Warhammer: The End Times - Vermintide (PS4) to jedna z tych gier, przy których recenzowaniu jedno zdanie wystarczy, aby powiedzieć o danej produkcji praktycznie wszystko. Mianowicie ten tytuł jest osadzonym w świecie Warhammera klonem Left 4 Dead, w którym ktoś lekko schrzanił tryb wieloosobowy. Akcja gry – jak sama nazwa wskazuje – dzieje się w świecie Warhammer Fantasy. Jeśli nie znacie tego uniwersum, to wyobraźcie sobie mroczniejszą wersję tolkienowskiego fantasy podlanego olbrzymią dozą brutalności. I błagam, jeśli jesteście fanami, nie zabijcie mnie za to rażące uproszczenie. W Vermintide naprawdę nie chodzi o fabułę.

U jej podstaw trafiamy jako jeden z piątki herosów do opanowanego przez szczurołaki (zwanych Skavenami) miasta Ubersreik. Z racji naszych zdolności oraz tragicznej sytuacji, jaką jest nadciągający koniec świata, postaramy zmierzyć się z zagrożeniem i stanąć do walki. Mniej lub bardziej fabuła tutaj się kończy, owszem jest jakaś spójna linia fabularna, która spaja poszczególne misje, ale to przede wszystkim gra wieloosobowa, więc nie oczekujcie tutaj cudów. Znajdziemy kilka haków mających całość osadzić mocniej w świecie Warhammera, trochę czerstwych oraz charakterystycznych dla tego uniwersum żartów i szczerze mówiąc… wystarczy.

Wystarczy, bo za główną zabawę służy tutaj brutalne mordowanie w fontannach krwi i flaków kolejnych hord Skavenów. Całość rozgrywki została żywcem wzięta z Left 4 Dead, co oznacza, że wybieramy naszego herosa – czarodziejkę, łowcę czarownic, żołnierza, łuczniczkę lub krasnoluda – i wraz z innymi graczami albo botami ruszamy wykonać zadanie na danej planszy, przebijając się przez setki szczurołaków. Nowością jest system skarbów pozwalający pod koniec zadania wziąć udział w czymś podobnym do loterii, gdzie pozyskamy nowe przedmioty. Za ich pomocą możemy ulepszać naszego bohatera, wsuwając mu w ręce lepsze uzbrojenie, gdy będziemy oczekiwali w malutkim Hubie na kolejne zadanie. Tam też czeka na nas nieskomplikowany system rzemiosła, który pozwoli wykorzystać znalezione przedmioty do stworzenia lepszej ich wersji. Prosta rzecz, a cieszy i nadaje naszemu herosowi charakteru.

Jeśli jeszcze nie poczuliście klimatu Left 4 Dead, warto wspomnieć, że pośród szczurołaków znajdziemy wrogów specjalnych – potężnego ogroszczura siejącego postrach na polu bitwy, chwytacza, który odciągnie jednego z członków drużyny, wyskakującego znienacka zabójcę, szczura alchemika miotającego trującymi i ograniczającymi widoczność chmurami… Uczucie déjà vu poczujemy również, obserwując, jak wygląda mechanika śmierci. Dość powiedzieć, że jeśli nasz pasek życia spadnie do zera, postać padnie na ziemię, wołając o pomoc. Któryś z naszych towarzyszy broni może nam pomóc, lecz jeśli nie zdąży, do gry wrócimy dopiero w momencie, gdy drużyna otworzy jedno z umieszczonych na mapie pomieszczeń. Brzmi znajomo, prawda?

Nie bez powodu. Twórcy raczej nie próbowali dodać zbyt wielu rzeczy od siebie, skupiając się na ulepszeniu tego, co zrobiono w Left 4 Dead. I mam wrażenie, że trochę przedobrzono. Widać to chociażby w lokacjach, które jak na grę budżetową, wizualnie wyglądają naprawdę nieźle, ale nie mają za grosz płynności Left 4 Dead. Łatwo się w nich zgubić, a zawarte w nich rozdroża nie zachęcają do eksploracji ze względu na chociażby system pustych skrzynek. Wyobraźcie sobie, że otwieracie wieko… i nic nie znajdujecie w środku. Po co w ogóle w takim razie skrzynka? Nie wiem.

Inną rzeczą, z którą przedobrzono, to poziom trudności. Jest dość wysoki i wymaga naprawdę dużego zgrania w drużynie nawet na „normalnym” poziomie trudności. Choć zadania nie są specjalne skomplikowane – tu przenieść beczkę, tam coś nacisnąć – to jeśli zespół nie jest zgrany, szczurołaki nas zwyczajnie szybko przytłoczą. Efektem jest to, że albo miałem pecha, albo przez kilka dni pod rząd, próbując zaliczyć szybką grę, skończenie danego zadania zawsze okazywało się cudem. Bez jakiejkolwiek formy komunikacji, niezorganizowani gracze po prostu padają jak muchy, a my wraz z nimi. Jasne, można grać z botami, ale czy o to chodzi?

Narzekanie na system klas postanowiłem odpuścić. Chodzi o to, że jeśli wybieramy na przykład elfkę, to w trakcie wyszukiwania gry w danym zespole nie może być już elfki, co zmusza nas do wyszukania kolejnej. Samo w sobie nie jest to problemem, można nawet stwierdzić, że wydaje się to logiczne, tylko że wyszukiwanie gier… nie działa po prostu zbyt dobrze. Wyszukanie gry trwa długo, a nawet gdy jakąś znajdziemy, to nie mamy żadnej gwarancji, że gracze nie wyskoczą z rozgrywki lub nie padną trzydzieści sekund później. Niby nigdy się takowej gwarancji nie ma, ale biorąc pod uwagę, jak duży nacisk gra kładzie na kooperację, efektem jest to, że rozegranie mapy jest zwyczajnie męczące. Dodajmy do tego drobne błędy jak spadki klatek na sekundę czy praktycznie nieobecną muzykę, aby zauważyć, że zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z bezproblemowym tytułem.

Na plus jest to, że w gruncie rzeczy skończyłem już narzekanie. Po dobraniu sobie znajomej osoby do gry praktycznie wszystko zmieniło się nie do poznania. Nagle pojawiła się strategia, jakieś planowanie, co w połączeniu z soczystą rzeźnią i unikalnymi zdolnościami stało się satysfakcjonujące i najważniejsze – w pełni grywalne. Grając ze znajomymi, odpada wiele wad pokroju problemów z wyszukiwaniem gier lub chaotyczność lokacji, gdyż zawsze można namówić kolegów czy koleżanki do zaglądania w każdą dziurę. Nawet stosunkowo wysoki poziom trudności staje się wyzwaniem, a nie czystą frustracją, co działa na plus. Może to moje wrażenie, ale Vermintide wygląda na grę, którą deweloperzy testowali przede wszystkim w grze między sobą, gdy znali wrogów i mapy oraz mogli się komunikować. Przy takich ustawieniach ta produkcja – bądź co bądź – budżetowa potrafi naprawdę błysnąć i sprawić sporo frajdy.

Dla kogo więc ten tytuł jest przeznaczony? Jeśli szukacie czegoś pokroju Left 4 Dead i macie znajomych, z którymi możecie wspólnie zagrać, możecie śmiało brać Warhammer: The End Times - Vermintide (PS4) i dodać oczko do oceny. Jeśli jednak preferujecie grę z losowymi ludźmi – proponuję odpuścić, bo czeka na Was jedynie frustracja. Podobnie jest z botami, można z nimi grać, nawet „dają radę”, ale w tego typu zabawie nie chodzi o grę samemu. W szczególności, że produkcja i tak wymaga aktywnego abonamentu PlayStation Plus, aby w ogóle zagrać z botami…