Ruiner wrzuca nas w skórę psychopaty w tajemniczej masce. Wcielamy się w niego w momencie próby zabicia Bossa – gna go ku temu rozkaz od przełożonego, o którym na początku wiemy niewiele. Nasz bohater w dłoni trzyma gazrurkę i jedyne, co ma na celu, to zmiażdżenie tylu czaszek wrogów, ile tylko zdoła po drodze do adwersarza. Świat, w którym przyszło mu egzystować, jest mroczny i brutalny, podobnie jak on sam. Można pomyśleć, że bycie dobrym pieskiem swojego pana i zabijanie każdego, kto stanie mu na drodze, pozwoli zapomnieć o otaczającym go mroku. Wkrótce jednak okazuje się, że nic nie jest tak proste.

Ruiner jest bardzo trudną grą, przynajmniej jeśli mówimy o poziomie średnim. To na tyle duże wyzwanie, że już sam prolog może niektórym przysporzyć trudności, choć sam w sobie stanowi samouczek. Później jest tylko gorzej – do tego stopnia, że czasem czułem się przytłoczony, jak choćby podczas walki z jednym z bossów w połowie gry. Sam początek starcia to w zasadzie śmierć, o ile nie zareagujemy odpowiednio, i nawet skorzystanie ze wskazówki podanej przez jedną z postaci niewiele pomaga. Walka nie byłaby aż taka trudna, gdyby nie kolejne jej etapy, w których jednocześnie musimy pilnować kilku rzeczy – około pięciu atakujących nas przeciwników, obszarowych ataków bossa oraz faktu, że musimy niszczyć słabe punkty adwersarza, kiedy jest to możliwe. Poziom trudności można jednak zmniejszyć w trakcie zabawy i w zasadzie nic na tym nie tracimy, poza liczbą punktów i tym, że twórcy przestają nas nazywać normalnymi. Najniższy poziom nazywa się Kazio – coś dla każuali wolących sobie pozwiedzać. Ich opinia widnieje w menu głównym przy wybieraniu poziomu trudności – dopiero grający na średnim to ludzie normalni, lubiący wyzwania i wiedzący jak się dobrze bawić. Doceniam poczucie humoru twórców. Poziom trudności można w każdej chwili zmienić, a później powtórzyć wybrane rozdziały na trudniejszym, kiedy będziemy silniejsi.

A czym jest Ruiner? To twin-stick shooter, choć wzbogacony o mechanikę rozwijania naszego bohatera oraz bezstresową eksplorację brudnego i mrocznego miasta. Grę zaczynamy ze wspomnianą gazrurką, umiejętnością szybkiego doskoku oraz możliwością uruchomienia tarczy odbijającej przez krótki czas pociski. Wkrótce w nasze ręce wpadają innego rodzaju bronie – począwszy od ostrych katan, idąc przez wszelkiego rodzaju broń palną, a kończąc na miotaczu ognia czy wyrzutni rakiet. Arsenał jest naprawdę bogaty i zapewne każdy znajdzie coś dla siebie – choć niestety na piłę mechaniczną nie trafiłem. Jeśli chodzi o umiejętności – tych jest sporo. Początkowo mamy ich tylko kilka, ale z czasem dochodzi możliwość spowalniania czasu czy uzupełnienia zdrowia kosztem energii. Oczywiście każda umiejętność kosztuje określoną ilość tejże energii. Podobnie jak zdrowie, możemy je uzupełniać w specjalnych punktach lub po zebraniu odpowiednich przedmiotów, które okazyjnie wypadają z przeciwników. Podstawą rozgrywki jest nieprzerwane pozostawanie w ruchu i wykorzystywanie umiejętności – bez tego ani rusz. Naszego bezimiennego psychopatę możemy ulepszyć pod warunkiem, że zdobyliśmy odpowiednią ilość Karmy, funkcjonującej tu jako doświadczenie. Otrzymujemy ją za zabijanie przeciwników i otwieranie napotykanych tu i ówdzie skrzynek.

Rozgrywka w Ruinerze jest świetnie skonstruowana, choć jak wspominałem wcześniej, niektórych może zniechęcić poziom trudności. Niemniej, przebrnięcie przez falę trudnych przeciwników daje ogromną satysfakcję, a z każdą chwilą gdy stajemy się coraz lepsi, gra się coraz lepiej. Niejednokrotnie trafimy na przegiętego bossa, zwłaszcza kiedy otoczony jest dodatkowymi przeciwnikami. Szkoda tylko, że zdarzyła mi się nieprzyjemna sytuacja. Podczas jednego z etapów ostatniej walki gra mi się wyłączyła z uwagi na błąd aplikacji. Na szczęście istnieją częste autozapisy, więc bez problemu do niej wróciłem. Mimo wszystko, mocno mnie to sfrustrowało, tym bardziej że szło mi w walce całkiem dobrze, a długo się z nią męczyłem. Sytuacja się nie powtórzyła, ale kto wie, ile razy jeszcze to zrobi.

Jedną z najmocniejszych, jeśli nie najmocniejszą stroną Ruinera jest oprawa audiowizualna i styl artystyczny. W ramach sprostowania – grafika nie stoi na najwyższym poziomie, ale jest przyzwoita i dzięki wyjątkowej stylistyce zyskuje sporo uroku. Oczywiście mamy tu do czynienia z mrocznym cyberpunkiem. Przeważa kolor czerwony i to nie tylko dlatego, że nasz bohater przelewa sporo krwi. Większość lokacji jest w ten sposób oświetlona, choć zdarzają się inne miejscówki. I bardzo dobrze, bo gdyby nie to, byłoby monotonnie. Klimat to prawdziwe mistrzostwo, zwłaszcza jeśli cenimy sobie nurt. Do tego dochodzi świetna muzyka elektroniczna, która podkręca niepokojącą atmosferę. Nie ma ostrych brzmień, sporo jest natomiast psychodelicznych dźwięków, pulsujących i hipnotyzujących. Choćby z uwagi na klimat warto grę sprawdzić.

Ruiner da Wam sporo frajdy, o ile lubicie wyzwania i macie sporo cierpliwości. Ukończenie fabuły zajęło mi ponad 11 godzin, choć czas ten można przedłużyć poszukiwaniem ukrytych przedmiotów czy po prostu umieraniem – w moim przypadku było to blisko 200 zgonów. Całkiem sporo. Klimat i fabuła urzekną Was z miejsca, jednak czujcie się ostrzeżeni, bo gra lubi się zawiesić. Uważajcie też z rozpoczynaniem nowej gry po ukończeniu poprzedniej, bo stracicie cały postęp. Twórcy niestety nie przewidzieli sprawnie funkcjonującego trybu Nowej Gry+.