Seria Ys rozpoczęła swój żywot pod koniec lat 80. i jest w miarę popularna do dzisiaj. Niemal wszystkie historie dotyczą postaci młodego Adola Christina, który przemierza pełen magii, cudów i tajemnic świat, przy okazji przeżywając niezwykłe przygody i poznając nowych ludzi. Ys Origin to łamiący schemat wyjątek, opowiadający o wydarzeniach rozgrywających się 700 lat przed pierwszymi wyprawami naszego wędrowniczka i przedstawiający przyczyny upadku starożytnej cywilizacji, której relikty odkrywał podczas swoich wojaży.

Wbrew pozorom Ys nie jest współczesnym wymysłem scenarzystów, a jednym z wielu mitycznych zatopionych lądów, tutaj nieopodal francuskiej Bretanii. Tam właśnie osadzona jest akcja Ys Origin. W zamierzchłych czasach krainą rządziła wysokorozwinięta magiczna cywilizacja, która uległa inwazji demonów. Dwie młode boginie zdołały uratować wielką świątynie wraz niedobitkami mieszkańców, unosząc ją w niebiosa. Piekielne kreatury to jednak uparte bestie, więc zbudowały gigantyczną wieżę, by dostać się i tam. Niestety obie boginie w tajemniczych okolicznościach zaginęły, a wszystkie ślady prowadzą ku wieży, gdzie rusza ekspedycja ratunkowa. W jej składzie przypadkowo znajdują się nastoletnia wojowniczka Yunica Tovah oraz młody mag Hugo Fact. Czyimi losami pokieruje gracz zależy już tylko od niego, ale warto wiedzieć, że po przejściu oboma bohaterami odblokowujemy postać Clawa. Fabuła do rozbudowanych raczej nie należy, choć i tak jest lepiej niż w kanonicznych odsłonach. Historia posiada jednak swój urok dzięki dwójce naszych bohaterów. Osobiście wybrałem Yunikę, której nieustępliwość w dążeniu do celu czyni z niej postać wartą zapamiętania. W sumie dostaliśmy prostą, ale naprawdę wciągająca bajkę o walce dobra ze złem na dwa-trzy wieczory w magicznym świecie skazanym prędzej czy później na zagładę.

Mimo podniesionej rozdzielczości i 60 klatek na sekundę, gra pod względem wizualnym stanowi lekko usprawniony port pecetowej wersji, a nie remake, jakby chciał tego zachodni wydawca. Wprawdzie produkcja wciąż prezentuje się całkiem ładnie nawet na dużym ekranie – figurki postaci oraz wrogów są wyraźnie i szczegółowe, a sylwetki czy awatary bohaterów dramatu podczas dialogów wciąż przyciągają oko – to jednak ich odświeżenie na miarę naszych czasów by nie zaszkodziło. Z drugiej strony nie należy się zbytnio obawiać o oprawę, bo została skrojona idealnie pod współczesne telewizory, więc rozciągnięcia obrazu czy czarne pasy po jego bokach nam nie grożą. Wnętrze wieży posiada zróżnicowane środowiska jak np. wodne komnaty, baseny wypełnione lawą, mroczne zarośla i tym podobne, co eliminuje ewentualne znużenie lokacjami. Sporym zgrzytem są nieliczne filmiki animowane. Pozostawiono je w oryginalnej rozdzielczości, a że gra pochodzi z 2006 roku, można się domyślić, jak nieprzyjemnie się je ogląda. Poza tym oryginalna japońska wersja posiadała dubbing w kluczowym momentach scenariusza, zaś w konsolowej (podobnie jak w wersji ze Steama) go wycięto. Sama muzyka natomiast świetnie pasuje do klimatu gry, zresztą energetyczne rytmy zawsze zachęcały do zabawy.

Sam rozgrywka to połączenie siekanki, platformówki i elementów RPG. Ponadto mamy dość dużą swobodę w eksplorowaniu wieży i często wracamy do wcześniej niedostępnych miejsc, dzięki czemu tytuł da radę podciągnąć też pod gatunek metroidvanii. W skrócie – pokonujemy kolejne pietra wieży, by dostać się na szczyt. Po drodze z przyjemnością szlachtujemy napotkanych przeciwników i skaczemy po platformach. Szukamy tez przedmiotów pozwalających dostać się w niedostępne wcześniej miejsca. Prosta, jednak dająca sporo radości zabawa, zwłaszcza że sterowanie padem jest całkiem wygodne. Wisienką na torcie są walki z wielkimi bossami, których by pokonać, trzeba wykazać się sprytem i zrobić to w jakiś sposób. Najczęściej wiąże się to ze skakaniem po nich. Poziom trudności jest dość niski, bowiem kilka minut grindu wystarcza na szybki awans postaci. Spodobał mi się za to pomysł z wykupywaniem usprawnień za klejnoty, co stanowi niezłą zachętę do szlachtowania hord potworów. Początkującym graczom polecam zabawę Yunicą, której topór sprawia solidniejszy łomot niż słabe pociski Hugo.

Ys Origin, mimo dziesięciu lat na karku, to wciąż świetny umilacz czasu, wobec którego żaden wielbiciel kolorowych jRPG-ów akcji i starej szkoły nie powinien przejść obojętnie. Straszny z niego pożeracz czasu, lecz kończy się szybciej niż myślimy. Polecam każdemu, kto tęskni za dawnymi tytułami z duszą.