Na pierwszy ogień idzie Frostbite. FIFA po przesiadce na silnik Battlefielda wygląda… identycznie. Jeśli spodziewaliście się zupełnie nowej jakości, to muszę Was rozczarować. Nie posiadając wiedzy o nowym silniku, nie zauważyłbym różnicy w oprawie. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, ponieważ Frostbite, który zadomowił się w wielu grach sygnowanych znaczkiem EA, jest narzędziem bardziej elastycznym i różnice wychodzą na jaw z czasem. Wzbogacona o nowe elementy oprawa meczowa to jedno, ważniejsze są zmiany w wyglądzie fizycznym piłkarzy. Sylwetki zawodników są bardziej ludzkie (zniknęły dziwne szerokie biodra) i jeszcze bardziej zróżnicowane. Piłkarze przestali się przenikać, nabrali masy, a każdy kontakt z przeciwnikiem skutkuje realistycznymi reakcjami. Twarze gwiazd znacznie poprawiono, by nie przypominały figur woskowych. Niestety mniej znani zawodnicy dalej wyglądają słabo, a nas może boleć pominięcie wielu Polaków. Rozumiem losową twarz Kapustki czy Jędrzejczyka, ale mocno dziwi nieodwzorowany Krychowiak, który był jedną z gwiazd Sevilli.

Komentarz Dariusza Szpakowskiego i Jacka Laskowskiego zaliczył mały progres. Usunięto niektóre dziwnie brzmiące określenia, a w ich miejsce pojawiły się nowe kwestie. Niestety dalej odpalają się teksty niepasujące do sytuacji na boisku, ale to nie jest wina komentatorów. Cieszą opowiadane przed meczem nowe ciekawostki o piłkarzach, drużynach i stadionach. Dowiemy się na przykład skąd biało-czerwone pasy na koszulkach Atletico Madryt i przypomnimy sobie największe sukcesy poszczególnych ekip.

Wiele osób ostrzyło sobie ząbki na fabularny tryb Droga do sławy, od którego polecam zacząć przygodę z „siedemnastką”. Pochodzący z piłkarskiej rodziny Alex Hunter to wielki talent angielskiego futbolu. Przebijając się przez szkółki i młodzieżowe turnieje, Alex wraz ze swoim kumplem Garethem Walkerem dostają wreszcie szansę debiutu w tym samym klubie Premier League. W wielkiej piłce czekają ich wielkie mecze, ale też wielkie rozczarowania i problemy osobiste. Wzloty i upadki Huntera obrazują bardzo ładne scenki na silniku gry, które odpalają się w określonych momentach debiutanckiego sezonu Aleksa.

Zaraz po wstępnych testach możemy wybrać, do którego zespołu Premier League zostanie ściągnięty nasz bohater. Każdy może wybrać angielski klub, z którym sympatyzuje, ale ma to też swoje słabe strony. Mój Alex grał w Manchesterze United, gdzie pojawił się również Gareth Walker i dwóch zawodników pomagających im zaaklimatyzować się w drużynie. Takie osobistości jak Zlatan Ibrahimović, Wayne Rooney czy najdroższy piłkarz świata Paul Pogba są widoczni jedynie w tle i nie integrują się z nowymi zawodnikami. Tak samo jeden z dwudziestu menedżerów, którzy zostali odwzorowani w tej edycji. W moim przypadku Jose Mourinho stał tylko przy linii, a w scenkach fabularnych o wszystkim decydował jego asystent. Oczywiście wykorzystanie każdej gwiazdy byłoby technicznie niemożliwe, ale mamy tutaj sporo niedociągnięć. Trenując z wielkimi graczami, Alex zachwyca się przelotnym spotkaniem z Marco Reusem czy innymi panami z okładki „siedemnastki”. Może lepszym wyborem byłaby opowieść o zawodnikach małego, nawet fikcyjnego klubu, który zaznacza swoje miejsce w Europie. Albo o zapomnianej drużynie, która po dwudziestu latach znów jest w Lidze Mistrzów, by tam ostro namieszać… chociaż nie, w świetle ostatnich wydarzeń, to bardzo bolesny przykład.

Rozgrywka w Drodze do sławy nie różni się praktycznie od trybu Zostań gwiazdą. Gramy jednym zawodnikiem bądź całym zespołem, a od naszych osiągnięć zależy status Aleksa w drużynie. Podczas meczu dostajemy cele, jakie stawia przed nami trener, i jesteśmy oceniani za każde zagranie. System doskonały nie jest, ale motywuje do szanowania piłki i rozważnych zagrań. Pomiędzy spotkaniami Alex bierze udział w treningach, których wynik przekłada się na wzrost statystyk. Kolejny punkt w ocenie zawodnika dodaje punkcik do wykorzystania na skromnym drzewku umiejętności poprawiających jego możliwości. Startowy „overall” Aleksa to około 60 punktów, ale mimo to jest dopakowany o wiele bardziej niż zawodnicy z podobnymi ocenami. Po prostu musi się wyróżniać.

Droga do sławy jako samouczek sprawuje się nieźle, aczkolwiek po 15 godzinach zostają nawyki, które trudno wyplenić podczas klasycznej zabawy (skupianie się na jednym zawodniku etc.). Pozostałe tryby nie doczekały się wielkich nowości, ale zawartość każdej FIFY jest zupełnie wystarczająca dla każdego gracza. Kariera menedżera oraz kariera zawodnika doczekały się kosmetycznych usprawnień, choć po debiucie Ultimate Team, tryby te straciły na popularności. Samo UT rozrosło się do gigantycznych rozmiarów, co i rusz atakując jakimiś dodatkami, paczkami piłkarzy i innymi pierdółkami. Wciąga jak bagno, aczkolwiek wolałbym, żeby było nieco mniej efekciarsko. Zarówno UT Online, jak i Sezony Online to prawdziwi złodzieje czasu, dostawcy wielkiej radości, ale też wielkich frustracji. A wszystko przez zmienioną rozgrywkę…

…będącą najważniejszym aspektem nowej odsłony. FIFA 17 (PS4) zwolniła i kompletnie zmieniła fizykę piłkarzy, dzięki czemu na boisku obserwujemy zaciekle i niezwykle realistycznie walczących ze sobą zawodników. Podczas dryblingu, mając przeciwnika na plecach, możemy mocno pracować rękoma. Przycisk L2 pomagał do tej pory kontrolować piłkę, a tym razem sprawdza się również przy rozpychaniu, odpychaniu i wyrywaniu się obrońcom. Oczywiście mogą oni łapać za koszulki, „wejść z bara” czy robić cokolwiek innego, by zatrzymać szarżującego piłkarza. Bałem się, że na dłuższą metę wypaczy to miodność zabawy, ale EA mnie zaskoczyło. W obu przypadkach przesadna walka o piłkę kończy się faulem w ataku bądź w obronie i śmiem twierdzić, że system został wyważony idealnie.

To nie jedyna zmiana. Wzmocniono strzały, by stały się bardziej soczyste, dzięki czemu bomby posłane z 25. metra lądują w bramce niczym pociski. Przesadzono przy tym z celnością i siłą główek, ale nie na tyle, by wypaczały wyniki spotkań. Cieszy większa losowość i okazjonalne problemy z przyjęciem piłki. Zbyt mocne podanie do stojącego blisko zawodnika może spowodować, że ten skiksuje albo piłka odbije się od jego nogi – bez względu na to, czy mamy do czynienia ze statystycznym Januszem z Ekstraklasy czy z samym Cristiano Ronaldo. Mieliśmy to już wcześniej, ale dopiero teraz mechanika ta działa i wygląda wyśmienicie. Bramkarze bronią lepiej, a koledzy z drużyny ochoczo szukają sobie wolnego miejsca na boisku i ściągają na siebie obrońców podczas długich rajdów. Przy okazji coś dziwnego stało się z przełączaniem zawodników. Zmieniając piłkarza podczas przerzutów, czasem aktywuje się zawodnik, który nijak nie jest w stanie dosięgnąć gały. Wymaga to poprawki i mam nadzieję, że szybko ją dostaniemy.

Lifting przeszły też stałe fragmenty gry. Rzuty karne wykonujemy bardziej zręcznościowo. Lewą gałką nabiegamy, prawą wychylamy w wybraną stronę (chyba że trollujecie, strzelając w środek) oraz dobieramy siłę uderzenia. Strzela się trudniej, ale to bardzo dobrze, bo dogrywka na karne to wielkie emocje. Zmiany w pośrednich rzutach wolnych i rożnych doczekały się zmian, które nie zadowolą wszystkich. Przy dośrodkowaniu ze stałego fragmentu dostajemy celownik, który pozwala wybrać miejsce dośrodkowania. Oprócz tego, w każdym momencie możemy przełączyć sterowanie na jednego z zawodników pod bramką, który może ustawić się w pobliżu wybranego miejsca. Strzelić bramkę z takiej sytuacji jest bardzo trudno, ale za to podania do zawodników czających się tuż poza polem karnym wychodzą wyśmienicie.

FIFA 17 (PS4) to zdecydowanie najlepsza odsłona od lat. Przygoda Aleksa, chociaż nie jest idealna, daje wiele radochy i pozwala liznąć kariery, o jakiej marzy każdy kopiący piłkę dzieciak. Zmiany w rozgrywce okazały czymś o wiele więcej niż sloganami i sprawiły, że wtórność akcji czy okazji powoli odchodzi w zapomnienie. No i fantastyczny moduł sieciowy, który kradnie godziny jak szalony, jest miejscem nieopisanych emocji. Podkreślam raz jeszcze – to najlepsza FIFA od dawna!