Samo rozszerzenie opowiada historię o łowcach, którzy poddali się w przeszłości „pijaństwu krwi”, na skutek czego zostali uwięzieni w świecie koszmaru. Fabuła wyjaśnia, co stało się z niektórymi tropicielami, o jakich czytaliśmy jedynie w ramach opisów broni, a także poznamy kolejne mroczne sekrety Kościoła Uzdrowienia. Mamy też nowych bohaterów niezależnych, wprowadzających nas do całej historii opowiadanej, mam wrażenie, w nieco bardziej przejrzysty niż w podstawce sposób. Pod tym względem poziom całości jest dosyć wysoki.

Oczywiście najbardziej interesujące są nowe przedmioty. W Bloodborne część graczy narzekała, że rodzajów broni jest za mało. „The Old Hunters” ma za zadanie to zmienić. Już w pierwszym obszarze znajdziemy interesujące narzędzia mordu. Karabin Gatlinga, połączenie maczugi z piłą tarczową, nowy bułat, starsza odmiana znanego z podstawki rozpruwacza… a to wszystko znajdujemy w już w dwóch pierwszych godzinach! Cały arsenał niemalże podwaja liczbę dostępnego w grze uzbrojenia, powodując, że na jego ilość możemy spokojnie przestać narzekać. Nie inaczej jest z pancerzami, które zaskoczyły mnie swoją kreatywnością w tworzeniu kolejnych odmian „płaszcza z kapeluszem”. Fani samurajów też znajdą coś dla siebie, ale więcej nie zdradzę. Pojawią się także nowe typy granatów, runy Carylla i nie tylko. Ciężko było mi nie odnieść wrażenia, że pod względem przedmiotów From Software dopieściło graczy jak tylko mogło.

Poziom trudności rozszerzenia jest wysoki, ale weźcie poprawkę na to, że to strasznie subiektywna ocena. To, co rzuciło mi się w oczy, to nowe odmiany przeciwników. Jak sama nazwa rozszerzenia wskazuje, w „The Old Hunters” walczymy przede wszystkim z tropicielami. Jeśli graliście w Bloodborne, to wiecie, co to oznacza. Jeśli zaś nie, dość powiedzieć, że część przeciwników ma zestaw ruchów niewiele gorszy niż sam gracz, przez co są równie zabójczy. Do tego dochodzą przeklęci łowcy, którzy do tej pory służyli w Bloodborne jako minibossowie. Obecnie są dość często spotykanymi przeciwnikami, którzy na dodatek przygotowują na nas zasadzki! Nie jest to cały bestiariusz, bo wracają też starzy znajomi z nowymi skórkami i ruchami.

Z bossami podobnie jak z przeciwnikami. Z czekającymi do ubicia pięcioma „szefami” lokacji miałem spore problemy, ale zdaję sobie sprawę, że moja bohaterka nie była najbardziej zoptymalizowanym łowcą, więc podejrzewam, że można poradzić sobie z nimi bez aż takiego męczenia się, jakie w swojej grze uskuteczniałem. W szczególności, że nowe bronie wydają się być mocno przeciw nim skuteczne. Lekko rozczarowujące może być to, że sami bossowie wykorzystują taktyki, z którymi zapoznaliśmy się już w ramach podstawki. Na szczęście zostali ubogaceni o etapy walk, przez co w żaden sposób nie nudzą.

Na koniec zostawiłem najprzyjemniejsze - lokacje! Początkowo wydają się wykorzystywać etapy z podstawki, ale już po kwadransie zrozumiemy, że nie jest to do końca prawdą, gdyż w ramach nowego „nagrobka” poznajemy całkowicie nowe i klimatyczne zakątki miasta. Zachwycił mnie projekt samych lokacji, bo o ile samo Yharnam zostało zaprojektowane jak labirynt, tak tutaj częściowo porzucono ten koncept, tworząc do bólu logiczne połączenia i drogi. Te pozwalają często graczowi zmieniać wysokość miejsca, w którym się znajduje. Efekt? Nie raz i nie dwa sam robiłem zasadzki na poszczególnych przeciwników, gdy ci byli zajęci… innymi czynnościami. Spojlerów nie zamieszczam. A, no i kolejna ciekawostka - akcja gry dzieje się za dnia. A przynajmniej czegoś, co go przypomina, bo patrząc na słońce… hmm.

Ciężko uznać 84 złote za około 10-12 godzin wyśmienitej zabawy za jakieś zdzierstwo. Tym bardziej biorąc pod uwagę, że każda godzina jest wypełniona po brzegi nową zawartością. „The Old Hunters” jest wszystkim tym, o co fani Bloodborne mogliby prosić. Tony broni i ekwipunku, nowi bossowie, interesująca historia, świeże lokacje - czego chcieć więcej? Może tylko więcej godzin zabawy lub niższej ceny. Rozszerzenie poziomem nie odchodzi od „Artorias of the Abyss” do Dark Souls, co samo w sobie wydaje się dobrą rekomendacją. Na początku miałem wątpliwość, czy po tylu godzinach, jakie spędziłem przy Bloodborne, DLC zachęci mnie ponownie do tak dużego zaangażowania jak wcześniej. Cóż, wsiąknąłem w grę na nowo bez jakiejkolwiek problemu i zastanawiam się, czy właśnie nie nadszedł czas, aby przejść ją jeszcze raz…