Ja generalnie nie lubię gier, w których rozgrywka schodzi na odległy plan, a zamiast tego eksponowana jest „historia” lub co gorsza „doświadczenie”. Czasami trafi się perła, trafiająca swoim przesłaniem w mój czuły punkt, ale częściej przy grach bez solidnej rozgrywki zasypiam. W tym przypadku aż tak źle nie jest. Po części to z powodu dosyć krótkiego czasu potrzebnego na ukończenie całości (raptem 3,5 godziny), a po części z powodu wspomnianego we wstępie klimatu. Grę rozpoczynamy samouczkiem będącym kilkuminutową symulacją, a potem od razu zostajemy wrzuceni w kosmos... w momencie, w którym dookoła nas latają szczątki rozwalonej stacji kosmicznej. Co się stało? Kim jesteśmy? Nie dostaniecie szybko odpowiedzi na ten temat. To, że musimy wrócić na Ziemię, sami możemy wywnioskować, resztę dowiadujemy się (niespodzianka!) z porozrzucanych dzienników audio oraz wpisów z komputerów nielicznej załogi.

I tu niby w sumie nie miałbym się do czego doczepić, bo raz – pasuje to do sytuacji, w której jesteśmy (ostatnią rzeczą którą bym robił to latał i oglądał filmiki, kiedy mogę się udusić w każdej chwili), a dwa – stopniowe odkrywanie tajemnicy niby naprowadza nas na ciekawą historię, toczącą się w tle. Problemem jest to, że fabuła rozwijana jest po prosto w niepełny sposób. Dużo lepiej gra wyszłaby, gdyby czasami nasza bohaterka w myślach komentowała wszystko na żywo. Bo nie uwierzę, że gdyby ktokolwiek znalazłby się w takiej sytuacji, przez głowę nie przebiegła mu nawet mikra myśl będąca komentarzem do sytuacji.

Rozgrywka opiera się na schemacie "sprawdź co nie działa, idź w dane miejsce, aktywuj konsolę, napraw część kombinezonu, weź nośnik z danymi, wróć, aktywuj to, co nie działało, i powtórz". No, w sumie to opisałem Wam całą grę. Patrząc na ten aspekt, trzeba po prostu spuścić zasłonę milczenia i udawać, że nic za nią nie ma. Dużo lepiej wypada samo poruszanie się naszej postaci. Z początku trudno jest nam opanować odpowiednie ruchy, zwłaszcza że często wędrujemy do góry nogami, więc łatwo stracić orientację. Dodatkowo każde uderzenie o jakiś obiekt powoduje niszczenie kombinezonu, a co za tym idzie – większe zużycie tlenu. Tego raczej nie brakuje, bo rozwalone skrzynki z pojemnikami z tlenem w grze pełnią rolę ścieżki do celu i miejsc zainteresowania, ale wystarczy, że gdzieś się zapuścimy, przeholujemy i stajemy się martwym ciałem dryfującym w kosmosie.

Kosmos, właśnie. Moment, w którym po wyjściu z wraku stacji wracamy ponownie w przestrzeń kosmiczną, podróżując między rozerwanymi segmentami stacji – to widok robiący niesamowite wrażenie. Zwłaszcza że grafika w grze jest bardzo dobra i świetnie dopełnia klimat samotności w kosmosie. Podobnie jest z muzyką. Ta, nieobecna przez większość czasu, pojawia się w odpowiednim momencie i brzmieniem przypomina 65daysofstatic, co dla mnie, jako fana post rockowej muzyki, było balsamem na uszy.

Pełnej premierowej ceny za ADR1FT (PS4) bym nie dał - to za krótka gra i za mało w niej rozgrywki. Jednak gdyby miała dojść obsługa wirtualnej rzeczywistości, byłby to pierwszy tytuł, który chciałbym na VR sprawdzić. Widzę ogromny potencjał na niesamowite przeżycie, które normalnie nigdy nie będzie dla mnie osiągalne.