. Po rozegraniu kilku rund mam wrażenie, że tym razem Zombie jest jakby przystępniejsze i nie wymaga tak kosmicznych rozwiązań jak w poprzednich odsłonach. Zmienił się też klimat, któremu bliżej do pierwszych pomysłów Treyarch. Jest mroczniej, bliżej klimatu horroru i brutalniej. Trzon rozgrywki oczywiście się nie zmienił i nadal odpieramy kolejne fale truposzy, starając się rozwiązać poukrywane zagadki. Z tym że, jak pisałem, jest przystępniej, a co za tym idzie – łatwiej. Może Sledgehammer nie chciało ludzi odstraszać i kolejne mapy będą bardziej pokręcone, nie wiem. Czy taki ruch jest zły? Z mojej perspektywy – nie. Z perspektywy kogoś, kto gra tylko w Zombie – już tak. Dla tych bardziej wytrwałych przygotowano możliwości tworzenia własnych loadoutów z różnymi perkami i umiejętnościami specjalnymi, ale to po prostu standard w tym trybie.

Call of Duty: WW2 zawodzi? Nie. Gra nie spełnia moich oczekiwań względem kampanii dla jednego gracza, ale to niczego jej nie ujmuje. Jeśli kogoś męczyły ostatnie odsłony i wyczekiwał powrotu do drugiej wojny światowej jak kania dżdżu, to będzie uradowany. Bo właśnie tym dla fanów serii będzie ta odsłona – długo wyczekiwanym powrotem do najlepszego okresu.

Gra recenzowana była na PS4 Pro

Tagi: activision Call of Duty: WW2 playstation 4 recenzja Sledgehammer Games

Werdykt
  • + "Spokojniejszy" tryb dla wielu graczy
  • + Oprawa wizualna
  • + Sporo zawartości
  • + Przystępniejsze Zombie
  • - Miks głosów w polskiej wersji jest zły
  • - Sztampowa i nierobiąca wrażenia kampania dla jednego gracza
  • - Ciągłe problemy z serwerami od dnia premiery
  • - Wolny matchmaking (łączy się z powyższym)
Paweł Musiolik
Paweł Musiolik Call of Duty: WW2 jest dosyć udanym powrotem do korzeni. Co prawda spodziewałem się Call of Duty 2 w nowoczesnej grafice zamiast niezbyt udanej kopii Kompanii Braci, ale da się przeżyć. Nie czuję się jakbym zmarnował czas poświęcony tej produkcji.
Oceń recenzję
+ 0 -

Miesięcznik PSX Extreme