Być może powyższe stwierdzenie brzmi dość zaskakująco zważywszy na fakt, że to wciąż gra na tym samym silniku, powielająca wiele schematów z poprzednich odsłon i w żadnym wypadku nie definiująca na nowo gatunku, jednak jej niezaprzeczalnym atutem jest klimat piratów z Karaibów, który wprost wylewa się z ekranu. Klimat, w którym już na starcie się zakochałem. Napiszę więcej - gdyby było to zupełnie nowe IP, niezwiązane z marką Assassin´s Creed i skupiające się tylko i wyłącznie na pirackim wątku, pokochałbym tę produkcję jeszcze bardziej. 
 

Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość. Bo uczciwi są nieprzewidywalni... Zawsze mogą zrobić coś niewiarygodnie... głupiego. 



Nowy Asasyn bez Asasyna? Ubisoft zdecydował się tym razem wywrócić do góry nogami sprawdzony schemat pozwalając nam wcielić się nie tyle w skrytobójcę, co zarośniętego i lubiącego sięgnąć po butelkę z rumem pirata, dla którego liczą się przede wszystkim monety. Fani nie powinni jednak drzeć szat - Edward Kenway, bo tak zwie się nasz zawadiaka, to ojciec Haythama z Assassin's Creed III, więc najbardziej dociekliwi wielbiciele serii natkną się na niejeden smaczek, a pod koniec gry będą świadkami kilku wstrząsających wydarzeń. Edwarda poznajemy na jednej z karaibskich plaż zaraz po katastrofalnej w skutkach bitwie morskiej. To tutaj nasz nowy bohater ma okazję skonfrontować się z Asasynem z krwi i kości. Spotkanie nie przebiega jednak w sielskiej atmosferze i niedługo potem nasz pirat wysyła zakapturzonego towarzysza na tamten świat. I o ile taki Ezio na samą myśl o założeniu mistycznych szat miał kisiel w rajstopach, Edward traktuje to jak czysty biznes. Bez ceregieli ściąga ubranie z martwego Asasyna pożyczając sobie jego tożsamość. W jakim celu? Okazuje się, że wąchający już od spodu kwiatki koleżka miał dostarczyć pewną ważną przesyłkę, na której można nieźle zarobić. A Edward nie marnuje takich okazji. Oczywiście jak na serię przystało gra co jakiś czas przypomina nam o toczącej się walce Templariuszy z Asasynami, jednak tym razem jest ona tylko tłem dla morskich przygód Edwarda i takich momentów jak spotkanie z legendarnym Czarnobrodym. 
 
Wątki pirackie co jakiś czas przeplatane są współczesnymi, co znamy doskonale z poprzednich części. Choć słowo "współczesnymi" jest pewnym nadużyciem, bowiem akcja dotyczy niedalekiej przyszłości i pokazuje co stało z Desmondem, jak potoczyły się wydarzenie po zakończeniu Assassin´s Creed III i co poczynają obecnie templariusze. Animus został niejako skomercjalizowany. Teraz nawet człowiek z ulicy może przeżyć wspaniałą przygodę dzięki grom wideo, które Abstergo współtworzy wraz z Ubisoftem (!) na podstawie danych zebranych z Animusa. Gracz wciela się tu w rolę anonimowego i milczącego gostka, który logując się do Animusa zbiera informacje na kolejną produkcję firmy opowiadającą o życiu Edwarda Kenwaya (określanego jako Obiekt 17). Czyli pisząc wprost - jako gracze uczestniczymy niejako w dewelopingu Assassin´s Creed IV: Black Flag!





Przechadzając się po futurystycznych korytarzach biurowca w Montrealu i słuchając rozmów prowadzonych przez pracowników po francusku, widzimy choćby plakaty z Assassin's Creed III: Liberation. Tak to właśnie Abstergo dostarczyło Ubisoftowi informacji potrzebnych do stworzenia gry opowiadającej o losach Aveline. Nie powiem - jest to całkiem ciekawy twist, w dodatku autoironiczny. Szkoda, że cały ten wątek rozkręca się dopiero w późniejszej fazie gry.  Początkowo za każdym razem gdy odrywano mnie od plądrowania hiszpańskich okrętów, prania mord w tawernach i zwiedzania słonecznych Karaibów, chciałem jak najszybciej odbębnić swoje i wrócić do butelki z rumem. Warto zauważyć, że sposób przedstawienia akcji we współczesnych czasach wygląda zupełnie inaczej niż było to w poprzednich odsłonach. Pierwsze co rzuca się w oczy to widok z perspektywy pierwszej osoby i brak elementów platformowych. Większość czasu spędzimy tu na rozwiązywaniu puzzli, hakowaniu komputerów czy poszukiwaniu ukrytych kodów QR. Ot, taka miła odskocznia od bycia piratem - choć moim skromnym zdaniem całkiem zbędna.   
 

Jest moją intencją zarekwirować jeden z tych okrętów, nająć załogę, a potem grabić i łupić, aż padnę na mój piracki pysk!





Assassin´s Creed IV podobnie jak poprzednia część gry napakowany jest masą atrakcji, które poznajemy wraz z rozwojem fabuły. Z racji tego, że większość z nich skupia się teraz na żegludze, praktycznie od samego początku gry dostajemy do dyspozycji ogromny teren i sporą swobodę działania. Co najważniejsze - wszystkie zadania poboczne idealnie wpasowują się w piracki klimat. Przyznam się, iż pisząc te słowa nie wiem nawet od czego zacząć. I dokładnie takie odczucia towarzyszyły mi podczas przecinania łajbą fal morskich. Kontynuować wątek główny? A może zahaczyć o jeszcze o jedną wysepkę? Jak zwykle na graczy czekają różnego rodzaju znajdźki. Poukrywane skrzynki z lootem, butelki z manifestami, stare mapy z zaznaczonymi współrzędnymi ukrytych skarbów, łamigłówki pozostawiane przez cywilizację majów czy fragmenty wspomnień z Animusa. Nie mogło też zabraknąć znanej z poprzednich odsłon wspinaczki do punktów widokowych. Przemierzając mapę można także natrafić na zdarzenia losowe, w którym musimy uratować z opresji zaatakowanych piratów. Czasami będzie do burda, czasami konieczność pozbycia się strzelców trzymających na muszce swoje ofiary, a jeszcze innym razem próba  przerwania publicznej egzekucji. Zaintrygowani? To lecimy dalej. W wolnej chwili warto odnaleźć i ukatrupić templariuszy w celu zdobycia cennych kluczy do pewnego "skarbu", zarobić trochę grosza wykonując płatne zabójstwa, zapolować na zwierzynę dla cennych surowców (crafting również znalazł tu swoje zastosowanie), czy w końcu okraść jedną z wielu plantacji, gdzie naszym zadaniem jest znalezienie strażnika dzierżącego klucz do magazynu pełnego dóbr. Oczywiście rzucenie w jego kierunku "panie kierowniku otwieramy" na niewiele by się zdało, więc nieodzowne staje się poczęstowanie go zimną stalą.  
 
Żeby nie było nudno - gra co jakiś czas serwuje nam nowe atrakcje. Jak na awanturnika przystało zechcecie zapewne pokazać we wszystkich tawernach kto rządzi i dzieli biorąc udział w burdach, z chęcią zagracie też w swoistą wariację warcabów, czy poganiacie po budynkach i drzewach ścigając nutki, które są niczym innym jak kolejnymi szantami śpiewanymi przez Twoją załogę w trakcie żeglugi. Wspominałem już, że klimat bycia piratem jest w pytę? Dobrze robi też możliwość zwiedzania dna morskiego (w wybranych punktach), w tym zatopionych wraków statków. Konieczność łapania co jakiś czas powietrza i uważania na grasujące rekiny czyni z takich eskapad niezapomnianą przygodę. Choć tutaj dostrzegłem mały zgrzyt. Dlaczego taki stary wilk morski jak Edward od samego początku nie potrafi nurkować i niejako uczy się tej umiejętności dopiero w dalszej części gry? Niech pozostanie to jego słodką tajemnicą.
 

Popłyniemy dokąd zechcemy – bo tym jest właśnie okręt. To nie ster, kap, kadłub, pokład, czy żagle. Okręt ich potrzebuje, ale tak naprawdę... okręt Czarna Perła... to... wolność...



Jackdaw - zapamiętajcie dobrze to słowo, bo na pokładzie owego statku spędzicie ogrom czasu zwiedzając słoneczne Karaiby. Okręt jest tu bez wątpienia jednym z głównych bohaterów. A każdy szanujący się kapitan musi dbać oto, aby jego dziecko rosło w siłę i stawało się coraz większym postrachem na okolicznych wodach. To z kolei prowadzi nas do niezwykle ekscytujących konfrontacji na otwartym morzu. Mechanizm starć jest prosty ale cholernie wciągający. Podczas przemierzania oceanu nie raz natrafimy na mniejsze lub większe statki proszące się o to, by je zatopić. Napatoczą się też całe "konwoje" (tutaj atak jest często ryzykowny), legendarne galeony, do walki z którymi bez odpowiedniego rozbudowania okrętu nawet nie mamy co stawać, czy w końcu bitwy konkurencyjnych stron (można się włączyć i zrobić komuś psikusa). Do przeciwników strzelamy zarówno z dział bocznych jak i zamontowanych na rufie. W asortymencie są także "wybuchające beczki", które możemy zrzucić jeśli ktoś siądzie nam na tyłku oraz cała masa usprawnień jak chociażby lepszy "dziób" służący do taranowania wrogich łajb czy moździerze doskonałe do walki w dystansie. Cała sztuka polega na dobraniu odpowiedniej prędkości (im mniejsza tym łatwiej manewrować statkiem, ale czasem trzeba uciekać z pola rażenia), timingu (należy w odpowiednim momencie dać sygnał załodze do schowania się przed atakiem) i rzecz jasna naszej celności.  
 




Gdy już nadgryziemy nieco naszego przeciwnika można zatopić wrogi okręt lub wedrzeć się na jego pokład. W tym drugim przypadku wystarczy przytrzymać kółko a nasza załoga zarzuci liny, ustawi odpowiednio statek i ruszy do abordażu. W ogóle wszelkie przełączanie się z okrętu na postać głównego bohatera czy samo cumowanie w portach odbywa się niezwykle płynnie. A widok dwóch walczących ze sobą stron w towarzystwie wzburzonych fal morskich i płonących wraków wzbudza niezdrowe emocje. Aby zdobyć statek przeciwnika zazwyczaj wystarczy wybić określoną ilość członków załogi, ale w przypadku większych okrętów zdarza się, że trzeba również dosięgnąć określone cele, tudzież zdobyć flagę zawieszona na samym szczycie statku. Immersję burzy jedynie fakt, że gdy walczymy z kilkoma okrętami i zdecydujemy się na zdobycie pokładu jednego z nich, bitwa na otwartym morzu nagle staje w miejscu i dopóki nie wrócimy do żeglugi po udanym ataku nikt nam nie będzie przeszkadzał.  
 
Warto dodać, że oceany pełne są statków - brytyjskich, hiszpańskich czy po prostu pirackich - które aż che się zaczepić i pokazać, kto ma większe armaty. Zabawa ta zresztą strasznie uzależnia. W pewnym momencie złapałem się na tym, że widząc w oddali duży statek z miejsca sięgałem po lunetę. W ten właśnie sposób sprawdzamy, co nasz cel ma na pokładzie i w jakich ilościach. Odzież, cukier, rum, drewno - część surowców jest niezbędna do rozbudowy statku, część zaś można sprzedać u okolicznych handlarzy. W tej części pieniądze mamy w końcu na co wydawać, bo poza nowymi strojami i broniami dla głównego bohatera, masa kasy pójdzie na rozbudowę statku - zarówno ofensywną jak i defensywną. Można choćby zamontować ręczne działka na pokładzie, którymi posłużymy się przy abordażu, ulepszyć  żagle czy rozbudować pokład (więcej miejsca na amunicję czy dodatkową załogę). Do tego dochodzi jeszcze masa elementów poprawiających wizualna naszego okrętu (swoisty tuning), czy rozbudowa pijackiej kryjówki o własne sklepy, tawernę itp. 




 
A że warto dbać o rozwój statku przekonałem się bardzo szybko - o ile poziom trudności misji naziemnych w dalszym ciągu jest momentami żenująco niski, tak na otwartym morzu nie raz będziecie musieli zagryźć zęby i ratować się ucieczką. Tutaj nikt nie głaszczę nas po brzuszku - albo jesteśmy silni, albo spieprzamy gdzie pieprz rośnie i wracamy gdy już ulepszymy łajbę. W końcu można poczuć satysfakcję z wykonania zadania. Assassin´s Creed IV: Black Flag na morzu to trochę takie GTA w wersji dla żeglarzy. Mamy misje, w których śledzimy wrogie okręty zachowując odpowiedni dystans, pościgi, ucieczki, wymianę ognia, misje eskortowe, ratunkowe, czy w końcu polegające na eliminacji konkretnego celu. A przecież nie wspomniałem jeszcze o tym, że czekają nas choćby napady na kryjówki konkurencyjnych grup pirackich oraz zdobywanie fortów. Te drugie najpierw trzeba osłabić rozwalając z pokładu statku obronne mury, a następnie już na dwóch nogach dokonać inwazji, zabijając stosowne osoby i wywieszając na maszcie swoją flagę. Tak - bycie piratem to naprawdę fajna fucha. Oczywiście jeśli dopadnie Was choroba morska (czytaj - znudzi żegluga), zawsze możecie skorzystać z opcji fast-travel i przenieść się w odwiedzone już miejscówki. Dla prawdziwych wilków morskich będzie to jednak niegodny pirata półśrodek!
 

Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni Ho, aye, ho, i w butelce rumu! Trunek i diabli resztę bandy wzięli Ho, aye, ho, i w butelce rumu! 



Z racji tego, że gra hula na tym samym silniku co część poprzednia, nie spodziewałem się żadnych rewolucyjnych zmian w oprawie. I nie jest to w żadnym wypadku zarzut. Tytuł wygląda świetnie i spełnia doskonale swoją rolę. Obszar naszych działań jest ogromny, a mimo to producentom gry udało się go należycie zapełnić. Akcja gry na lądzie skupia się głównie wokół trzech miast i są to kolejno Hawana, Nassau i Kingston. Próżno tu jednak szukać przepychu - to rozległe, ale nisko zabudowane i dość biedne mieściny, co widać na każdym kroku. Przemierzanie  wąskimi uliczkami zapełnionymi przez piratów (niektóre grupki można wynająć do pomocy), kobiety lekkich obyczajów (z nich również można skorzystać w celu odwrócenia uwagi wroga) czy okolicznymi handlarzami, jest łatwe i przyjemnie. Jak to w Asasynie można bardzo płynnie lawirować pomiędzy poszczególnymi kondycjami. I choć czasami zdarza się, że postać wespnie się na element, na który nie mieliśmy ochoty wchodzić, jestem w stanie przymknąć na to oko mając do dyspozycji tak rozległy świat. Przepięknie prezentują się wszelakie wysepki i dziewicze tereny. Dżungla, malownicze wybrzeża, obrośnięte bujną roślinnością groty, jaskinie, starożytne budowle, ogromne wodospady czy monumentalne urwiska. Takie widoki momentami zapierają dech w piersiach zachęcając nas by na chwilę się zatrzymać i podziwiać kunszt grafików. Całość dopełnia wałęsająca się tu i ówdzie zwierzyna - kilka gatunków ptactwa, dzikie koty, krokodyle, żółwie, ławice ryb, małpy, iguany, rekiny, wieloryby, dziki, jaszczurki, kraby - Karaiby autentycznie tętnią życiem. Przyczepiłbym się jedynie do mimiki twarzy, ale po zagraniu w rewelacyjnie wyglądające w tym aspekcie Beyond mam na tym punkcie spaczenie. 
 
Wszelkie zarzuty bledną, gdy tylko wypływamy na morze. Woda prezentuje się wprost fenomenalnie, jednak poczekajcie tylko do sztormu. Fale sięgające kilku pięter, pod które trzeba podpłynąć pod odpowiednim kątem, silny wiatr spychający statek, marynarze uwijający się jak w ukropie i targająca naszą łajbą ulewa - coś pięknego. A widok nadciągającej trąby powietrznej czy pioruna uderzającego we wzburzoną taflę wody to prawdziwy knockdown dla naszego narządu wzroku. Weźcie też pod uwagę, że w takim oto warunkach przyjdzie Wam nie raz stoczyć batalię morską z wrogimi okrętami. Istna orgia. 

 


Mimo mojego uwielbienia do klimatu panującego w Black Flag, nie sposób nie wyłowić kilku dość widocznych wad. Przede wszystkim powracają grzechy poprzednich odsłon. Pomijając misje morskie, zadania, jakie przyjdzie nam wykonać na lądzie są dość przewidywalne, łatwe i momentami nużące. Ile to już razy śledziliśmy nasz cel po mieście? Ile razy musieliśmy podsłuchać rozmowę wtapiając się w tłum? I w końcu ile już razy kazano nam biegać z punktu A do B? W tym aspekcie gra już dawno straciła na świeżości i w niektórych momentach modliłem się oto, by jak najszybciej wrócić na statek tudzież freerunningu. Perełką są niektóre zagadki nasuwające skojarzenia z Tomb Raiderem (odpowiednie lawirowanie kamiennymi blokami + wspinaczka), ale jest tego zdecydowanie za mało.

Rewolucyjnych zmian próżno szukać też w systemie walki - ten w dalszym ciągu jest bardzo prosty i nie wymaga większego skilla, nawet gdy stajemy przeciwko kilku wrogom naraz. Edward oprócz broni białej korzysta także ze znanych bomb dymnych, zatrutych bądź usypiających strzałek oraz dwóch pistoletów. Samo strzelanie jest jednak mało satysfakcjonujące. Dlatego najwięcej frajdy sprawia ściąganie kolejnych celów po cichu skacząc z dachu, kryjąc się w trawie, tudzież zadając śmiertelny cios zza winkla. Przypominają się czasy nieśmiertelnego Tenchu! Jeszcze chyba żadna odsłona serii nie była nastawiona na skradanie tak jak właśnie Black Flags, co mnie osobiście bardzo cieszy. Szkoda jedynie, że bawiąc się w ten sposób łatwo dojść do wniosku, iż nasi przeciwnicy mają sporą wadę wzroku, niedosłyszą, że o namiastce inteligencji nie wspomnę. Tytuł jest też zabugowany,. co zapewne poprawią kolejne łatki. Zdarzyło mi się zrestartować misję po tym, jak 

Edward zawiesił się na skale, jednak największym szokiem był dla mnie widok rekina, który czołgał się na plecach po plaży (!), by ostatecznie zawisnąć ogonem na drzewie. Sytuacja tak mistyczna, że nawet eksperci Macierewicza rozkładaliby bezradnie ręce.
 
Paradoksalnie - mimo iż nie wszystkie elementy Assassin´s Creed IV: Black Flag wyglądają tak jak powinny, gdy spojrzymy na grę całościowo nie pozostaje nic innego jak pogratulować deweloperowi. Udało mu się bowiem po raz kolejny przyciągnąć mnie do ekranu na ponad 50 godzin. Tak - to jest tasiemiec. Tak - to gra, która zarabia na sprawdzonym schemacie niezłą kasę. Bycie piratem wraz ze wszystkimi tego atrakcjami bawi jednak nieprzeciętnie. Bawi bardziej, niż zimowe szarże Connorem i przemykanie po dachach w skórze Ezio. Dlatego zanim zaczniecie wieszać na Ubisofcie psy spróbujcie jak smakują Karaiby - jest spora szansa, że pokochacie ten tytuł tak mocno jak ja.  
 
PS. Cytaty w śródtytułach pochodzą z filmu "Piraci z Karaibów". Recenzja dotyczy tryby dla pojedynczego gracza. Za udostępnienie gry do testów dziękujemy firmie Ubisoft Polska.