Recenzję zacznijmy od najistotniejszego elementu w grach wyścigowych, czyli od modelu jazdy. Ci, którzy - nie wiadomo skąd - oczekiwali symulatora, mogą odpuścić sobie dalszą lekturę i zapomnieć o tej produkcji. FlatOut 4: Total Insanity nacisk kładzie na zręczność gracza oraz szybkość reakcji. Do dyspozycji oddano całkiem sporą liczbę pojazdów posegregowanych na trzy różne kategorie, z czego każde auto dysponuje innymi statystykami. Różnice między nimi są zdecydowanie odczuwalne, chociaż tak szczerze – wyjątkowo standardowe jak na gatunek. Jeden samochód szybciej przyspiesza, drugi osiąga wyższą prędkość maksymalną, a inny lepiej trzyma się drogi. Skoro jesteśmy już przy aspekcie przyczepności samochodów, muszę niestety wytknąć twórcom fakt, że auta dosłownie ślizgają się po nawierzchni. O ile rozumiem poślizgi na błocie czy śniegu (tak w końcu działa fizyka), to jednak na asfalcie czy innym utwardzonym podłożu takie coś nie powinno mieć miejsca. Przez ten zabieg - świadomy lub nie - ciężko wyczuć, jak zachowa się auto, przez co często dochodzi do obijania się o ściany, zanim odzyska się właściwą kontrolę nad pojazdem.

Za dzieciaka szalenie spodobała mi się seria Destruction Derby z pierwszego PlayStation. Dzieło Kylotonn w wielu aspektach przypomina mi te gry przede wszystkim dlatego, że pojazdy ulegają zniszczeniom – i to nie byle jakim! Najbardziej widowiskową katastrofą jest wypad kierowcy przez przednią szybę po konkretnym dzwonie z napotkaną przeszkodą. Pojazdom w bardzo efektowny sposób gnie się blacha karoserii, a iskry lecą jak spod szlifierki kątowej. Same zniszczenia nie są jedynie wizualne, bo wpływają w znacznym stopniu na zachowanie samochodu i jego osiągi. Auto może się zepsuć do tego stopnia, że dalsza jazda jest niewykonalna.

Początki trybu kariery należą do jednych z prostszych, ale to tylko z tego względu, że twórcy najwyraźniej chcieli bez większych przeszkód wprowadzić gracza w szalony wir hardcorowych wyścigów. W moim przypadku udało im się to doskonale. Już po ukończeniu pierwszych dwóch zawodów poziom trudności zaczął stopniowo rosnąć. Każdy kolejny etap był nieco trudniejszy od poprzedniego - przeciwnicy stawali się bardziej agresywni i lepiej pokonywali kolejne odcinki trasy. Korzystali także z coraz mocniejszych aut. Początkowo myślałem, że wraz z postępem w grze rośnie poziom ulepszenia aut przeciwników, ale na własnym przykładzie obaliłem tę tezę, gdyż, jak się okazało, ulepszanie pojazdów to trochę placebo i ma malutki wpływ na ich osiągi. Lepiej całą tę kasę wydać na nową brykę niż ulepszać silnik starej.

Tras nie ma zbyt dużo, ale sytuację ratują inne tryby gry. Standardowe okrążenia urozmaica Atak - do dyspozycji gracza trafia broń zmieniająca zwyczajny wyścig w prawdziwe pole walki. Nie jest to poziom Carmageddona, ale wrak i tak ściele się gęsto. Parę wersów wyżej nie bez powodu wspomniałem o Destruction Derby, bo w obu produkcjach występuje moja ulubiona forma rozgrywki czyli Arena. Krótko mówiąc, wszystko polega na unicestwieniu pozostałych kierowców. Z charakterystycznych dla samej serii Flatout elementów pojawiają się także minigry polegające m.in. na wystrzeleniu z zza kierowcy swojego awatara i np. przewróceniu jak największej liczby klocków czy osobliwa forma “pijanego ponga”, czyli trafienie swoją postacią do kubeczków. A co z grą sieciową? Gdybym był niewyrozumiały, napisałbym, że gra wieloosobowa nie istniała. Na kilkanaście prób połączenia się z innymi graczami, udało mi się rozegrać zaledwie dwa wyścigi. Jednak jest to wina strasznie małej liczby osób posiadających grę przed jej oficjalną premierą. Więc w tym aspekcie powinno być znacznie lepiej, gdy gra trafi do sklepów. Jednak warto zaznaczyć, że gdy już udało mi się z kimś połączyć, wyścigi przebiegały bez żadnych problemów technicznych.

Na koniec jeszcze kilka słów i warstwie technicznej tego tytułu. FlatOut 4 w kwestii wizualnej nie wyróżnia się za bardzo niczym szczególnym. Daleko do pięknego Driveclub, ale na szczęście, równie daleko do wyjątkowo brzydkiego Carmageddona. Gra jest po prostu bardzo nierówna. Zniszczenia wyglądają bardzo dobrze, ale znowu otoczenie przypomina tekturowe dekoracje ze starych filmów, chociaż dzięki temu możemy wiele elementów tras po prostu rozwalić w trakcie jazdy. Gra stara się zaspokajać kwestię wizualną dosyć udanymi efektami graficznymi, szczególnie przyjemnie dla oka wygląda użycie przyspieszenia - czuć wówczas tę dodatkową moc silnika za sprawą rozmazującego się obrazu. Na plus zasługuje także ścieżka dźwiękowa w postaci alternatywnego rocka. Na co dzień nie słucham tego gatunku, ale do takiej produkcji wybrane utwory pasują idealnie.

Czy jest więc co poprawiać? Oczywiście. Deweloper powinien czym prędzej wprowadzić łatkę poprawiającą przenoszenie pojazdu na trasę, ponieważ zdarzają się momenty na niektórych trasach, gdzie auto pojawia się tuż za niezniszczalną przeszkodą. Bardzo negatywnie wpływa to na dynamikę całego wyścigu i po kilku razach doprowadzało mnie to do szewskiej pasji i ostatecznie wyłączenia gry by się uspokoić.

FlatOut 4: Total Insanity nie jest zbawieniem dla osób łaknących ostrej rozwałki na wzór Burnouta. Mimo wszystko z braku podobnych produkcji można spokojnie sięgnąć po najnowsze dzieło Kylotonn i nie żałować wydanej kasy. Oczywiście jeśli wyczekiwaliście tej gry jak kania dżdżu. Pozostałym sugeruję jednak wstrzymać się do pierwszych przecen tytułu.