NiOh "Defiant Honor" nie jest złym dodatkiem w dosłownym tego słowa znaczeniu, jeśli ktoś się tego obawiał. Gra zawiesiła wysoko poprzeczkę w kwestii ogromu zawartości i frajdy, jaka z niej wynikała. Już pierwszy dodatek miał drobne problemy, by tę jakość utrzymać, głównie z powodu zbyt małej różnorodności wprowadzonych terenów. Jednak mimo wszystko - czas gry był adekwatny do ceny. W przypadku "Defiant Honor" jest w tym aspekcie znacznie gorzej. Fabularnie dodatek składa się z trzech misji, które można zaliczyć w niecałe dwie godziny – o ile się nie śpieszymy lub nie mamy przesadnie mocnej postaci. W innym wypadku nie zdziwią mnie głosy, że DLC da się skończyć w niecałą godzinę.

Oczywiście na dodatek składa się kilka dodatkowych misji oraz nowy poziom trudności, na którym znajdziemy jeszcze lepszy ekwipunek. Można powiedzieć, że to standard jak na grę stawiającą przede wszystkim na nieskończony grind w poszukiwaniu najlepszego zestawu statystyk w danym przedmiocie. Team Ninja przyłożyło się w tym aspekcie, bo trudność odpowiednio się podnosi, dając (nawet chwilowe) wyzwanie komuś, kto między pierwszym a drugim dodatkiem wyfarmił absolutnie wszystko. Z drugiej strony – nowicjusze, zanim dopchają się do chwilowo najwyższego poziomu trudności, będą mogli przyzwyczaić się do brutalniejszych zagrywek przeciwników. A jeśli komuś nudzi się bieganie z dostępnym wcześniej ekwipunkiem, to może pobawić się nową bronią - tonfami. Team Ninja postanowiło przenieść swoje doświadczenie z serii Ninja Gaiden i dorzucić tę wyjątkowo szybką broń także do NiOha. Jak wypada? Jeśli tworzyliście postać pod build ninja, to z tonfami możecie zabawę zacząć praktycznie z marszu. Gra się nimi trochę inaczej niż nastawionym na rzucanie przedmiotami wojownikiem, ale taki właśnie ich urok. Szybkie ataki zgrabnie łączą się z wykorzystywanymi technikami ninjutsu.

Fabularnie "Defiant Honor" przedstawia oblężenie zamku w Osace, gdzie przychodzi nam poznać najznamienitszego wojownika feudalnej Japonii - Yukimurę Sanadę. W przeciwieństwie do Smoka Północy z poprzedniego dodatku, Sanada jest wojownikiem niezwykle honorowym i wzgardził ofertą Marii, którą goni William. Dlatego też więcej walczymy ze zwykłymi przeciwnikami, wśród których jest wyjątkowo dużo generałów armii Sanady, co z kolei sprawiło, że poziom trudności dodatku jest dosyć wysoki. A przynajmniej jego początek, gdy teatrem naszych działań jest przedmurze Sanady Maru. Team Ninja zaskoczyło i poza przeciwnikami, musimy uważać na salwy z armat i strzały łuczników, które lecą w naszym kierunku. I nawet mimo wprowadzenia nowych zwojów odporności (przeciwko strzałom), wystawienie się na ostrzał dobrym pomysłem nie jest. Świetny pomysł na urozmaicenie gry, szkoda tylko, że występuje na samym początku, a później gra niczym nowym nas już nie potrafi zaskoczyć. No, chyba że tym, jak szybko kończymy dodatek, który jednocześnie zapowiada drugą część oblężenia i wskazuje, że niedobory w amritowych mutantach zostaną nadrobione z nawiązką. A do tej pory zadowolić musimy się psami rzucającymi w nas kunai i biegającymi lisami.

Z "Defiant Honor" mam ten problem, że DLC razem z aktualizacją gry są dobrym powodem do powrotu na łono świata przedstawionego w NiOh. Dodatek skończyłem bez marudzenia, zaliczyłem wszystkie dodatkowe misje, liznąłem wyższego poziomu trudności i pobawiłem się nowymi zabawkami. Więc dodatek generalnie spełnia swoje założenie, a też nie jest przesadnie drogi. Z drugiej strony – jest po prostu za krótki, zostawiając gigantyczny niedosyt, który potęgowany jest świetnym odbiorem podstawki. Mam nadzieję, że część druga oblężenia Osaki będzie przynajmniej tak dobra jak ten dodatek, ale co najmniej dwa razy dłuższa.

Gra recenzowana była na PS4 Pro