Until Dawn (PS4) udanie miksowało inspiracje kina horroru lat 80., dokładając do tego odpowiednio wyważoną dawkę kiczu. W Until Dawn: Rush of Blood (PS4) ten sam deweloper postanowił wlać do kociołka znacznie więcej kiczowatej akcji, mocniej oprzeć się o filmowe klisze i dorzucić do tego bardzo oczywiste jump scare’y, co na papierze może wyglądać tak sobie. Udało się jednak prawie idealnie. Spora w tym zasługa gatunku gry – od celowniczka na szynach nikt nie oczekuje powagi ani dobrej historii. Ot, ma być odpowiedni klimat, a technicznie gra nie powinna sprawiać nam problemów. Wirtualna rzeczywistość dokłada od siebie wrażenie kompletnej immersji i przez to całość prezentuje się wyjątkowo dobrze.

Jakaś tam historia jednak jest, ale nie ma ona większego znaczenia i powiązania z Until Dawn (PS4). Ktoś, kto zagrał w tamten tytuł, kilka smaczków wyłapie, ale generalnie – o fabułę martwić się nie trzeba. Gra za to wrzuca nas do kilku wypełnionych przedmiotami do zestrzelania, przeciwnikami do pokonania i pułapkami do uniknięcia poziomów i bez zgonu każe dotrzeć do końca, wykręcając przy tym jak najwyższy wynik. Robimy to zachowując jak najdłużej maksymalny mnożnik, ładowany celnymi strzałami w oznaczone tarczą cele. Te są mniejsze lub większe, czasami schowane gdzieś z boku.

Do tego dochodzą małe porcelanowe laleczki klauna, które pełnią rolę sekretu i ciężko jest je trafić. Głównie dlatego, że nie mamy tutaj zwyczajnego celownika. Jego role przejmują latarki w każdej z broni, co wpisuje się z jednej strony w klimat horroru, a z drugiej – wymaga od nas dokładniejszego celowania. Sprawę ułatwia bardzo dobrze zrobione śledzenie ruchów naszej głowy w PlayStation VR, które działa, nawet kiedy się obracamy o 90 stopni lub patrzymy w górę. Jedyny problem występuje wtedy, gdy miniemy coś, co chcieliśmy zestrzelić i odruchowo się odwracamy. Mierzymy wtedy z pistoletu, strzelamy i… gra nie reaguje, bo nie ma tego zaprogramowanego. Szkoda, ale to niestety pewne ograniczenie technologii, która nie jest przygotowana do śledzenia ruchów i akcji w 360 stopniach.

W Until Dawn (PS4) można grać zarówno na padzie DualShock 4, jak i kontrolerach PS Move (potrzebne są dwa). Od razu mówię – jeśli macie taką możliwość, to nawet nie męczcie się z kontrolerem. Sterowanie Move'ami jest praktycznie idealnie i nawet jeśli grze zdarzy się zgubić położenie naszych rąk (zdarzyło się to dwukrotnie w moim przypadku), to wystarczy całość ponownie skalibrować. No i dzięki temu sterowaniu można poczuć się faktycznie, jakbyśmy sami siedzieli w tym wagoniku i strzelali w atakujące nas stwory.

Wspomniałem na początku, że Supermassive wrzuciło tutaj bardzo dużo typowych dla horroru klisz. Zaczynamy od wesołego miasteczka z klaunami w roli straszaków, później mamy noszących świńskie łby świrów, gdzieś po drodze przewiną się ogromne pająki (jeśli macie arachnofobię, to odradzam jedną z plansz, nie ma szans, że poradzicie sobie ze stresem), piekielne demony (jeden z nich przypominał mi trochę stwory żyjące w Valley of Defilement z Demon's Souls (PS3)) i czego sobie tylko zapragniecie. Wmieszano w to również typowe dla horroru sekwencje ciszy poprzedzające późniejsze wyskoczenie zza kadru czegoś, co ma nas wystraszyć. Nie powiem – mimo że byłem na to przygotowany, to ze trzy razy przeszedł mnie dreszcz i z nerwów chwilę musiałem pogadać sam do siebie (nie pytajcie).

Technicznie gra stoi na dosyć wysokim poziomie, jeśli chodzi o wirtualną rzeczywistość. Niższa rozdzielczość urządzenia nie odbija się negatywnie na widoczności w trakcie rozgrywki. Nie miałem także do czynienia ani razu z nudnościami w trakcie zabawy, mimo że całość zaliczyłem praktycznie za jednym zamachem (z przerwą na rekalibrację VR).

Dla kogoś minusem może być czas gry, bo Until Dawn: Rush of Blood (PS4) da się na spokojnie skończyć w dwie godziny. Niby plansze oferują w niektórych miejscach rozjazdy i pozwalają zwiedzić inne części lokacji, ale to ma znaczenie, jeśli chcemy wymaksować tytuł, zbierając wszystkie porcelanowe figurki. Są też cztery poziomy trudności, ale poza tym – nie oferuje nic więcej. Dla mnie nie jest to problemem. Gdyby nie VR, kręciłbym nosem, ale w przypadku tej technologii, taki czas jest idealny. Do tego konstrukcja gry umożliwia zaliczenie jednej planszy w kilkanaście minut, co pozwala z łatwością wskoczyć na chwilę. Dlatego też uważam, że za taką cenę – warto grze dać szansę.